Wrenna dotknęła czegoś co mnie zastanawia od pewnego czasu. Bo jak pracuję z runami, to moje zobowiązanie jest wobec... czego właściwie? Nie wobec tradycji jako instytucji. Wobec siebie? Wobec systemu? I kiedy się nudzę, to kogo właściwie zawodzę?
To pytanie Filomeny jest ciekawe. Bo ja przy czakrach tez nie mam ladnie powiedziane kogo 'zawiode'. I moze dlatego tak latwo odpuszczam? Ze nie ma zewnetrznego swiadka tej nudy?
Czytam ten wątek od początku i teraz pomyślałam o czymś innym. Może zamiast szukać jak naprawić nudę, warto by zapytać kiedy ona w ogóle zaczęła. Bo u mnie były okresy że rytuały szły same, i okresy że wszystko było ciężkie. I to nie zmieniło się przez zmianę rytuału - zmieniło się samo.
A moze to jest w ogole zly trop - szukac przyczyny nudy w samym rytuale? Moze nuda w rytuale mowi cos o stanie w jakim jestesmy poza nim, a nie o tym co robimy w srodku?
Acedia - mam wrażenie że wraca do tej rozmowy mimo że nikt jej nie wymienia wprost. Mnisi opisywali to jako stan w którym nic nie ma smaku, praktyka jest sucha, wszystko wydaje się bez sensu. I remedium nie było zmienianie rytmu liturgicznego, tylko perseverantia - wytrwanie bez oczekiwania że zaraz coś się poprawi. Ale to nie jest pasywne - to jest aktywna decyzja żeby być w tym co suche.
Gnostyk - to słowo 'acedia' siedzi mi w głowie. Bo jak czytam opisy mnichów to mam wrażenie że oni opisują dokładnie to samo co my tu kręcimy na setki sposobów. I to że mieli na to nazwę, że rozpoznawali to jako stan a nie jako błąd w praktyce - to jest coś czego mi chyba brakowało. Ale perseverantia bez oczekiwania na poprawę - jak się to różni od tupania w miejscu?
To co Gnostyk napisał o acedii - że mnisi mieli na to nazwę - jakoś mi się to kręci w głowie od ostatnioszego wieczoru. Bo my próbujemy to diagnozować, naprawić, zmienić. A oni nazywali to stanem i... trwali. Perseverantia. Czy to nie jest przypadkiem odpowiedź której nikt tu głośno nie powiedział?
Slucham tej rozmowy i mysle - moze my za bardzo szukamy rozwiazania w samym rytuale, a za malo pytamy po co ten rytuał w ogole jest. Bo jak wiem po co, to moze nuda jest mniej wazna? Albo inaczej - moze jak nie wiem po co, to kazda nuda wyglada jak znak ze cos nie gra.
Wahadelka mówi coś czego się trochę boję przyznać przed sobą. Że moje rytuały z runami też zmieniły się z czegoś co miało cel w coś co jest... po prostu. I nie wiem czy to dojrzałość praktyki, czy autopilot, czy właśnie ta acedia o której mówi Gnostyk. Nie umiem tego rozróżnić.
To rozróżnienie które próbujesz zrobić, Filomeno, jest może niemożliwe od środka. Jan Kasjan pisał że acedia potrafi podszywać się pod spokój - na zewnątrz wygląda jak opanowanie, a w środku jest pustka. Może dlatego tak trudno rozpoznać kiedy 'po prostu robię' to mądrość, a kiedy ucieczkowy automatyzm.
Owoce. To jest ciekawy sposób myślenia. Ale jak je rozpoznać? Bo jak jestem w złym nastroju, to po moich wieczornych rytuałach czuję się trochę lepiej - ale nie wiem czy to dlatego że rytuał działał, czy dlatego że w ogóle zrobiłam cokolwiek i to dało mi poczucie sprawstwa. Jak to oddzielić?
Ja mam wrazenie ze my tutaj chcemy za bardzo wiedziec 'dlaczego dziala'. A moze to nie jest pytanie do rytual? Jak biorę ziola bo mnie boli glowa, to nie zastanawiam sie czy boli mniej bo ziola czy bo sie polozylam. Boli mniej - i dobrze. Moze z rytualam tak samo?
Wrenna trafia w coś co mi kiedyś powiedział ktoś przy runach - że runy nie są po to żeby osiągnąć cel, tylko żeby zobaczyć co jest. I jak to zrozumiałam, zmieniło mi się nastawienie do praktyki. Ale to też nie trwało wiecznie. Po jakimś czasie znowu wszystko stało się płaskie.
Filomena - i co zrobilas jak znowu sie zrobiło plaskie? Czekałas czy zmieniałas cos? Bo mnie to interesuje bardziej niz teoria - co ludzie realnie robia jak spada to 'widzenie'.
Jak Filomena tak mówi, to mi ulżyło trochę. Bo sama też nie wiem co pomaga i miałam poczucie że powinnam to wiedzieć po tylu latach. A może po prostu nie ma jednej metody i to też jest odpowiedź, tylko nieprzyjemna?
Nieprzyjemna bo nie daje kontroli. I chyba właśnie o to chodzi - nuda w rytuale jest nieznośna między innymi dlatego że chcemy ją rozwiązać, mieć przepis, wiedzieć że robimy coś właściwie. A może sam rytuał jest ćwiczeniem z bycia bez tego?
No to wróciliśmy do punktu wyjścia prawie. Nie ma mistrza, nie ma wspólnoty, nie ma dzwonów. Jest nuda, jest pytanie co z nią robić i jest rozmowa na forum. Chyba to też coś znaczy - że tu jesteśmy i rozmawiamy zamiast po prostu odpuścić.
No to Chiromantka dobrze podsumowala - wrocimy do punktu wyjscia i co? Siedzmy tak az nuda przejdzie? Bo mam wrazenie ze ta rozmowa sama w sobie juz troche dziala jak rytuał. Powtarzamy te same pytania, krazymi wokol tego samego, i jakas czesc mnie czuje sie z tym... dziwnie dobrze? Ale druga czesc chce konkretow.
Właśnie zastanawiam się czy ta rozmowa nie jest przypadkiem przykładem tego o czym mówimy. Wracamy do tych samych punktów, ale jakoś to nie nudzi - albo przynajmniej mnie nie nudzi. Może dlatego że jest ktoś drugi? Może nuda w rytuale bierze się też z izolacji, z robienia wszystkiego w samotności bez żadnej odpowiedzi zwrotnej?
Ja tu widzę dwie różne rzeczy które się mieszają. Jedno to nuda jako stan psychiczny - brak pobudzenia, monotonia. Drugie to pustka jako stan głębszy, może nawet pożądany w niektórych tradycjach. W astrologii mamy podobny problem z interpretacją Saturna w dwunastym - na zewnątrz może wyglądać jak stagnacja, a w środku może być bardzo intensywna praca. Ale żeby to odróżnić, trzeba patrzeć na szerszy kontekst, nie na jeden moment.
głównie patrzę czy coś się zmienia w życiu w ogóle, nawet w rzeczach niezwiązanych z praktyką. Jak wszystko stoi, to Saturn dwunasty często oznacza że coś jest w toku, ale niewidoczne. Jak wszystko się wali albo przyspiesza, to nuda w rytuale może być oporem. Ale to jest bardzo uproszczone i nie twierdzę że to przepis na cokolwiek.
To rozróżnienie między nudą a pustką które wprowadził Mistral jest naprawdę ważne i mało kto je robi. W tradycji hezychastycznej pustka - hesychia - jest stanem aktywnym, nie brakiem. Nuda jest brakiem. Ale znowu - od środka wyglądają podobnie. Ojcowie pustyni nazywali to kenoza, ogołocenie, i traktowali jako etap, nie jako cel.
Słucham tego i myślę sobie że to jest piękna interpretacja, ale mam z nią problem. Bo jeśli każda nuda może być 'kenonozą' albo 'hesychią' albo 'Saturnem w dwunastym', to kiedy nuda jest po prostu nudą i trzeba zmienić coś konkretnego? Nie chcę żeby każdy mój trudny stan był od razu obudowany teorią która tłumaczy czemu jest dobrze.
Zgadzam sie z Mantra i Wahadelka. Mialam taki czas ze kazdy moj marny nastroj byl 'oczyszczaniem czakry solarnej' albo 'przejsciem przez cien'. A potem sie okazalo ze po prostu za malo spalam i za duzo kawy piłam. Nie wszystko musi byc mistyczne.
Mantra powiedziała coś co ja czuję od dawna ale nie umiałam nazwać. Ta tendencja do obudowywania wszystkiego teorią, żeby dyskomfort był do wytrzymania. I nie twierdzę że to złe - czasem pomaga. Ale jak za każdym razem robię z nudy 'kenozę', to może po prostu nie robię nic żeby faktycznie cokolwiek zmienić.
No ale wlasnie - to co mozna konkretnie zrobic? Bez teorii. Bo siedzę i mysle ze ta rozmowa kręci sie wokól ciekawych hasel, ale jak mam jutro wieczor znowu te nudne te same czynnosci, to co? Siedze i mysle o kenozie?
To pytanie Mantry jest dla mnie sercem całej tej rozmowy. Kiedy zmiana jest odpowiedzią, a kiedy ucieczką? Jan Klimak w 'Drabinie raju' pisał że rozeznanie tego przychodzi z praktyki, ale nie z intelektu. Czyli - nie da się tego wymyślić, można tylko sprawdzać. I to jest frustrujące, ale chyba uczciwe.
