To co mówi Mimoza przypomina mi dyskusję o modlitwie, którą kiedyś czytałam, że jej wartość nie leży w tym czy 'skutkuje' w sensie sprawczym, tylko w tym co robi z osobą która się modli. Może w rytuałach jest podobnie i pytanie o skuteczność jest trochę obok sedna?
Weszłam do tej rozmowy trochę z boku, ale chcę zapytać bo mnie to dotyczy. Czy jeżeli rytuał nie zadziałał w tym sensie że zewnętrznie nic się nie zmieniło, to czy zmiana wewnętrzna może być 'wystarczająca'? Pytam bo sama mam taką sytuację i nie wiem co z tym zrobić.
Mam takie poczucie że ta rozmowa krąży wokół jednego pytania które nikt nie zadał wprost. Czy rytuał który nie przyniósł efektu zewnętrznego i nie zmienił niczego wewnętrznie jest po prostu nieudany? Albo innymi słowy czy możemy w ogóle mówić o nieudanym rytuale, czy zawsze coś z tego zostaje?
To co mówi Berkana jest w sumie uczciwe, bo przynajmniej nie udaje że system ma gotową odpowiedź na każdą sytuację. Ale mam wrażenie że w praktyce wiele osób i tak oczekuje konkretnego efektu, niezależnie od tego jak jest skonstruowana tradycja którą stosują. I tu jest napięcie którego nie da się rozwiązać tylko przez redefinicję czym jest rytuał.
Słucham tej wymiany i mam pytanie do Zanety konkretnie, bo ona kilka razy tu wracała do tego że chce wiedzieć co robić. Czy Zaneta już wie co ten rytuał miał przynieść i nie przyniósł, czy to jest bardziej ogólne poczucie że coś nie działa? Bo to są dla mnie dwie różne sytuacje i myślę że inne kroki.
Zaneta, właśnie wróciłam do czytania tego wątku i twoja sytuacja brzmi bardzo podobnie do mojej gdy zaczynałam ten temat. Ja też miałam konkretny cel, nie abstrakcyjny. I też minęło sporo czasu bez wyraźnego sygnału. I to co mi w końcu pomogło ruszyć z miejsca to nie była nowa metoda, tylko rozmowa z kimś kto zadał mi pytanie czy to co definiuję jako 'brak zmiany' na pewno jest brakiem zmiany. Nie żeby mnie pocieszyć, tylko serio, bo okazało się że kilka rzeczy się jednak poruszyło, tylko że nie tak jak się spodziewałam.
A tutaj dotykamy czegoś co mnie zastanawia od dawna w tej rozmowie. Jak to jest że oczekujemy zmiany, ale nie mamy z góry ustalonego co ta zmiana ma oznaczać w praktyce? Zaneta mówi zmiana zawodowa, okej, ale czy to nowa praca, awans, własna firma, przesunięcie w projekcie? Bo im bardziej ogólne oczekiwanie, tym łatwiej nie zauważyć że coś się jednak zaczęło dziać.
Zaneta, wracając do twojej sytuacji, bo myślę że jest ważna dla całej dyskusji. Kilka miesięcy bez żadnej zewnętrznej zmiany przy rytuałach ukierunkowanych na sferę zawodową to jest sytuacja w której ja bym sprawdziła czy nie ma jakiegoś czynnika który blokuje nie na poziomie praktyki, tylko na poziomie tego co dzieje się w otoczeniu. Nie mówię o sabotażu energetycznym czy coś, ale dosłownie, czy jest coś co strukturalnie uniemożliwia tę zmianę niezależnie od intencji.
To co mówi Astaria dotyka czegoś co kiedyś gdzieś czytałam, że w wielu tradycjach praktycznych magię nazywa się 'przyspieszaniem tego co możliwe', nie tworzeniem tego co niemożliwe. Nie wiem czy to pasuje do tego jak Zaneta i Mimoza rozumiały swoje rytuały, ale chyba jest jakiś sens w tym żeby odróżniać te dwie kategorie.
Słucham tej dyskusji i mam wrażenie że robimy koło. Zaneta pyta co robić, dostaje rady żeby sprawdzić intencję, sprawdzić warunki zewnętrzne, czekać, nie czekać. Skąd mamy wiedzieć co z tego jest właściwe w danej sytuacji jeśli nie mamy żadnego kryterium z zewnątrz?
To co mówi Mimoza jest chyba sednem tej rozmowy i dobrze że do tego wracamy. Brak zewnętrznego kryterium skuteczności nie jest defektem praktyki ezoterycznej, tylko jej cechą. Problem zaczyna się kiedy ktoś tego nie rozumie wchodząc do tematu i oczekuje weryfikowalności której po prostu nie ma. Zaneta, nie mówię że to twój błąd, mówię że ta frustracja którą opisujesz może wynikać z napięcia między oczekiwaniem a naturą tego z czym pracujesz.
Dobra, skoro już tyle tu powiedziano, to mam jeszcze jedno pytanie do wszystkich którzy mówią o braku kryterium zewnętrznego. Jeśli nie ma kryterium, to po czym wy sami rozpoznajecie że coś zadziałało? Nie mówię o uczuciu, tylko o czymś co można sprawdzić?
To co Strzaska opisuje to jest coś co w tradycji nordyckiej jest wbudowane w samą logikę run. Uruz albo Hagalaz nie przynoszą zmiany bezkosztowo, one przeorują grunt. Pytanie czy ktoś tego chce często w ogóle nie pada przed rytuałem.
Mam wrażenie że ta rozmowa coraz bardziej kręci się wokół tego kto jest odpowiedzialny za skutek. Rytuał, osoba, warunki zewnętrzne. A co jeśli to jest złe pytanie? Może ważniejsze jest co robisz z tym co wyszło, nie kto winien.
Zaneta, chcę się upewnić że dobrze rozumiem twoją sytuację. Mówisz że nic się nie zmieniło, ale czy sprawdzałaś czy coś się nie zmieniło w tym co ty chcesz? Pytam bez oceniania, bo mi samej kiedyś się zdarzyło że cel który postawiłam przestał być aktualny a ja nadal mierzyłam pod stary zamiar.
to jest ciekawe. Myślę że nadal chcę tego samego, ale szczerze to nie sprawdzałam. Może naprawdę powinnam to przemyśleć od nowa.
Słyszę tu coś ważnego. Zaneta dopiero teraz mówi że nie sprawdzała czy cel jest nadal aktualny. To nie jest błąd Zanety, to jest właśnie ten moment kiedy rytuał jako praktyka wymaga refleksji poza samym wykonaniem. Rytuał to nie zamówienie w sklepie internetowym gdzie składasz i czekasz.
Mnie bardziej interesuje ten moment kiedy rytuał się 'psuje' bo ktoś przerwie go w połowie albo zrobi w złym czasie. Czytałem że czas księżycowy ma tu kluczowe znaczenie i jeśli zaczniesz przy pełni a skończysz przy nowiu to masz conflict fazowy. Nie wiem czy to jest sprawdzone ale to wydaje się logiczne.
Ciekawi mnie coś innego. Wszyscy tu mówimy o tym co można było zrobić inaczej, ale nikt jeszcze nie powiedział wprost czy kiedykolwiek zrezygnował z rytuału po nieudanej próbie. Ja miałam moment kiedy po prostu przestałam na jakiś czas i to paradoksalnie coś zmieniło. Nie wiem czy to miało związek ale tamten czas wspominam inaczej.
To co mówią Czarodka i Stribog to jest coś czego się nie spodziewałam w tej rozmowie. Że przerwa mogła być elementem procesu, nie porażką. Zaneta, czy brałaś pod uwagę że kilka miesięcy które opisujesz mogło być właśnie takim czasem?
No dobra, Ninka masz rację że nie myślałam o tym w ten sposób. Ale jak to sprawdzić? Jak mam wiedzieć że to była przerwa a nie po prostu nic się nie działo? Bo z zewnątrz wygląda tak samo.
Ja mam takie pytanie do całej rozmowy bo trochę gubi mi się wątek. Mówimy dużo o tym że rytuał może działać inaczej niż się spodziewamy, ale nie rozmawiamy o tym co zrobić żeby następnym razem zdefiniować cel lepiej. Czy ktoś ma konkretną metodę, nie filozofię, tylko coś praktycznego co stosuje przed rytuałem?
Strzaska dotknęła czegoś ważnego. W wielu tradycjach magicznych, żeby nie być ogólnikową, weźmy choćby ceremoniał hermetyczny, przygotowanie do rytuału traktuje się jako integralną część samego rytuału, nie wstęp do niego. To co Strzaska opisuje jako dziennik to w zasadzie odpowiednik tego co w Złotym Świcie nazywano skrutynium intencji. I właśnie tam często wychodziło na jaw że cel jest niespójny lub nierealny na danym poziomie pracy.
Zgadzam się z Martusią w tej kwestii. W praktyce runicznej jest coś podobnego, zanim się wyryje czy namaluje runę do konkretnego celu, trzeba umieć ją uzasadnić własnymi słowami. Nie wyrecytować znaczenie ze słownika, tylko powiedzieć dlaczego ta a nie inna. Jeśli nie można tego zrobić, to jest sygnał że praca jest przedwczesna. Miałam kogoś kto do mnie przyszedł z prośbą o konsultację i nie był w stanie powiedzieć dlaczego wybrał Sowulo do rytuału na spokój wewnętrzny. To jest runa działania i światła, nie spokoju. Cel i środek były sprzeczne od początku.
To jest odpowiedź na pytanie Zanety z wcześniej, tylko od innej strony. Zaneta mówiła że nic się nie zmieniło, ale może coś przyszło i nie zostało rozpoznane właśnie dlatego że cel był zbyt ogólny? Zaneta, jak brzmiał twój cel kiedy robiłaś ten rytuał? Dosłownie, jakich słów używałaś?
Zaneta, zanim zaczniesz planować nowy rytuał, może warto się zatrzymać na tym co już masz. Nie mówię żeby odkładać działanie, ale mam wrażenie że w tej chwili jesteś w momencie gdzie rozumiesz już coś czego nie rozumiałaś przed chwilą. I to jest dobry punkt wyjścia do zapisania co tak naprawdę chcesz zmienić. Nie rytuał, tylko kartka i szczere wypisanie, co konkretnie mi przeszkadza w pracy i co konkretnie chciałabym żeby było inaczej.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam wrażenie że wchodzimy w coraz konkretniejszy rejon. Od początku był tu temat o tym co robić gdy rytuał nie zadziałał jak się spodziewaliśmy i właściwie to Zaneta jest żywym przykładem tej sytuacji. I pojawiło się kilka rzeczy, niesprecyzowany cel, brak refleksji po, przerwa którą można interpretować różnie. Mam pytanie do wszystkich, czy jest jakiś moment po nieudanym rytuale który jest absolutnie kluczowy żeby nie zostać z poczuciem że po prostu się nie udało?
