To co Lechita napisał o przypominaniu sobie 'po co to robię' - wydaje mi się że to jest w ogóle osobna technika, nie tylko odruch. W niektórych tradycjach jest to wbudowane w samą strukturę rytuału. Na przykład w liturgii żydowskiej jest coś takiego jak 'kawwana' - intencja, którą trzeba przywołać świadomie przed modlitwą i czasem w jej trakcie. Nie raz, tylko regularnie. Jakby tradycja sama zakładała że uwaga będzie odpływać.
Ciekawe że Gnostyk to wrzucił, bo przy runach przed każdym rzutem jest właśnie coś w tym stylu - chwila skupienia na pytaniu, po co w ogóle sięgam po kamienie. I jak pomijam ten moment bo mi się spieszy, to czuję że cały rytuał jest jakiś pusty. Może kawwana to nie jest technika ratunkowa, tylko po prostu fundament który albo jest albo go nie ma.
Ale czy to nie jest trochę paradoksalne - żeby czuć że rytuał ma sens, trzeba pamiętać o sensie rytuału? Brzmi jak masło maślane. A co jeśli ktoś naprawdę nie wie po co to robi, bo gdzieś po drodze to zgubił?
To co Chiromantka napisała jest ważne. Jest taki termin w kontemplacji chrześcijańskiej - 'dryness of spirit', oschłość duchowa, która jest właśnie tym momentem kiedy nic nie czujesz i wszystko wydaje się bez sensu. I tam tradycja mówi wprost: to nie jest sygnał żeby przestać. To jest test wytrwałości i często zapowiedź przełomu. Tylko skąd wiedzieć że to akurat to, a nie naprawdę wypalenie?
Właśnie o tym myślałam słuchając tej dyskusji - że może różne tradycje mają gotowe odpowiedzi na to pytanie, tylko my często nie wiemy że one istnieją. Jezuici, Ewagriusz, kawwana... a czy ktoś z was szukał tego świadomie w tradycji z której korzysta?
Przy runach to jest trudniejsze, bo to nie jest tradycja monastyczna z gotowymi podręcznikami do pracy z wypaleniem. Są Eddaickie źródła, jest Hávamál, ale tam nie ma rozdziału 'co robić gdy znudziłaś się ciąganiem kamieni'. Trochę to sama konstruuję w oparciu o to co działa, trochę na wyczucie. I chyba dlatego ten wątek w ogóle założyłam - bo chciałam zobaczyć czy inni mają podobny problem.
A mnie zastanawia inna rzecz - wszyscy mowimy o nudzie jako o problemie do rozwiazania. Ale moze nuda w rytuale to jest ok? Moze nie kazde siedzenie musi byc gleboke?
No i wróciłyśmy do punktu wyjścia. Bo to jest właśnie pytanie Filomeny - jak długo ta nuda jest 'normalna' a kiedy zaczyna być sygnałem. Mam wrażenie że kręcimy się w kółko.
To jest szczere i trochę proste jednocześnie. Ale nie bezużyteczne. Serio - nie myślałam o tym że może po prostu jestem głodna.
Mam podobnie z porą dnia. Ranne rytuały mi idą lepiej niż wieczorne, ale wieczór to jedyna pora kiedy mam spokój. I nie wiem czy to znaczy że powinnam przestawić rytm życia czy zaakceptować że wieczorne praktyki będą płytsze. Ale to już wychodzi poza nudę chyba - to kwestia struktury dnia.
Czytam ten watek od poczatku i mam pytanie - czy ktos probował zmienic coś fizycznego w rytuale jak czuje ze wpadl w nuke? Nie same intencje czy myslenie po co to robie, ale dos;ownie: inne miejsce, inny czas, inne swiatlo? Bo u mnie jak przeniosłam medytacje z sypialni do salonu to przez jakis czas bylo zupeelnie inaczej, jakby samo miejsce juz bylo nowe.
To co Filomena opisuje jest bardzo bliskie mechanizmowi 'habituation' - po prostu przyzwyczajenia. Każdy bodziec traci siłę gdy jest powtarzany bez zmiany. To jest biologiczny fakt, nie słabość charakteru. I to mnie naprowadza na myśl że część tej dyskusji to jest w ogóle pytanie o to: czy rytuał ma być tym samym bodźcem wzmacnianym przez powtórzenie, czy też ma ewoluować. Bo tradycje mówią różne rzeczy na ten temat - jedne kładą nacisk na niezmienność formy, inne zakładają że forma powinna rosnąć razem z praktykującym.
To co Gnostyk napisal o habituation mnie trafia. Bo jak pomyslę o tym jak reaguję na nowe miejsce czy nowy czas - to faktycznie działa, ale krótko. Więc moze problem nie jest w samym rytuale tylko w tym ze mózg po prostu sie przyzwyczaja do wszystkiego? Czy to znaczy ze nuda to jest biologiczny problem a nie duchowy?
Właśnie o to mi chodzi od początku tego wątku. Bo jak słucham tych wszystkich warstw - biologiczna, emocjonalna, intencyjna, duchowa - to mam wrażenie że nuda w rytuale to jest jak cebula. I każda tradycja zdejmuje inną łupkę. Ale co jest w środku?
a może w środku nie ma nic? To znaczy - może samo pytanie o centrum jest błędne. W kontemplacji apofatycznej jest coś takiego jak via negativa - poznanie przez to czym nie jest. I nuda może być właśnie tym procesem oddzierania. Nie ma celu w postaci 'czegoś w środku', jest cel w postaci samego oddzierania.
Mam inne podejście do tego. Przez długi czas pracowałam z tarotem i zdarzało mi się że ciągnęłam karty całkowicie mechanicznie, prawie bez myślenia. I to co zauważyłam - że właśnie te sesje często dawały ciekawsze odczyty. Jakby mózg odpuszczał kontrolę i coś innego zaczynało działać. Więc może nuda nie jest przeszkodą?
To rozróżnienie Zlaty jest dla mnie ważne. Bo jak myślę o swoich wieczornych rytuałach, to one są raczej mechaniczne niż puste. Idę przez nie trochę jak przez mycie zębów. I teraz nie wiem czy to jest złe. Czy mycie zębów jest złe dlatego że jest mechaniczne?
Ale czekaj - my tu na forum nie jestesmy buddystami ani chrzescijanami kontemplacyjnymi wiekszoscia. Mieszamy tradycje. I moze wlasnie to jest zrodlo problemu, ze nie wiemy jakie kryterium stosowac bo mamy ich za duzo?
Lechita trafił w coś ważnego. Bo ja przy runach korzystam z nordyckiego materiału, ale jak mam kryzys to sięgam do tego co Gnostyk mówił o ignacjanach albo co Mistral cytuje z tradycji chrześcijańskiej. I to nie jest złe, ale oznacza że nie mam jednego spójnego systemu oceny. Co z jednej strony daje elastyczność, z drugiej - brak fundamentu gdy coś nie działa.
Właśnie. I może to jest kwestia do przemyślenia - czy szukamy odpowiedzi na nudę w rytuale w tej samej tradycji co sam rytuał, czy pożyczamy skrzynkę z narzędziami z innych miejsc. Ja nie wiem które jest lepsze, ale chyba warto wiedzieć co się robi.
Dobra, ale wracając do praktyki - bo trochę odpłynęliśmy w teorię. Ktoś wspominał żeby zmienić coś fizycznego. Ktoś inny mówił o intencji. Gnostyk mówił o systemie ignacjańskim. Co wy konkretnie robicie albo próbowaliście, kiedy rytuał staje się nudny? Nie co teoria mówi, tylko co wy?
Ja ostatnio zrobiłam coś czego się trochę wstydzę - po prostu odpuściłam rytuał na jakieś trzy tygodnie. Nie planowałam, po prostu przestałam. I jak wróciłam, to przez pierwsze kilka sesji czułam coś jakby ulgę albo wdzięczność. Potem wróciła normalność. Nie wiem czy to rozwiązanie, ale działało krótkoterminowo.
To pytanie Filomeny o strategię czy kapitulację mnie zatrzymało. Bo jak o tym myślę, to chyba zakładamy że rytuał jest czymś do czego mamy obowiązek wracać. Jakbyśmy mieli kontrakt. A skąd to przekonanie w ogóle pochodzi?
Ja wróciłam po przerwie do tarota i to co Chiromantka opisuje - ta ulga na początku - to znam. Tylko u mnie to nie trwało kilka sesji, tylko może dwa tygodnie. Potem znowu weszłam w tryb automatyczny. Więc przerwa nie rozwiązała niczego na dłużej, tylko cofnęła zegar.
Jest coś w tradycji benedyktyńskiej co może tu pasować - lectio divina. To nie jest rytuał w sensie ścisłym, ale metoda pracy z tekstem, która zakłada że nawet dobrze znany fragment może być czytany świeżo jeśli podejdzie się do niego inaczej. Mnisi nie brali przerw od psalmów - zmieniali sposób słuchania. Zastanawiam się czy analogia do rytuału w ogóle trzyma.
To co Gnostyk mówi o kontenerze wydaje mi się ważne. Ja jak robię swoje wieczorne rytuały sama, to nie mam żadnej zewnętrznej struktury która by mnie trzymała. Tylko własne postanowienie. I może właśnie to jest ta różnica - między rutyną z wyboru a rutyną ze zobowiązania wobec czegoś większego. Nie wiem czy to działa tak samo.
Ale chwila - czy my nie zakładamy że zobowiązanie wobec czegoś zewnętrznego jest lepsze niż wobec siebie? Bo to jest dość konkretne założenie. Ja bym powiedziała że własne postanowienie jest trudniejsze do utrzymania, ale nie gorsze. Albo nie?
