czytam ten wątek od dłuższego czasu i jedno mi nie daje spokoju. Mówimy o synchronizacji ciał, o formie, o milczeniu. Ale nie padło słowo o energii. Bo jeśli ktoś jest fizycznie w rytuale ale energetycznie odcięty, to czy forma naprawdę wystarczy? Przy pracy z czakrami bardzo wyraźnie czuję kiedy ktoś jest 'tu' a kiedy tylko udaje że jest.
to jest napięcie które chyba nie da się rozwiązać jednostronnie. Forma niesie, ale energia też ma znaczenie. Pytanie brzmi raczej czy jedno bez drugiego jest rytuałem, czy tylko jego zarysem. I może przy pracy solo sami sobie odpowiadamy na to pytanie w każdym momencie, a przy grupowej ktoś może trzymać formę kiedy inny trzyma energię i jakoś to razem daje całość.
ale jeśli jedna osoba trzyma formę a inna energię, to znaczy że mogą sie wzajemnie uzupełniać? Że rytuał grupowy może działać nawet jeśli żadna z osób nie daje stu procent?
wracając do języka bo ten wątek się trochę urwał. Mówiłyśmy o słowach które nie mają prywatnych skojarzeń, o galdr, o łacinie w mszy. Ale jest jeszcze jedna warstwa, mianowicie rytm. Słowo wypowiedziane w rytmie zbiorowym brzmi inaczej niż to samo słowo powiedziane solo, nawet jeśli jest codzienne. Rytm robi z języka coś innego.
jest na to coś konkretnego. Badania nad tzw. entrainment, czyli synchronizacją rytmiczną, pokazują że wspólne bicie, śpiew czy rytmiczne wypowiedzi synchronizują fale mózgowe w zakresie alfa i theta. To są dokładnie te stany które w medytacji i w pracy rytualnej kojarzymy z rozszerzeniem uwagi. Więc rytm nie jest tylko estetyczny, on fizycznie przestawia coś w percepcji.
To rozróżnienie między skrótem a innym mechanizmem jest naprawdę istotne. Entrainment nie przyspiesza procesu medytacyjnego, on go zastępuje przez bodźce zewnętrzne. Pytanie które z tego wynika jest poważne, mianowicie czy stan wywołany synchronizacją grupową jest trwały, czy tylko chwilowy na czas rytuału.
mnie sie wydaje że zostaje chociaz nie umiem tego udowodnic. Po tamtym zaduszkowym siedzeniu z rodzina mialam kilka dni jakiegoś spokoju. A nie robiłam nic specjalnego, tylko siedziałam. Moze to byl rytm oddechu tych ludzi obok mnie, nie mam pojecia.
wtrącę się tutaj bo myślę że gubimy jeden wątek. Rozmawiamy o rytmie i synchronizacji, ale temat był o słowach. A słowo w rytmie grupowym to nie jest to samo co słowo powiedziane prywatnie i to nie tylko dlatego że fale mózgowe się synchronizują. To jest kwestia tego że słowo wypowiedziane razem z innymi traci swoją autobiografię.
ale to rodzi pytanie, czy nie jest tak że jak coraz więcej osób zaczyna tych słów używać, to one też z czasem nabierają autobiografii? Runy teraz są wszędzie, tatuaże, biżuteria, internet. Czy to nie niszczy tego ich neutralnego działania?
to pytanie Goryczki mnie zastanawia w kontekście całej tej rozmowy o rodzinie. Bo rodzina to jest właśnie środowisko gdzie słowa mają najgęstszą autobiografię. I jeśli robimy rytuał z rodziną, to może jest tak że te prywatne skojarzenia się nakładają i robią się jeszcze grubsze, nie cieńsze.
Hela93 ma tutaj coś bardzo konkretnego. Rytuały przejścia w wielu kulturach są celowo osadzone właśnie w kontekście rodzinnym, żeby przepracować relacje a nie je obejść. Inicjacja, pogrzeb, ślub, one działają dlatego że wszyscy w tym kręgu niosą swoją historię z tą osobą i razem coś z tym robią. To nie jest bug, to jest funkcja.
to super to ująć jako funkcję a nie przeszkodę. Bo myślałam do tej pory że ta autobiografia słów i skojarzeń przy rodzinnym rytuale to coś co trzeba jakoś neutralizować, a tu wychodzi że to może być właśnie materiał z którym rytuał pracuje.
wrócę do pytania Heleny bo ono mi ciągle chodzi. Jeśli autobiografia słowa jest materiałem rytuału rodzinnego, to czy znaczy to że rytuał solo i rytuał z rodziną działają na zupełnie różnych warstwach? I może nie ma sensu ich porównywać, to są po prostu inne praktyki z różnymi celami?
Helena82 zadała pytanie które mnie samą zatrzymuje. Bo to ryzyko złego wejścia w rytuał jest realne. Znam sytuację kiedy ktoś poszedł na rodzinną ceremonię z intencją uzdrowienia relacji z matką, a rytuał był prowadzony jako zbiorowe wdzięczność i radość. I ta osoba czuła się po wszystkim gorzej niż przed, bo jej warstwa nie miała żadnego miejsca w tym co się działo. Nie chcę powiedzieć że to była wina prowadzącego, ale że te dwie warstwy po prostu się nie spotkały.
No właśnie to miałam na myśli. I to jest chyba argument za tym że przed rytuałem rodzinnym powinna być jakaś rozmowa o tym co każdy do niego wnosi. Nie negocjowanie intencji, ale przynajmniej świadomość że te warstwy są różne.
Mam wrażenie że gubimy tu ważne rozróżnienie. Jest różnica między rytuałem który jest przeznaczony do przepracowywania rodzinnych napięć a rytuałem który po prostu wykonujemy razem jako rodzina, na przykład zapalenie świecy w wigilie, odwiedzenie grobu. Nie każdy rytuał rodzinny musi być terapią. I może właśnie siła tych zwykłych, powtarzalnych gestów polega na tym że one nie wymagają wcześniejszej rozmowy.
Tu wkraczamy na grunt który psychologia rytuału opisuje dość dobrze. Badania Dimitra Xygalatasa i jego zespołu pokazują że rytuały o wysokiej synchronizacji behawioralnej, nawet te proste i nieintencjonalne, podnoszą poczucie przynależności i obniżają kortyzol. I nie ma znaczenia czy uczestnicy wiedzą że to rytuał. Sam akt wspólnego powtarzania czegoś w tym samym rytmie robi robotę biologicznie. Więc to co Hela93 opisuje z babcią i kadzidłem to nie jest nostalgia, to jest mechanizm.
To co Almandynka opisuje jest bardzo bliskie temu jak pracuje się w niektórych tradycjach afrykańskich, konkretnie w Ifá. Tam istnieje pojęcie axé, które jest czymś w rodzaju zbiorowej siły życiowej budowanej przez wspólne działanie, pieśń, ruch, obecność. Axé nie jest wytwarzane przez intencję, ono pojawia się jako produkt wspólnego ciała w rytmie. Dopiero w axé można składać intencję żeby miała jakąkolwiek siłę. Bez tej bazy jest po prostu mówienie do siebie.
Simma, to jest coś co zmienia mi trochę perspektywę na cały ten wątek słów z początku dyskusji. Bo jeśli słowa archaiczne albo z obcego języka działają inaczej, to może właśnie dlatego że one nie mogą stać się intencją zanim nie zostanie zbudowane to wspólne ciało? Że nie mają drogi na skróty przez głowę?
Wracając do pytania o rodzinę, bo mi ono ciągle siedzi. Jeśli ta nieświadoma synchronizacja jest tak silna jak mówi Aurella, to czy rodzina nie jest właśnie naturalnym środowiskiem gdzie to się dzieje samoczynnie? Bez planowania, bez prowadzącego. Po prostu dlatego że od lat oddychamy w tych samych rytmach, jemy w tym samym tempie, śpimy pod jednym dachem?
Ale czy to nie działa też w drugą stronę? Jeśli w rodzinie jest napięcie, to ta wbudowana synchronizacja niesie też to napięcie. I rytuał by je ujawnił albo wzmocnił, nie neutralizował. Czy ktoś miał takie doświadczenie?
Miałam. Rodzinne siedzenie przy świecach w jednym z trudniejszych lat i czułam jak to napięcie między dwiema osobami jest wręcz namacalne w tym wspólnym milczeniu. Rytuał niczego nie przepracował, tylko zrobił z tego napięcia coś wyraźniejszego. Nie wiem czy to dobrze czy źle.
czyli rozumiem że rytuał rodzinny jest bardziej jak lustro niż jak lekarstwo? I to lustro może pokazać coś trudnego ale samo z siebie niczego nie leczy. A to co z tym zrobimy jest już poza rytualem, w rozmowie albo w czasie.
Tak, zgadzam się z tym rozróżnieniem. Chociaż powiedziałabym jeszcze inaczej, że rytuał nadaje temu co niewidoczne pewną formę obecności. Napięcie które było między dwiema osobami przy tej świecy, o której mówiła Oraklia, istniało cały czas. Rytuał nie stworzył go ani nie usunął, tylko uczynił je czymś co można zobaczyć. I to jest już coś. Nie wszystko, ale coś.
To co Simma opisuje jest dla mnie ważne właśnie w kontekście powrotu do pytania o rodzinę. Bo jeśli rytuał odsłania, to rodzina jest środowiskiem gdzie napięcia są często najgłębiej zakopane i najdłużej trzymane. I zastanawiam się czy to nie jest właśnie powód dla którego rytuały rodzinne są tak różne w skutku. Jednym dają poczucie spójności, innym przynoszą coś trudnego. Nie dlatego że rytuał był zrobiony lepiej albo gorzej, ale dlatego co było pod spodem.
To co opisuje Goryczka jest mi bliskie. Czasem forma rytuału jest czymś w co można się schować. I to niekoniecznie jest ucieczka, może to po prostu ochrona. Zwłaszcza jeśli relacja jest na etapie gdzie bezpośrednia konfrontacja byłaby gorsza niż milczenie przy świecy.
To jest pytanie które wykracza poza rytuał jako taki. To co dzieje się po jest już kwestią relacji, czasu, decyzji ludzi. Rytuał może dać przestrzeń, chwilę innego oddechu. Ale nie zastępuje tego co potem. I chyba tu jest clou całego wątku, bo pytanie było o to co się zmienia gdy robimy rytuał z rodziną zamiast sami. I jedną z odpowiedzi jest że razem ujawniamy więcej, zawieszamy więcej, ale też dostajemy mniej kontroli nad tym co wychodzi.
