Zastanawiam się, czy ktoś z was w ogóle stosuje jakieś rytuały w kontekście zawodowym, nie mówię tu o sprawach osobistych, ale dosłownie: praca, klienci, podpisywanie umów, rozmowy negocjacyjne. Sama od jakiegoś czasu eksperymentuję z tym i mam mieszane odczucia. Z jednej strony czuję, że pewne działania rytualne faktycznie wpływają na mój nastrój i skupienie przed ważnymi spotkaniami, z drugiej ciągle mam z tyłu głowy pytanie, czy to nie jest po prostu efekt placebo i autosugestii. Macie jakieś doświadczenia z tym?
Akurat to temat, który mnie interesuje od dłuższego czasu. Prowadzę notatki z różnych prób i powiem tyle: wyniki są nierówne. Raz działa, raz nie. Ale zauważyłem jedną prawidłowość - kiedy robię cokolwiek rytualnego przed negocjacjami, wchodzę na spotkanie inaczej nastawiony. Trudno mi ocenić, czy to sama magia działa, czy po prostu zmieniam swoje zachowanie przez to przygotowanie. Chyba oba te rzeczy nie wykluczają się nawzajem.
To jest właściwie stary problem filozoficzny, który w ezoteryce często się pomija. Kiedy rytuał działa przez zmianę stanu wewnętrznego praktykującego, a kiedy działa przez coś, co wykracza poza psychologię? W przypadku rytuałów biznesowych to pytanie jest szczególnie trudne, bo efekty są mierzalne - umowę albo podpiszesz, albo nie. Nie ma tu miejsca na interpretację. Byłem kiedyś na kursie, gdzie prowadząca twierdziła, że rytuały ochronne przed nieuczciwymi kontrahentami są jedną z najbardziej praktycznych form magii, bo wynik jest zero-jedynkowy. Mnie to zawsze zastanawiało bardziej niż rytuały na miłość, gdzie efekt jest subiektywny.
Ale Augur08, to co piszesz o efekcie zero-jedynkowym to trochę uproszczenie, nie? Między podpisaniem umowy a jej niepodpisaniem jest masa zmiennych, na które rytuał może wpływać w sposób pośredni. Może nie wpłynął na samą decyzję kontrahenta, ale wpłynął na to, jak się prezentowałeś, jak mówiłeś, jak reagowałeś na trudne pytania. To nie jest tak proste do zmierzenia.
Znam kilka tradycji, które miały całkiem rozbudowane systemy rytualne dedykowane handlowi i relacjom zawodowym. W tradycji hoodoo na przykład istnieje cała gałąź praktyk związanych z przyciąganiem klientów, ochroną finansową, czy płynnymi relacjami z partnerami. To nie jest żadna nowość, kupcy od stuleci mieli swoje praktyki. Gildie średniowieczne miały rytuały wejścia i wyjścia, część z nich miała wyraźny charakter sakralny, część symboliczny. To jest głęboko osadzone w historii handlu, nie jakaś współczesna moda na 'manifestowanie'.
Przyznam, że nigdy nie myślałem o magii w kontekście pracy. Ja na co dzień patrzę raczej na horoskopy jeśli chodzi o ezoterykę, ale ten wątek mnie wciągnął. Pytanie do was: co konkretnie robicie przed takim ważnym spotkaniem? Mówię serio, nie żartuję, naprawdę jestem ciekaw czy to coś specyficznego czy to mogą być rzeczy, których człowiek nawet nie kojarzy z rytuałem?
Mam obsydian i tygrysie oko, które traktuję jako coś, co ma mnie stabilizować podczas trudnych rozmów handlowych. Wiem, że dla niektórych to tylko kamienie, ale dla mnie to element skupienia. Chociaż mam jedno zastrzeżenie do całej tej rozmowy - czy ktoś z was w ogóle powiedział kiedyś kontrahentowi albo pracodawcy, że stosuje takie praktyki? Bo wydaje mi się, że 99% osób to ukrywa, i samo to coś mówi o naszym podejściu do tego tematu.
Mam notatki z jakiegoś pół roku eksperymentów z rytuałami przed rozmowami handlowymi. Piszę to, bo może komuś się przyda perspektywa osoby, która podchodzi do tego bardziej systematycznie. Testowałem różne rzeczy: incens bergamotowy, który podobno wspiera klarowność myślenia i komunikację, zioła - tymianek ma w różnych tradycjach związek z odwagą i ochroną, praca z intencją formułowaną konkretnie. Wyniki? Nie ma jednej odpowiedzi. Ale zauważyłem, że te spotkania, przed którymi robiłem cokolwiek rytualnego, były dla mnie mniej stresujące. Czy to przekładało się na wyniki? Czasem tak, czasem nie.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, które mnie nurtuje od początku - mówimy o rytuałach dla siebie czy o rytuałach skierowanych na relację z konkretną osobą? Bo to jest chyba zasadnicza różnica etyczna. Przygotowanie siebie do spotkania to jedno. Ale robienie czegoś, co ma wpłynąć na decyzję drugiej osoby bez jej zgody - to już wchodzi w inne terytorium. Jak wy to rozgraniczacie?
Przepraszam, że wchodzę może trochę z boku, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Piszecie o rytuałach biznesowych jak o czymś całkiem naturalnym, a ja zawsze myślałam, że rytuały to są rzeczy religijne, że do kościoła się idzie, że to jest część wiary. A tu nagle mówimy o podpisywaniu umów i klientach. Czy to nie jest trochę... mieszanie porządków?
No ale właśnie to 'działał na poziomie psychologicznym' to jest dla mnie słabe uzasadnienie. Jeśli to tylko psychologia, to po co rytuał? Wystarczyłaby medytacja, wizualizacja, głębokie oddechy przed wejściem. Mam wrażenie, że część osób tu używa słowa rytuał, żeby nadać powagi czemuś, co jest po prostu techniką relaksacyjną. Nie mówię tego złośliwie, naprawdę pytam - gdzie jest ta granica między rytuałem a po prostu rutyną przygotowawczą?
Wróćcie do wątku o etyce, bo mnie to bardziej interesuje niż definicje. Mówiłaś Kasjopeja_O o działaniu na konkretną osobę bez jej zgody. A co z ochroną? Jeśli robię rytuał ochronny przed nieuczciwym kontrahentem, to też na niego działam - chronię siebie przed jego potencjalnymi działaniami. Czy to jest etyczne?
Słucham tej rozmowy od początku i mam kilka rzeczy do powiedzenia. Po pierwsze, rytuały w kontekście biznesowym mają naprawdę długą historię. Japońskie ceremonie herbaty były i są integralną częścią relacji handlowych - to nie jest metafora, to dosłownie ceremonialny rytuał budowania zaufania między partnerami. Chińskie biznesy do dziś uwzględniają feng shui przy organizacji przestrzeni biurowej i planowaniu spotkań. To są praktyki, które w tych kulturach nie są traktowane jako coś marginalnego. Po drugie - to co Pelcia pisze o granicy między rutyną a rytuałem jest naprawdę ciekawe i myślę, że kluczem jest właśnie intencja i rama symboliczna, nie sam gest.
Zenek, to akurat jest ciekawy temat, bo feng shui w kontekście biznesowym to nie jest tylko przestawianie mebli. W klasycznym feng shui - mówię o ba zhai albo flying stars, nie o tym uproszczonym zachodnim - kierunek wejścia do biura, pozycja biurka i strefy energetyczne pomieszczenia są analizowane razem z datą urodzenia osoby, która tam pracuje. W praktyce wygląda to tak, że dla jednej osoby siedzenie tyłem do drzwi to absolutna katastrofa, a dla innej jest neutralne. Nie ma jednej zasady dla wszystkich i to jest właśnie coś, czego większość poradników nie mówi. Co do relacji biznesowych konkretnie - jest coś takiego jak strefa 'helpful people', czyli w mandaryńskim gui ren, która odpowiada za wsparcie ze strony innych ludzi, kontakty, mentorów, klientów. W szkole kompasu to sektor północno-zachodni. Aktywowanie go - to już zależy od systemu, od kryształów, od metalowych elementów - miało dawać lepszy przepływ przez relacje zewnętrzne. Nigdy nie testowałam tego stricte biznesowo, ale mogę powiedzieć, że zmiany, które robiłam w przestrzeni według tych zasad, miały na mnie jakiś wpływ. Trudno powiedzieć jaki dokładnie.
Słuchajcie, ta rozmowa o feng shui to ciekawy kierunek, ale chciałbym wrócić do czegoś, co poruszyła Kasjopeja wcześniej, a potem urwało się bez rozwinięcia. Mówiła o działaniu na konkretną osobę bez jej zgody. Lobelka odpowiedziała w kontekście hoodoo i tradycji, które zna, ale zostało pytanie, jak to wygląda w praktyce - co ludzie faktycznie robią, a nie co jest teoretycznie dopuszczalne. Bo mam wrażenie, że ta granica między ochroną siebie a działaniem na kogoś jest w praktyce biznesowej strasznie rozmyta. Rytuał przyciągania klientów to jest działanie na relację, która nie istnieje - na hipotetycznych, przyszłych kontrahentów. Czy to jest etycznie inne od rytuału skierowanego na konkretną osobę?
Dla mnie to jest płynne i myślę, że próba wyznaczenia twardej granicy jest trochę sztuczna. Bo co z rytuałem, który ma sprawić, że rozmowa biznesowa przebiegnie dobrze dla obu stron? To jest działanie na relację, niekoniecznie na konkretną osobę. Chociaż może się mylę i to jest właśnie ta różnica, której nie widzę. Kasjopeja_O jak ty rozróżniasz 'dobrze dla obu stron' od 'tak jak ja chcę'? Bo w mojej głowie to są czasem to samo.
To co opisuje Frania jest dokładnie tym napięciem, które istnieje w każdej tradycji, którą znam. W hoodoo na przykład jest specyficzna magia zwana 'road opener' - otwieranie drogi. Nie mówi się 'sprawdź, żeby ta konkretna osoba mnie wybrała', mówi się 'otwórz drogi dla możliwości'. To jest fundamentalnie inne podejście niż targeting konkretnej osoby. Ale żeby być szczera - istnieją też w tej tradycji prace na konkretne osoby, dotyczące relacji biznesowych, przyciągania patronów, skłaniania sędziów do łagodniejszych wyroków. I nikt ich nie nazywa nieetycznymi wprost, bo kontekst i intencja są inne niż przy pracy destrukcyjnej. Nie mam jednej odpowiedzi na pytanie o etykę. Mam wrażenie, że każdy praktykujący musi to dla siebie ustalić.
Wiem, że może pytam o coś oczywistego dla was, ale te 'road openers' to są dosłownie rytuały na otwieranie drogi, tak? I to jest stosowane w sytuacjach biznesowych? Bo wcześniej nie miałam pojęcia, że w hoodoo są takie konkretne kategorie praktyk. Myślałam, że to jest bardziej... ogólne. A tak na marginesie - te przykłady ze skłanianiem sędziów brzmią mocno. To jest coś, co nadal jest praktykowane?
Nie znam się na tym co piszecie o hoodoo, ale to pytanie o etykę mnie zatrzymało. Bo właściwie - kiedy idziesz do negocjacji i celowo ubierasz się w określony sposób, żebyś wyglądał bardziej przekonująco, to też 'działasz na kogoś bez jego zgody', nie? I nikt nie mówi, że to nieetyczne. Więc gdzie jest granica między normalnym przygotowaniem a rytuałem, który jest problematyczny? Serio pytam, nie ironicznie.
Właśnie o to mi chodziło. Nie wiem, czy celowe ubieranie się 'na przekonującego' i rytuał to są różne modele działania - to zależy od tego, w co wierzysz. Jeśli ubranie zmienia twój stan wewnętrzny, który potem wpływa na drugą osobę przez zupełnie naturalne kanały - mowę ciała, pewność siebie, ton głosu - to czy to jest 'działanie na kogoś'? A jeśli tak, to czym różni się od rytuału, który robi to samo przez inną ścieżkę? Mnie to pytanie kręci w kółko i nie wiem, czy ono ma odpowiedź. Może po prostu każdy praktykujący musi ustalić, gdzie jest jego granica komfortu.
Chcę się odnieść do tej dyskusji o etyce, bo to mnie rzeczywiście zajmuje. Mam obsydian i tygrysie oko - pisałam o tym wcześniej - i mój rytuał przed trudnymi rozmowami to jest praca wyłącznie na siebie. Skupiam się na stabilności, na tym, żebym nie dawała się ponosić emocjom, żebym słuchała, a nie tylko mówiła. Nigdy nie myślę o tym jako o wpływaniu na kogoś innego. Ale teraz po tej rozmowie zastanawiam się - czy jeśli przychodzę stabilniejsza i spokojniejsza, to czy nie wpływam przez to na dynamikę rozmowy? I czy to jest 'działanie na kogoś'? To jest trochę paradoks.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i chcę dodać coś od siebie, bo pracuję z czakrami i energią ciała, a rzadko ktoś mówi o tym w kontekście biznesowym. Czakra gardła i czakra splotu słonecznego są dla mnie kluczowe przed ważnymi rozmowami zawodowymi. Gardło to komunikacja - to czy w ogóle jestem w stanie powiedzieć to, co chcę powiedzieć, bez chowania słów. Splot słoneczny to pewność siebie, ale też granice - to czy dam się zdominować albo czy sama będę dominować zbyt mocno. Praca z tymi czakrami przed spotkaniem to dla mnie coś konkretnego. Nie mówię, że zmienia rzeczywistość na zewnątrz, ale na pewno zmienia to, jak wchodzę w relację. I dla mnie to wystarczy jako uzasadnienie.
Pięć minut i tyle wystarczy? Serio? Bo ja próbowałam różnych rzeczy i zawsze miałam wrażenie, że to za krótko, że trzeba robić coś dłużej żeby cokolwiek poczuć. Może robię coś nie tak?
Zaczynam czytać ten temat od początku i trochę się gubię, ale jedno pytanie mam do wszystkich - te kamienie, o których mówicie, obsydian, tygrysie oko, kianit - to są rzeczy, które kupujecie w zwykłych sklepach z minerałami, tak? I czy ma znaczenie, skąd pochodzi kamień, czy jest czyszczony, czy jakoś aktywowany? Bo mam kilka kamieni w domu, które kupiłem, bo mi się podobały, i zastanawiam się, czy coś z nimi można zrobić w tym kierunku, o którym tu mówicie.
Jaryla, tak, kupuję w zwykłych sklepach z minerałami albo na targach kamieni. Co do pochodzenia - to zależy, kogo zapytasz. Jedni mówią, że kamień to kamień i liczy się tylko twoja praca z nim. Inni twierdzą, że wydobycie ma znaczenie, że kamień z kopalni gdzie panowały złe warunki pracy niesie ze sobą pewne 'ciężary'. Nie mam na to żadnego empirycznego dowodu, ale zawsze staram się kupować od sprzedawców, którzy wiedzą skąd pochodzi towar. Nie zawsze się da.
Ja mam i mam to zapisane. Co niedzielę wieczór robię coś w rodzaju przeglądu tygodnia - nie tylko planistycznego, ale też sprawdzam, jak wyglądają liczby. Numerologicznie dzień tygodnia i data miesięczna dają mi jakiś ogólny obraz. W poniedziałek rano zanim ruszę z pracą, mam kilkuminutowy rytuał przy biurku - zapalenie świecy, krótka intencja, zapis jednej rzeczy, na którą chcę być uważny tego dnia. To nie jest nic spektakularnego, ale daje mi poczucie, że wchodzę w tydzień z jakimś kierunkiem.
Zenek, ten wątek numerologiczny jest ciekawy, bo w tradycji pitagorejskiej i w kabbale dzień tygodnia ma przypisane planety i sfery, co bezpośrednio przekłada się na to, jaki typ działania jest w tym dniu wspierany. Środa to Merkury - komunikacja, handel, negocjacje. Czwartek to Jowisz - ekspansja, umowy, finanse. Jeśli ktoś planuje spotkania biznesowe, to sam układ kalendarza już daje pewne wskazówki. Nie twierdzę, że to wyrocznie, ale to ciekawy punkt wyjścia do planowania intencji.
