No i wracamy do pytania Simmy, bo chyba z rodzina jest inaczej właśnie z tego powodu. Każdy z uczestników wnosi swoje skojarzenia ze słowami, a te skojarzenia nakładają się. Obca grupa ma mniej wspólnych śladów, więc jest czystsza w pewnym sensie. Ale rodzina ma tę wspólną warstwę, historię razem, i to może działać jak dodatkowe zakorzenienie rytuału. Tyle że nieprzewidywalne.
Zastanawiam się czy to nieprzewidywalne jest problemem, czy zaletą. Bo właśnie z rodziną ta sieć skojarzeń jest wspólna, tzn. kiedy moja mama słyszy jakieś słowo, istnieje duża szansa, że ja też mam podobne skojarzenie. Obcy człowiek ma zupełnie inną historię z tym słowem. Więc może z rodziną jest nie tyle głębiej, co bardziej spójnie?
To co mówi Orlikowa to bardzo trafna obserwacja i chyba coś w tym jest. Spójność nie oznacza głębokości, ale może oznaczać mniejszą ilość 'zakłóceń' w sensie rozbieżnych kierunków uwagi. Choć zastanawiam się, czy ta spójność nie jest też jakimś ograniczeniem. Rodzina może mieć wspólne blokady równie dobrze co wspólne zasoby.
właśnie to chciałam powiedzieć. Jak wszyscy w rodzinie mają np. jakiś ciężki temat, który nie jest przepracowany, to czy rytuał grupowy go wzmacnia czy pomaga go przekroczyć? Bo wyobrażam sobie, że może być i tak, i tak.
U nas był taki moment, kiedy robiliśmy rytuał uzdrawiający i mama, zamiast skupić się na intencji, zaczęła płakać. I to nie było złe, ale zmieniło charakter całego rytuału. Stał się czymś innym niż planowałyśmy. I dziś myślę, że może tak właśnie miało być, ale wtedy czułam się trochę zagubiona.
A jak postąpiłaś wtedy, Helena? Bo właśnie ciekawi mnie co się robi kiedy coś takiego się wydarzy w środku. Czy przerywasz, kontynuujesz, zmieniasz tekst?
to jest tak piękne co mówisz, Helena. Ale mam pytanie, bo jestem ciekawa, czy dzieci były przy tym? Bo zastanawiam się jak one to przeżywają, jak dorosły płacze w rytuale. Czy to nie jest dla nich dezorientujące?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i chcę coś dodać z własnego doświadczenia, bo mi się to łączy. U nas w domu zawsze były dzieci przy wszystkim, i jako dziecko pamiętam, że dorosły płaczący podczas jakiegoś ważnego momentu dawał mi sygnał, że to jest poważne. Nie bałam się tego, raczej rozumiałam, że coś istotnego się dzieje. Może dzieci nie potrzebują wyjaśnień, żeby coś poczuć.
Słucham i myślę, że dotknęłyście czegoś, o czym rzadko się mówi wprost. Rytuał z rodziną to nie tylko wspólna akcja, to też wspólna historia obserwowania siebie nawzajem. Dzieci widzą dorosłych w momentach, kiedy ci są prawdziwi, i to zostaje. A to już nie jest tylko kwestia języka ani słów sakralnych, to jest coś, co dotyczy przekazywania całego stosunku do tego, co niewidzialne.
Tylko że to przekazywanie może iść w różnych kierunkach, prawda? Jeśli dorosły robi rytuał z lęku, z nawyku albo z poczucia obowiązku, to dziecko też to czyta. I może potem mieć własny rytuał, ale za nim będzie szedł ten niewyraźny smak przymusu. Nie wiem czy to częściej działa na korzyść czy nie. Zależy chyba od tego, co ten dorosły naprawdę niósł.
Wracając trochę do wątku o słowach, bo mam wrażenie, że go trochę zgubiliśmy. To co Helena opisała, że zostały same z gestem bez słów, to jest interesujące właśnie pod tym kątem. Czasem rytuał pozbawiony języka mówi więcej niż ten obudowany tekstem. Pytanie czy to wynika z tego, że słowa w ogóle mogą przeszkadzać, czy raczej z tego, że ten konkretny moment wymagał ciszy.
a ja właśnie nie wiem jak to rozróznić 🙂 jak milczę to nie wiem czy to ta dobra cisza czy po prostu chaos w głowie. Może ktoś ma na to jakiś sposób żeby sprawdzić?
o właśnie, to co Kadula mówi o domknięciu bardzo mi się układa z tym co sama obserwuję. Jak robię rytuał sama, to koniec jest wyraźny, bo ja decyduję. Ale jak z rodziną, to koniec jest jakby negocjowany? Nie zawsze wszyscy czujemy jednocześnie że już. I zastanawiam się czy to osłabia ten moment domknięcia, czy może go jakoś poszerza.
to co Simma mówi o trzech różnych zakończeniach, u mnie też się zdarzyło. I zastanawiam się teraz, czy to jest problem, czy po prostu każda zamknęła coś swojego w ramach tej samej przestrzeni. Może rytuał rodzinny nie musi być jedną całością, tylko kilkoma warstwami, które się nakładają?
Mnie się wydaje, że to nie musi być sprzeczne. Wspólna przestrzeń i wspólny czas to jest rama, a wewnątrz tej ramy każdy może mieć swój proces. Tak samo jest w niektórych tradycjach, gdzie ceremonia jest jedna, ale każdy uczestnik przynosi swoją intencję. I to nie dezintegruje rytuału, tylko go zagęszcza.
Z mojego doświadczenia to wyłania się samo, ale nie zawsze jest to ta sama osoba za każdym razem. Raz to mama, raz starsza córka, raz w zasadzie nikt i wtedy rytuał jest bardziej płynny, mniej wyraźny. I właśnie kiedy nie ma naturalnego prowadzącego, to według mnie rodzina naprawdę jest wystawiona na próbę, bo albo ktoś to weźmie na siebie, albo każdy będzie szedł trochę w swoją stronę.
właśnie to mi się przytrafiło kiedy robiliśmy coś z mamą i siostrą, i ja byłam tą, która prowadziła, a nawet o tym nie wiedziałam. Mama powiedziała mi po wszystkim, że cały czas patrzyła na moje dłonie i robiła to samo co ja. Nigdy jej tego nie mówiłam, ona sama tak to odebrała. I zastanawiam się od tamtej pory czy to nie jest właśnie coś specyficznego dla rodziny, że możemy się synchronizować bez słów, bo te wzorce są gdzieś zapisane wcześniej.
i to jest właśnie to co mnie uderzyło w tej rozmowie z mamą po wszystkim. Ona nie wiedziała, że prowadzi, ja nie wiedziałam, że jestem prowadzona. Nikt nic nie ustalał. A jednak coś działało. I teraz myślę sobie, czy to nie jest właśnie ta różnica między rytuałem z rodziną a z obcymi, że z rodziną te role mogą być niewidoczne i nadal działać.
a czy to jest zły scenariusz, że rytuał idzie sam? Pytam serio, bo nie wiem. Może właśnie to jest ten moment, kiedy coś przestaje być tylko naszym działaniem i staje się czymś więcej. Ale może też dlatego trzeba mieć prowadzącego, żeby to kontrolować.
mam wrażenie, że ta rozmowa o prowadzącym jest ważna, ale trochę nas oddala od pierwotnego pytania o słowa. Bo wróćmy na chwilę do tego, co Aurella mówiła wcześniej o ciszy i geście. Jeśli prowadzący prowadzi bez słów, tylko gestami, to czy to jest inne prowadzenie niż to z formułą? I czy rodzina to czyta tak samo jak obcy?
dokładnie to mnie ciekawi w całej tej dyskusji. Gest w rodzinie ma historię. Jak twoja mama podnosi dłoń w określony sposób, to ty możesz to znać od dziecka i to uruchamia coś zupełnie innego niż ten sam gest wykonany przez kogoś obcego. Więc prowadzenie gestem w rodzinie może działać głębiej właśnie dlatego, że gest jest załadowany wspólną pamięcią.
nie zawsze głębiej osadzony emocjonalnie znaczy lepiej przeprowadzony. To jest ważne rozróżnienie. Emocja może wejść do rytuału i wzmocnić intencję, ale może też ją rozmazać. Znam przypadki, gdzie rytuał rodzinny był tak nabity nierozwiązanym napięciem między ludźmi, że zamiast działać w konkretnym kierunku, po prostu rozpadał się na środku. Nikt nie mówił, wszyscy czuli, że coś się posypało, ale nikt nie wiedział kiedy dokładnie.
czy można zapobiec temu rozpadaniu? To znaczy, czy jest jakiś sposób, żeby zanim zaczniecie rytuał z rodziną, sprawdzić czy jesteście w stanie to udźwignąć razem? Albo czy w ogóle warto to robić w danym momencie?
zgadzam się z Brygidką, ale mam pytanie, co jeśli to napięcie jest właśnie powodem, dla którego chcecie ten rytuał zrobić? Znam rodziny, które robiły rytuały żałobne razem i wchodziły w to z ogromnym napięciem między sobą, a jakoś to napięcie w trakcie się rozładowywało. Nie mówię że zawsze, ale czy napięcie musi dyskwalifikować?
ale skąd wiadomo, co jest źródłem napięcia przed rytuałem? Czasem ludzie sami nie wiedzą dlaczego są spięci. Czy wtedy po prostu rezygnować?
ja bym nie rezygnowała od razu, ale zmieniła formę. Jeśli nie wiadomo skąd napięcie, to może zamiast pełnego rytuału, najpierw coś małego, wspólnego, co nie wymaga dużego zaangażowania intencyjnego. Zapalenie świecy, wspólne milczenie przez kilka minut. I obserwowanie co się wtedy dzieje między wami. To jest trochę jak rozgrzewka, która mówi ci czy ciało jest gotowe na więcej.
to co Kadula mówi o małych rzeczach na rozgrzewkę, to mi bardzo pomaga. Ale mam pytanie, czy to co się robi na tej rozgrzewce, to też jest już rytuał? Bo jeśli tak, to właściwie kiedy rytuał się zaczyna?
