Ale ta obserwacja jest trudna kiedy nic nie widzisz. Zaneta mówi że nic się nie zmieniło, no to co tu obserwować? Pustkę? Piszę serio, nie ironicznie, bo mam wrażenie że to jest właśnie ten moment gdzie wiele osób odpuszcza i uzna że to nie działa.
Ja mam w dzienniku zasadę że nie wracam do analizy danego rytuału przez co najmniej trzy tygodnie. I nie dlatego że to jakaś magiczna liczba, tylko dlatego że zauważyłam u siebie wzorzec - jak wracam za szybko to jestem zbyt blisko emocjonalnie i nic sensownego nie zapisuję. Mam za mało perspektywy.
Trzy tygodnie to wieczność. Serio. Jak mam problem zawodowy to nie mogę czekać trzy tygodnie na analizę czy cokolwiek ruszyło.
Martusia podnosi ciekawy punkt. Zaneta, jak się zastanowisz, to czy ta sytuacja zawodowa o której mówiłaś wymaga szybkich decyzji, czy raczej to ty chcesz żeby szybko się rozwiązała? Bo to są dwa różne stany.
I to jest odpowiedź na pytanie Striboga i Gorisa jednocześnie. To co Zaneta właśnie odkryła, że cierpliwie nie umie, to jest coś co pojawia się właśnie kiedy rytuał nie da natychmiastowego efektu. I to nie jest porażka rytuału, to jest informacja o sobie.
mam pytanie bo nie do końca rozumiem, czy to znaczy że rytuał zadziałał, tylko inaczej? Że zamiast zmiany zawodowej przyniósł Zanecie wgląd we własną niecierpliwość? Czy to jest za dużo interpretacji po fakcie?
Nie jest. Ale trzeba odróżnić dwie sytuacje. Jedną jest to że rytuał rzeczywiście uruchamia jakiś proces, który prowadzi do czegoś zaskakującego i to ma sens kiedy się patrzy wstecz. Drugą jest to że po prostu nic się nie stało i dorabiamy do tego filozofię żeby się poczuć lepiej. Jak odróżnić jedno od drugiego?
To jest bardzo zdyscyplinowane podejście, ale zastanawiam się czy nie jest też zbyt sztywne. Bo część zmian, szczególnie wewnętrznych, nie da się z góry określić jako weryfikowalnych warunków. Jak zapiszesz warunek dla zmiany perspektywy albo dla poczucia spokoju?
Ale czy to nie jest trochę ograniczające? Bo część moich najważniejszych rytuałów dotyczyła właśnie rzeczy niemierzalnych i jakoś mimo braku konkretnego warunku wiedziałam że coś się zmieniło. Nie dlatego że sobie wmówiłam, tylko dlatego że zaczęłam inaczej podejmować decyzje. To nie jest warunek ale jest jednak coś.
To pytanie Gorisa jest moim zdaniem najważniejszym w tym wątku i chyba nikt jeszcze na nie nie odpowiedział wprost. Ja nie wiem jak odróżnić. I im dłużej to robię, tym mniej jestem pewna że to jest w ogóle pytanie na które można odpowiedzieć obiektywnie.
Czyli rytuał jako coś co sprawia że zwracasz uwagę na zmiany, bo się ich spodziewasz? Trochę jak efekt obserwatora, jak coś obserwujesz to zaczynasz to dostrzegać. To by mogło tłumaczyć dlaczego Zaneta nic nie zauważyła, skoro cel był mglisty, to nie wiedziała co obserwować.
Tymianka podsumowała to lepiej niż ja przez ostatnie kilka postów. Tak, coś w tym jest. Kiedy wiem że robię rytuał z konkretnym zamiarem, to potem mam inaczej nastawioną uwagę. Jakbym uruchomiła jakiś wewnętrzny tryb obserwacji. I nie mówię że to jedyne wyjaśnienie, ale to tłumaczy dlaczego dla mnie ma sens robic to zapisowo, z datą i konkretnym zamiarem, zanim cokolwiek sprawdzam.
Dobra, to wracam do swojej sytuacji bo rozumiem że byłam tutaj przykładem. Mój cel był mniej więcej taki: żeby ta sytuacja w pracy się rozwiązała. I teraz jak słyszę tę rozmowę to widzę że to jest mgła, nie cel. Ale pytanie co zrobiłabym inaczej? Bo jak mam napisać konkretny warunek dla sytuacji, której do końca sama nie rozumiem?
To co mówi Berkana brzmi bardziej jak coaching niż rytuał. Nie krytykuję, pytam serio. Czy to jest element przygotowania do rytuału, że tak to przygotowujesz? Czy robisz to niezależnie od rytuału?
Ale to jest chyba właśnie to o czym mówiłem wcześniej, że jeśli wynik rytuału jest właściwie wynikiem twojej własnej pracy z intencją, to gdzie jest w tym coś poza tobą? Berkana, naprawdę pytam, nie staram się zdyskredytować, tylko nie rozumiem jak to dla ciebie działa.
Wiktor zadaje to pytanie jakby miało jedną poprawną odpowiedź. Ale może nie ma. Ja przez długi czas próbowałam to rozstrzygnąć i w pewnym momencie przestałam, bo zorientowałam się że samo to pytanie jest pułapką. Albo wierzysz że coś jest poza tobą, albo wierzysz że wszystko jest wewnątrz, ale wyniki, jeśli jakiekolwiek są, nie potwierdzają ani jednego ani drugiego w sposób, który da się udowodnić.
Słucham tej rozmowy i mam poczucie że gdzieś zgubiłem temat wątku. Zaczęło się od pytania co robić gdy rytuał nie zadziałał. Teraz jesteśmy przy tym czy intencja jest częścią rytuału. To jest ważne, ale chciałem zapytać, czy ktoś miał sytuację że rytuał dał wynik odwrotny do zamierzonego? Bo o tym jeszcze nikt nie mówił.
Stribog, to jest dobre pytanie i nie, nikt tego nie poruszył. Ja miałam raz sytuację gdzie intencja była żeby coś przyspieszyć, a po rytuale wszystko zwolniło na kilka miesięcy. I długo myślałam że to porażka, a potem okazało się że to zwolnienie było potrzebne żebym w ogóle zdążyła się przygotować na to co przyszło. Ale nie wiem czy to rytuał to zrobił, czy po prostu tak miało być.
Mimoza, czyli z perspektywy czasu widzisz to inaczej. Ale w momencie kiedy to się działo, co czułaś? Czy cokolwiek wskazywało że to nie jest porażka tylko korekta kursu? Pytam bo jestem ciekawa czy to jest coś co można wyczuć na bieżąco czy dopiero po czasie.
A może właśnie to jest ta kotwica o której chyba miał być ten wątek. Nie że rytuał gwarantuje wynik, ale że daje ci coś do czego możesz wrócić myślami kiedy jesteś w środku chaosu i nie rozumiesz co się dzieje. Mimoza była sfrustrowana, ale miała ten punkt, że coś zrobiła, że była intencja. To nie jest mało.
Ale to działa na ciebie, Strzaska, bo masz nawyk pisania. Ja jak piszę to się rozpraszam na samym pisaniu i gubię to co chciałem zapisać. Czy jest inny sposób na tę kotwicę dla kogoś kto nie działa przez zapisywanie?
Ja nie zapisuje prawie nic i dla mnie kotiwcą jest przedmiot. Mam kamień albo coś konkretnego z rytuału i to mi starcza. Jak go widzę to pamiętam że coś robiłam i to działa tak samo jak dziennik tylko bez pisania. Ważne żeby to był fizyczny obiekt który gdzieś leży i który widzisz.
Nie dezaktywuje go jakoś formalnie zazwyczaj. Jak sprawa jest zamknięta to odkładam go gdzieś gdzie go nie widzę, albo wracam do ziemi jeśli to kamień. Nigdy nie myślałam żeby to był problem, bo przy nowych rytuałach biorę nowe rzeczy. Ale teraz jak o tym myśle to może to nie jest najlepsza zasada.
Właśnie o to chodzi, że przedmiot który nosił intencję zamkniętej już sprawy nadal jest naładowany tą energią. Nie mówię że to coś strasznego, ale mieszanie zamkniętych i otwartych intencji w jednej przestrzeni to trochę jak trzymanie w szufladzie starych kontraktów razem z nowymi. Pytanie do ciebie, Perydotka, jak często ci się zdarza że wracasz do starego kamienia i nie możesz już skojarzyć z czym był związany?
Dlatego piszę. W notatce mam co, kiedy i z jakim kamieniem. Jak sprawa jest zamknięta to piszę zamknięte i datę. Brzmi może pedantycznie ale naprawdę pomaga nie gubić kontekstu. Perydotka, może zamiast całkowicie rezygnować z zapisywania, po prostu notuj jeden krótki opis na karteczce i wkładaj do pudełka razem z kamieniem?
Trochę oddaliśmy się od tego co mnie nadal uwiera w tym temacie. Bo rozmawiamy już o przechowywaniu przedmiotów, a ja wróciłabym do tego co Mimoza mówiła wcześniej, że rytuał zadziałał inaczej niż chciała i dopiero po czasie zobaczyła że to miało sens. Jak wy w ogóle decydujecie że rytuał nie zadziałał? Ile czasu dajecie zanim uznacie że nic się nie wydarzyło?
Zaneta, ja nie mam reguły czasowej i to jest pewnie moja słabość. Raczej działam intuicyjnie, obserwuję czy cokolwiek się ruszyło w jakimkolwiek kierunku. Czasem jest ruch ale nie tam gdzie się spodziewałam i wtedy nie wiem jeszcze przez jakiś czas czy to jest efekt czy przypadek.
