Zastanawiam się od jakiegoś czasu czy rytuały oparte na ruchu i tańcu są czymś, do czego trzeba mieć jakieś predyspozycje, czy to naprawdę każdy może robić bez przygotowania. Chodzi mi o takie rzeczy jak taniec transowy, rytmiczne kołysanie podczas ceremonii, krążenie sufi albo po prostu świadomy ruch jako część rytuału oczyszczającego. Bo z jednej strony słyszę, że ciało jest najlepszym przewodnikiem i nie ma tu żadnych barier. Z drugiej strony widziałam opisy stanów dysocjacyjnych u ludzi, którzy weszli w trans taneczny bez żadnego przygotowania i nie za bardzo wiedzieli co z sobą potem zrobić. Więc pytanie o dostępność tych rytuałów jest dla mnie pytaniem też o bezpieczeństwo, nie tylko o to czy ktoś umie tańczyć.
To jest dobry wątek, bo faktycznie to dwa różne pytania sklejone w jedno. Czy każdy może fizycznie uczestniczyć w rytuale opartym na ruchu - tak, w zasadzie tak, bo ruch to bardzo szerokie pojęcie i nie musi oznaczać tańca scenicznego ani akrobatyki. Ale czy każdy powinien wchodzić w głębszy trans taneczny bez żadnego oparcia - to już nie jest oczywiste. Tradycje, które pracują z tańcem jako sposobem przekraczania progu, na przykład Zar w Etiopii i Sudanie albo rytuały Candomblé, zawsze zakładają obecność kogoś doświadczonego, kto pilnuje przestrzeni i może wyciągnąć człowieka, jeśli zajdzie potrzeba. To nie jest kwestia elitarności, tylko po prostu struktury. Bez niej rytuał staje się czymś innym.
Ale czy mówisz o rytuale w sensie ceremonialnym, z kimś prowadzącym, czy też o indywidualnej praktyce w domu? Bo mi się wydaje, że to jednak dwa różne światy i nie można ich wrzucać do jednego worka. Ja na przykład mam w swojej rutynie coś, co chyba można nazwać rytuałem ruchowym - rano kilka minut bardzo wolnego, świadomego ruchu przy otwartym oknie, z intencją. Nie trans, nie ceremonia, ale ma swoją strukturę i działa na mnie bardzo konkretnie. Nikt mnie tego nie uczył w sensie formalnym. Więc gdzie jest granica między rytuałem a po prostu świadomą rutyną?
Byłam kiedyś na warsztacie 5Rhythms, który wymyśliła Gabrielle Roth, i to było jedno z bardziej nieoczekiwanych doświadczeń jakie miałam. Nie spodziewałam się niczego szczególnego, myślałam że to po prostu ruchomy warsztat wellbeingowy. A tymczasem gdzieś w połowie sesji coś się zmieniło w sali i kilka osób zaczęło płakać, jedna kobieta zaczęła się śmiać w sposób, który nie wyglądał jak śmiech z radości. Prowadząca zatrzymała muzykę i powiedziała wprost, że jeśli ktoś czuje się wytrącony, to powinien usiąść i po prostu oddychać. I to był moment kiedy pomyślałam, że tak, to jednak nie jest zwykłe fitness. Ale jednocześnie nie było żadnych warunków wejścia na ten warsztat. Każdy mógł przyjść.
Mi sie wydaje ze roznica miedzy rytuałem a terapia ruchem jest troche jak roznica miedzy modlitwa a rozmawianiem z psychologiem - oba moga dac podobny efekt, ale zrodlo jest inne i intencja jest inna. W rytuale jest jakis wymiar przekraczajacy siebie samego, jakas przestrzen ktora sie zaprasza albo do ktorej sie wchodzi. W terapii mamy do czynienia z psychika i ciałem ale nie ma tego 'trzeciego'. Choc pewnie sa osoby ktore by sie ze mna nie zgodziły 🙂
Wchodzę w to bo akurat przeczytałam o Biodance i zastanawiam się czy to w ogóle wpisuje się w ten wątek. Rolando Toro stworzył to na bazie biologii i filozofii ale ludzie opisują efekty w kategoriach, które brzmią bardzo... duchowo? Piszą o poczuciu jedności, o stracie granicy między sobą a innymi w sali. Czy to jest rytualne czy nie? Piszę bo nie wiem i chętnie usłyszę co wy o tym myślicie.
Trochę z boku, bo nie pracuję z ruchem jakoś szczególnie, ale mam pytanie które mnie tu przyciągnęło - czy ktoś miał doświadczenie z tańcem w kontekście pracy z przodkami albo z konkretnymi energiami? Bo czytałam o rytuałach Voodoo i Candomblé gdzie taniec jest sposobem na 'zaproszenie' orishy albo loa. I wtedy pytanie o to czy każdy może to robić nabiera zupełnie innego wymiaru, prawda? Tam nie chodzi o to czy ktoś umie tańczyć, tylko o to czy jest gotowy na to co może przyjść.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie trochę praktyczne - jak wy w ogóle zaczynacie taki rytuał ruchowy? Znaczy, jest jakieś wejście, jakaś forma otwarcia? Bo wyobrażam sobie że wstaję i zaczynam się poruszać i to brzmi... nie wiem, trochę bez sensu bez jakiegoś początku.
Właśnie ta kwestia otwarcia i zamknięcia wydaje mi się bardzo niedoceniana. Gdzieś czytałam że w tradycjach szamańskich ruch bez zamknięcia jest uważany za coś w rodzaju otwartego okna - wpuszczasz powietrze ale nie wiesz co jeszcze wlatuje. Nie wiem na ile to jest metafora a na ile dosłowność, ale coś w tym podejściu sprawia że traktuję takie rzeczy ostrożniej.
Ta metafora z otwartym oknem jest obrazowa ale mam wątpliwość czy nie przekazuje fałszywego poczucia zagrożenia osobom, które dopiero zaczynają. Przez lata mówiono ludziom, że praca z ruchem i ciałem jest 'niebezpieczna bez prowadzącego' i efekt był taki, że ludzie albo w ogóle nie próbowali, albo szukali pierwszego lepszego 'nauczyciela' który oferował warsztaty za niemałe pieniądze. Mam dużo szacunku dla ostrożności, ale nie każdy ruch rytualny to otwieranie bram. Ciało jest naprawdę zdolne do regulacji i jeśli ktoś zaczyna od prostego, świadomego ruchu, a nie od głębokiego transu, to ryzyko jest naprawdę małe.
Bardzo wiele tu wyczytuję i chciałam zapytać - czy ktoś z was pracuje z ruchem sezonowo, na przykład inaczej przy przesileniach albo nowiu? Bo wydaje mi się że w wielu tradycjach rytualny taniec był mocno osadzony w cyklu, nie był czymś codziennym. Ciekawi mnie czy wy też to czujecie, że jest czas bardziej sprzyjający takiej pracy.
Wracając do pytania z początku wątku - myślę że po tej dyskusji mam trochę jaśniej. Rytuały oparte na ruchu i tańcu są dostępne dla każdego w takim sensie, że ciało każdego człowieka jest zdolne do rytmicznego ruchu z intencją. Ale 'każdy może' nie oznacza 'każdy bez żadnego przygotowania i bez żadnej struktury'. Pytanie chyba powinno brzmieć: do jakiej formy rytualnego ruchu jestem gotowa teraz i czego mi do tego potrzeba. I to jest pytanie, na które nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich.
i właśnie tutaj mam pytanie bo trochę gubię się w tym co napisałaś - jak rozróżnić moment kiedy 'każdy może' staje się 'ale nie teraz' albo 'ale nie w ten sposób'? Czy to jest coś co ciało samo sygnalizuje, czy raczej coś co trzeba wiedzieć z zewnątrz?
Dziękuję za tę syntezę, naprawdę dużo mi to poukładało. Mam jeszcze takie małe pytanko z trochę innej strony - czy te rytuały ruchowe działają inaczej kiedy się je robi samemu niż w grupie? Bo czytałam o tych tradycjach grupowych, Candomblé, szamanizm, i tam ruch wydaje się być zawsze wspólny. A solo to jest coś zupełnie innego?
To co opisujecie z synchronizacją grupową ma zresztą konkretne badania za sobą - entrainment, czyli synchronizacja rytmów biologicznych między organizmami, jest zjawiskiem opisanym w neuronaukach. Badania Sebastiana Kirschnera i Michaela Tomasello pokazały że dzieci które wykonują synchroniczne działania ruchowe z inną osobą wykazują potem wyższy poziom zachowań prospołecznych. To tłumaczy też czemu grupowy taniec rytualny w tylu tradycjach na świecie pełnił funkcję spajania wspólnoty. Nie było to tylko symboliczne - to dosłownie zmieniało relacje między ciałami.
Trochę się kręcę wokół tej kwestii cały czas - czy jak ktoś nie czuje ciała, dosłownie, mam na myśli dysocjację albo trudności z odczuwaniem sensacji fizycznych, to czy rytuał ruchowy jest dla niego w ogóle możliwy? Bo z jednej strony mówi się że ruch ma pomagać wrócić do ciała, z drugiej żeby robić rytuał trzeba być obecnym.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może naiwne ale - co to znaczy że rytuał 'zadziałał'? Bo mam wrażenie że każda z was używa tego słowa inaczej. Dla jednej to synchronizacja, dla innej coś wewnętrznego, dla jeszcze innej jakaś zmiana po fakcie. Skąd w ogóle wiadomo że coś się wydarzyło w rytuałowym sensie, a nie po prostu że miałyśmy miły wieczór z tańcem?
Ta rozmowa idzie w kierunku który mnie bardzo zastanawia od dłuższego czasu. Gdzieś czytałam że w tradycji tańca derwiszów - wirujących sufich - efektem nie jest żaden konkretny stan ale raczej 'usunięcie przeszkody'. Nie wchodzisz w rytuał żeby coś poczuć, tylko żeby coś przestało stać na drodze. I to zmienia całkowicie pytanie o to czy zadziałał.
Okej ale to mnie zastanawia praktycznie - jak długo wirować żeby to cokolwiek znaczyło? Pytam serio, bo te rzeczy zawsze opisywane są bardzo poetycko, ale rzadko ktoś mówi że na przykład derwiszowie wirowali przez dwie godziny albo pół godziny. Czy jest jakieś minimum?
Mam wrażenie ze gdzies gubimy to o czym mowila Hela - że rytuały ruchowe sa dla kazdego ale nie kazdy musi robić to samo. Derwiszowe wirowanie jest na jednym koncu spektrum. Na drugim koncu jest po prostu swiadome kilka kroków w okreslonym kierunku z okreslona intencja. I jedno i drugie mozna nazwac rytuałem ruchowym. Nie rozumiem czemu mieszamy poziom trudnosci z dostepnoscia.
No właśnie, i to jest chyba najuczciwsza odpowiedź na pytanie z tytułu wątku. Każdy może - tak. Ale 'robić rytuał ruchowy' to nie jest jedna czynność, to jest przestrzeń od mrugnięcia z intencją do wieloletnich praktyk wirowania. I może problemem jest to że jak ludzie słyszą 'rytuał' to od razu myślą o tym ekstremalnym końcu tej skali.
Wracając do tego co powiedziała Dorotka o ludziach z trudnością odczuwania ciała - zastanawiam się czy takie osoby nie miałyby paradoksalnie łatwiej z czymś bardziej strukturalnym, gdzie jest jasna sekwencja ruchów, niż z improwizacją. Wydaje mi się że jak nie czujesz ciała to swobodny ruch jest bardziej dezorientujący niż coś gdzie wiesz co robić w danym momencie.
Przepraszam że znowu dopytam, bo ta rozmowa jest naprawdę gęsta i chłonę każde słowo - czy ktoś z was próbował połączyć rytualny ruch z czymś zewnętrznym jak na przykład konkretna muzyka, kamienie, świece? Zastanawiam się czy te rzeczy zmieniają jakość ruchu czy raczej są dodatkiem który nie ma większego znaczenia dla samego doświadczenia.
Przy okazji kamieni - miałam też sesje gdzie położyłam kilka z nich wokół siebie zamiast trzymać w dłoniach i to było zupełnie inne doświadczenie. Jakby tworzyły granicę przestrzeni, nie wiem jak to inaczej opisać. Ruch wewnątrz tego okręgu czuł się inaczej niż ruch na zewnątrz. Ale nie wiem czy to był efekt rzeczywisty czy po prostu sama sobie stworzyłam kotwicę wizualną.
No właśnie, to jest ciekawe. Jak słucham Leokadii to myślę sobie że ta granica z kamieni może działać podobnie do sekwencji ruchów - daje ciału jakiś punkt odniesienia. Ale czy to nie jest trochę tak że sami sobie tworzymy warunki pod które potem dostosowujemy interpretację? Mam na myśli - może każda wystarczająco wyraźna granica działa tak samo, nieważne czy jest z kamieni, kredą na podłodze czy ze świec?
No i tu jest wlasnie ten problem ze piszemy o rytuałach ruchowych a wchodzimy coraz bardziej w przedmioty i materały. Ja rozumiem ze to sie łaczy ale czy ktos z was robil rytualny taniec bez zadnych dodatkow? Bez muzyki, bez kamieni, bez nic? Bo mnie zastanawia co zostaje jak sie odbierze te wszystkie rekwizyty.
Saturnello, ja robiłam i to jest chyba najtrudniejszy wariant. Bez muzyki zostaje tylko oddech i dźwięk własnego ciała, a to jest bardzo inne od tego do czego większość z nas jest przyzwyczajona. Pierwsza połowa zawsze jest dla mnie walką z ciszą bo umysł szuka punktu zaczepienia. Ale jak to w końcu odpuszcza to jest inaczej niż z muzyką - bardziej wewnętrznie, mniej 'prowadzone'.
