Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad tym, co się właściwie dzieje energetycznie, kiedy ktoś wejdzie w środku rytuału do pokoju. Mam na myśli nie to, że się człowiek zdenerwuje i straci skupienie - to oczywiste - ale co się dzieje z tym co już zostało zbudowane. Czy krąg energetyczny po prostu opada? Czy jakoś się broni? Bo miałam sytuację, gdzie moja córka weszła bez pukania dokładnie w momencie kiedy zapalałam ostatnią świecę i przez chwilę nie wiedziałam czy kontynuować czy zaczynać od nowa.
To zależy od rytuału moim zdaniem. Jak robisz coś prostszego, medytacyjnego to wejście osoby trzeciej to bardziej rozproszenie uwagi niż realne zaburzenie czegokolwiek. Ale jak budowałaś coś z intencją przez dłuższy czas, wyznaczałas krąg, używałaś konkretnych elementów - to już inna sprawa. Miałam kiedyś rytuał przerywany przez psa (tak, poważnie, mój labrador po prostu wtargnął), no i czułam że coś jakby 'uciekło'. Nie wiem jak to inaczej opisać. Czy ktoś jeszcze miał coś podobnego?
U mnie były dwa różne przypadki i zareagowały inaczej. Raz ktoś wszedł kiedy byłem w trakcie pracy z runami i nic szczególnego - po prostu straciłem wątek, dokończyłem po jakimś czasie. Ale drugi raz to był inny poziom, robiłem coś przy pełni, dość intensywnie, i kiedy znajomy otworzył drzwi bez zapowiedzi to dosłownie poczułem jakby ktoś wyrwał wtyczkę. Taki nagły 'reset'. Nie wiem czy to sugestia własna czy coś naprawdę się urwało, ale różnica była wyczuwalna.
Kilka razy miałam sytuacje gdzie do pokoju wchodził mój partner, który jest totalnym sceptykiem i dosłownie czułam zimny powiew zaraz po tym jak stanął w drzwiach. Nie wiem co to mówi o energetyce, ale wzorzec się powtarzał. Natomiast kiedy raz weszła moja siostra, która też praktykuje, to jakby nic się nie stało - delikatnie uniosła brwi i po cichu wyszła, a ja kontynuowałam bez żadnego odczucia przerwy.
Ale chwila - czy nie jest tak, że my sami decydujemy o tym jak przerwa wpływa na rytuał? Tzn. jeśli masz mocno ustawioną intencję i zbudujesz krąg świadomie, to jedna osoba wchodząca nie powinna tego niszczyć, chyba że sama pozwolisz żeby to zniszczyła. Przynajmniej tak słyszałam. Czy to ma sens czy mieszam coś?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może głupie - skąd w ogóle przekonanie, że 'krąg' cokolwiek robi? Pytam serio, nie złośliwie. Czy jest jakiś moment, jakieś doświadczenie które was przekonało że to nie jest tylko mentalna rama pomagająca się skupić?
Mam inne pytanie, bo trochę się pogubiłam. A co jeśli przerwa nie jest przez kogoś z zewnątrz, ale np. same zaczynacie się śmiać albo poczujecie że musicie do toalety w połowie? To też 'przerywa' rytuał tak samo?
A co z hałasem? U mnie sąsiedzi - wiertarka, krzyki, muzyka. Nie wchodzą fizycznie ale hałas dosłownie wchodzi przez ściany. Zastanawiam się czy to ma podobny efekt co osoba wchodząca do środka.
Hałas mnie przerywał wiele razy i szczerze - zależy od etapu. Jak jestem na początku to jeden głośny dźwięk potrafi wyprowadzić ze stanu skupienia kompletnie. Jak jestem głęboko w środku czegoś, już 'zajęta', to hałas działa bardziej jak szum w tle i niekoniecznie przerywa. Więc może nie chodzi tylko o bodziec ale o to w jakim momencie on trafia.
To co mówi Mamunaa o etapach - to mi się zgadza z tym jak opisują to w tradycjach nordyckich. Jest moment 'otwarcia', środek i zamknięcie. I według tego co czytałem, najbardziej wrażliwe jest właśnie otwarcie i zamknięcie, bo w środku jest już coś w ruchu. Przerwa przy zamknięciu to podobno gorszy problem niż przerwa w środku, bo zostaje coś niedokończonego.
Przepraszam że wchodzę bo głównie czytałam - ale ta kwestia z zamknięciem mnie uderzyła. Zaczęłam przypominać sobie że kilka razy jak coś mi przerywało pod koniec i po prostu przestawałam bez właściwego zamknięcia to potem przez kilka dni czułam się jakoś... niedokończona? Nie wiem czy to dobre słowo. Jakby myśli krążyły wokół tego co robiłam. Może to zbieg okoliczności.
Dobra, czyli zbierając to wszystko: przerwa na etapie otwarcia - stracone skupienie i trzeba zaczynać, przerwa w środku - zależy od głębokości, przerwa przy zamknięciu - najpoważniejsza i może zostawiać coś niezamkniętego. Czy dobrze rozumiem jak to widzicie? Bo muszę przyznać że zaczynam to trochę inaczej odbierać niż na początku tej rozmowy.
No właśnie, to mnie najbardziej interesuje - co robić kiedy już się stało. Bo większość tego co tu czytam mówi o tym jak zapobiegać albo co się dzieje, ale nie za bardzo o tym jak naprawić sytuację w locie. Czy ktoś ma jakiś sposób na szybkie 'doraźne' zamknięcie kiedy rytuał ci się rozsypał?
U mnie działa jedno: głęboki oddech i świadome powiedzenie na głos że kończę. Nie zawsze mam czas na pełne zamknięcie, ale kiedy wyraźnie intencjonalnie 'zatrzaskuję' to co zaczęłem, nawet w pośpiechu, to czuję że coś się domyka. Ale nie wiem czy to działa na zasadzie energetycznej czy po prostu mojemu umysłowi to wystarcza - nie mam pojęcia jak to odróżnić.
To jest właśnie pytanie które mnie od dawna chodzi po głowie. Czy doraźne zamknięcie ma tę samą 'wagę' co pełne? Bo jak mam wiertarkę za ścianą i muszę przerywać, to robię coś w stylu tymczasowego zawieszenia - wyraźnie w myślach zaznaczam że to pauza a nie koniec. I wracam. Ale czy to naprawdę działa tak samo jak ciągły rytuał? Szczerze wątpię.
A ja mam inne pytanie do całej tej dyskusji o zamknięciu - co jeśli ktoś was przerywa tak nagle że nie macie dosłownie sekundy? Mnie raz zdarzyło się że dziecko wbiegło z płaczem i wszystko poszło w diabły natychmiastowo. Żadnego oddechu, żadnego słowa, zero. I co wtedy? Czy jest jakaś 'ratunkowa' wersja na takie sytuacje?
Dobra, ale chwila - to co mówi Mamunaa zakłada że rytuał ma coś w rodzaju ciągłości w czasie. Że możesz go zapauzować i wrócić. A jeśli tak jest, to jak długo ta 'pauza' może trwać? Godzina? Dobę? Czy w ogóle ma jakiś sens wracać po tygodniu do czegoś co zaczęłaś?
To co Bertramka mówi o strukturze czasowej - to mnie uderza. Bo jak teraz myślę wstecz to te rytuały które 'czuć' że coś z nich zostało niezamknięte to były właśnie te bez wyraźnej struktury. Robiłam coś improwizowanego, bez konkretnego początku i końca, i potem to się urwało. A kiedy miałam wyraźnie wyznaczone etapy, to nawet jak coś przerywało to wiedziałam dokładnie gdzie skończyłam i gdzie miałam wrócić.
Kryska, to jest bardzo trafna obserwacja. Improwizacja ma swoje miejsce ale właśnie dlatego że nie ma wyraźnych granic, jest bardziej podatna na zakłócenia. Porównałabym to do różnicy między zdaniem a urwanym w połowie słowem - jeśli zdanie ma wyraźną strukturę to nawet jak je przerwiesz to wiesz gdzie wróć. Urwane słowo to już nie wiadomo co miało być.
A ja wróciłabym na chwilę do hałasu bo nie padła konkretna odpowiedź na moje pytanie - czy hałas z zewnątrz działa inaczej niż osoba wchodząca fizycznie? Bo z tego co czytam to wszyscy zakładają że człowiek jest gorszy, ale czy to pewne?
Słucham i myślę sobie że chyba nigdy nie rozróżniałam tych sytuacji świadomie. Działałam jakby każde przerwanie było tak samo złe. A może to błąd? Może hałas można 'przetransformować' jakoś, a człowieka już nie?
Ale żeby nie zmieniać tematu całkowicie - wróćmy do tego co Bertramka pytała na początku tej strony. Czy ktoś ma konkretny sposób na domknięcie przerwianego rytuału? Bo mam wrażenie że rozmawiamy dookoła ale konkretów mało.
Sasanka94 właśnie dotknęłaś czegoś co chodzi mi po głowie od początku tej dyskusji i za co w sumie całą tę rozmowę cenię. To pytanie - czy efekt jest 'realny' czy mentalny - jest może nie do końca rozwiązywalne. Ale powiem tak: jeśli skutek jest powtarzalny i przewidywalny, to dla mnie ma znaczenie niezależnie od mechanizmu. Nauka też opisuje mechanizmy których do końca nie rozumie.
No i tu jest pies pogrzebany - bo jeśli efekt jest przede wszystkim mentalny, to procedura zamknięcia działa dlatego że dajemy sobie 'pozwolenie' na wyjście z trybu rytuału. I wtedy przerwa przez kogoś z zewnątrz jest trudna nie dlatego że niszczy energetyczną przestrzeń, ale dlatego że wytrąca nas ze stanu zanim sami zdecydujemy że jesteśmy gotowi wyjść. Czy to zmienia coś w tym jak do tego podchodzicie?
Bertramka, to co napisałaś na końcu chyba najlepiej to podsumowuje - że problem jest psychologiczny a nie energetyczny. I mam wrażenie że ta dyskusja trochę się topi w tym pytaniu. Bo jak tak patrzę na wszystko co tu padło, to albo mówimy o mechanizmie mentalnym, albo zakładamy że jest coś 'poza' - i w zależności od odpowiedzi, cała reszta idzie w inną stronę. Nikt tego nie rozstrzygnie, ale chciałam to nazwać wprost.
No właśnie i tu wracam do swojego dziecka i tego nagłego wbiegnięcia - bo żadna procedura mnie wtedy nie uratowała, bo nie miałam czasu jej wykonać. Dopiero po fakcie siedziałam i myślałam co teraz. I chyba intuicyjnie zrobiłam to co Runolog opisuje, tylko bez nazwy - wróciłam do przestrzeni rytuału kiedy dziecko zasnęło i po prostu domknęłam. Ale to byłoby nie do zrobienia gdybym nie wiedziała mniej więcej gdzie przerwałam.
Metafora z zimnym domem jest dobra. I to mnie zastanawia - czy to jest kwestia że przestrzeń rytualna rzeczywiście 'stygnie', czy że my sami tracimy nastrój i skupienie przez czas? Bo to zmienia co trzeba by zrobić żeby wrócić. W pierwszym przypadku trzeba by jakby rozgrzać tę przestrzeń od nowa. W drugim - wystarczyłoby nam samym wrócić do odpowiedniego stanu.
