Słucham tej rozmowy o 'stygnięciu' i nie wiem czy to nie jest trochę nadinterpretowanie. Może po prostu brakuje nam koncentracji po przerwie i to się objawia jako poczucie że coś uciekło? Nie mówię że tak jest, po prostu się zastanawiam.
Jowitka79, to nie jest nadinterpretowanie - to jest dokładnie to pytanie które warto zadać. I szczerze, sama nie mam pewności. Ale zauważam jedną rzecz: jak robię rytuał i przerywam go bardzo wcześnie - powiedzmy na pierwszych minutach - to powrót jest inny niż kiedy przerywam go w środku. Jakby głębokość wejścia miała znaczenie dla tego co zostaje po przerwaniu.
O tym co mówi Onyksowa06 - o głębokości wejścia - to mnie trafia. Bo ja mam różne rytuały które robię z różnym zaangażowaniem i te bardziej intensywne, kiedy przerwę, zostają ze mną jakoś inaczej. Trudniej wyjść, trudniej wrócić. Czy to jest to co masz na myśli?
To jest ciekawy punkt. Przy krótkich, płytkich rytuałach przerwanie to właściwie tylko inconvenience. Przy głębszych sesjach, szczególnie takich gdzie wchodzi się w zmieniony stan, nagłe wyrwanie jest już inną historią. Kiedyś ktoś mnie wywołał po nazwisku przez okno kiedy byłem mocno w środku czegoś - i ta dezynchonizacja którą potem czułem to było coś fizycznego, nie tylko psychicznego.
To co Runolog mówi o połączeniu z budzeniem ze snu to nie jest tylko metafora. Z tego co wiem, głęboka medytacja i niektóre stany rytualne angażują podobne mechanizmy w mózgu co sen NREM - zwalnia rytm fal mózgowych, zmienia się percepcja czasu. Nagłe wyrwanie z takiego stanu faktycznie może powodować chwilowe dezorientację, bo mózg nie przeszedł płynnie przez fazy wychodzenia. To nie magia, to fizjologia.
Ale to chyba ważne rozróżnienie - co dzieje się z osobą a co z rytuałem. Może po przerwaniu problem nie jest w tym że 'coś się popsuło' w przestrzeni, ale że my sami jesteśmy w złym stanie żeby kontynuować. I wtedy pytanie zmienia się na - jak szybko wrócić do właściwego stanu, nie jak 'naprawić' przerwaną przestrzeń.
Bertramka właśnie to lubię w tej dyskusji - że co chwilę przeformułowujemy pytanie i wychodzi inaczej. Ale mam wrażenie że dla kogoś kto po prostu chce wiedzieć 'co robić gdy wejdzie mama' - ta dyskusja jest już za filozoficzna. Czy mogłybyśmy jakoś zebrać to co praktyczne?
To co Agatowa_R mówi o planie z góry wydaje mi się kluczowe. Ale mam pytanie - bo sam z tym się zmagam - jak ten plan ćwiczyć? Bo można sobie powiedzieć 'zatrzymam się spokojnie' ale w momencie gdy ktoś wchodzi do pokoju ta wiedza jakoś nie zawsze przechodzi w działanie.
Mi to przypomina jak kiedyś czytałam o nauce autohipnozy - podobno jedno z pierwszych ćwiczeń to właśnie schodzenie i wychodzenie ze stanu na sygnał. Żeby móc to kontrolować zamiast żeby kontrolowało ciebie. Nie wiem czy to da się przełożyć jeden do jednego na rytuał ale jakaś analogia jest.
Kotwiczenie to pojęcie z NLP, nie stricte z hipnozy. Ale zasada podobna - tworzysz skojarzenie między bodźcem a stanem. W kontekście rytuału mogłoby to oznaczać że masz jakiś gest albo przedmiot który za każdym razem towarzyszy ci na początku i na końcu. Ciało zaczyna go kojarzyć z konkretnym stanem i łatwiej w niego wejść albo z niego wyjść.
To ciekawe co Lucyda mówi bo ja to mam ale nigdy tak nie nazywałam. Mam jeden przedmiot który zawsze trzymam podczas rytuału i faktycznie - samo wzięcie go w rękę coś przestawia. Czy to jest właśnie ta kotwica czy coś innego - nie wiem, ale działa.
To znaczy że gdybyś miała ten przedmiot przy sobie gdy ktoś cię przerywa, to wyjście i powrót jest łatwiejszy? Czy to nie działa tak mechanicznie?
Słucham tej rozmowy o kotwicach i autohipnozie i zastanawiam się - czy to nie jest tak że my w tej dyskusji trochę medytację i rytuał traktujemy jak jedno? Bo medytacja ma te swoje stany i fale mózgowe o których Lucyda pisała wcześniej, ale nie każdy rytuał to stan medytacyjny. Niektóre rytuały są aktywne, ruchowe, głośne. Czy problem przerwania działa tak samo?
Zgadzam sie z Runologiem. Robiłam kiedyś coś w rodzaju rytualnego sprzątania - z intencją, z muzyką, z kierunkami - i gdy zostałam przerwana przez telefon to nie była dezorientacja tylko frustracja. Jakby ktoś mi wyciął połowę zdania w połowie słowa.
Ta minuta ciszy przed wznowieniem to interesujące rozwiązanie. Jakbyś przez tę chwilę sygnalizowała sobie że kontynuujesz, a nie zaczynasz od nowa. Czy myślisz że długość tej pauzy ma znaczenie? Bo zastanawiam się - za krótka i nie zdążysz się zebrać, za długa i ten rytm o którym Runolog mówił całkowicie stygnie.
Nie wiem czy długość pauzy ma znaczenie sama w sobie, bardziej liczy sie chyba to co w tej pauzie robisz. Stanie bez myślenia to co innego niż stanie i odtwarzanie intencji w głowie. Ta druga opcja wydaje mi się sensowniejsza.
To co Czarodka97 mówi ma sens w kontekście pamięci proceduralnej. Ciało pamięta sekwencje lepiej niż umysł, szczególnie jeśli rytuał był wykonywany wielokrotnie. Ale przy pierwszym razie albo przy rytuałach rzadkich to może nie wystarczyć - ciało nie ma czego odtwarzać.
To co Lucyda napisała o pamięci proceduralnej to ważna uwaga, bo przy rytuałach które robię rzadziej faktycznie muszę świadomie odtworzyć intencję, nie mogę liczyć na to że ciało samo ogarnie. Ale wracając do głównego pytania tego wątku - czy ktoś zastanawiał się kiedy właściwie przerwanie jest 'naprawialne'? Bo mam wrażenie że mówimy o tym jakby każde przerwanie było równoważne, a przecież chyba nie jest.
Zgadzam się że nie każde przerwanie jest takie samo, ale skąd wiesz że właśnie byłeś w tym kluczowym momencie? Bo to nie jest zawsze oczywiste w trakcie. Czasem wydaje ci się że przerywasz w złym miejscu, a potem się okazuje że to nie miało większego znaczenia.
To prowadzi do pytania - czy rytuały mają jakieś naturalne punkty kulminacyjne które można by wcześniej zidentyfikować, żeby wiedzieć kiedy przerwa jest mniejszym problemem? Bo może zamiast działać reaktywnie po przerwaniu, można by się przygotować.
van Gennep pisał głównie o rytuałach przejścia w sensie społecznym - inicjacje, pogrzeby, wesela - ale ta struktura była potem przez Turnera rozwinięta i zaczęto ją stosować szerzej. Ten środkowy etap Turner nazwał liminalnością. I rzeczywiście - jeśli ktoś cię przerywa właśnie wtedy, to nie jesteś ani w stanie wyjściowym ani w nowym. Jakbyś utknął na progu.
Liminalność to dobre słowo na to co czuję po nieudanym powrocie do rytułału. Taka zawieszoność. Skończyłam kiedyś na wpół bo musiałam, i cały reszta dnia była dziwna - nie zła, tylko jakby nie do końca sklejona.
Czy to zamknięcie robiłaś w tym samym miejscu co rytuał? Zastanawiam się czy miejsce ma tu znaczenie.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie które może być trochę z boku - skąd wiecie że to uczucie zawieszenia po przerwaniu pochodzi z rytuału, a nie po prostu z frustracji że coś nie poszło po waszemu? Bo to drugie też mogłoby dawać taki efekt.
To uczciwe pytanie. Nie wiem jak to odróżnić obiektywnie. Ale mam kilka sytuacji gdzie przerwa była dla mnie OK emocjonalnie - na przykład telefon od kogoś bliskiego, ucieszyłam się - a mimo to to uczucie niezamkniętości zostało. Więc przynajmniej w moim przypadku nie było to tylko frustracja.
Właśnie - to 'coś' to chyba nie jest stan emocjonalny tylko coś bardziej fizycznego albo percepcyjnego. Jakby rytm był urwany i ciało jeszcze nie wie że to już koniec. Brzmi to trochę jak opis niedokończonego gestalt - przerwanego działania które zostaje w pamięci jako nierozwiązane.
Ten efekt Zeigarnik w kontekście rytuału to ciekawe zestawienie, ale mam wątpliwość - Zeigarnik badała zwykłe zadania poznawcze, kelnerów zapamiętujących zamówienia. Rytuał angażuje coś innego niż tylko pamięć roboczą. Tam jest ciało, oddech, intencja, przestrzeń. Więc nawet jeśli mechanizm jest podobny, to intensywność i jakość tego 'niedokończenia' może być zupełnie inna.
