Ale właśnie to jest problem z tą całą interpretacją post-factum. Jeśli rytuał może działać inaczej niż planowałeś, wolniej albo szybciej, w innym obszarze niż chciałeś, to w zasadzie każde wydarzenie w twoim życiu możesz podpiąć pod ostatni rytuał. Gdzie jest granica między tym że to zadziałało a tym że po prostu życie toczy się dalej?
Wiktor, to pytanie które zadałeś jest ważne ale opiera się na założeniu że magia powinna być falsyfikowalna tak jak eksperyment naukowy. A w tradycji w której ja pracuję to nigdy nie było kryterium weryfikacji. Kryterium jest co innego. Sprawdzam czy moje życie zmierza w kierunku który wybrałam, nie czy konkretny skutek nastąpił w konkretnym terminie. To inne pytanie.
Słucham tej wymiany i mam wrażenie że Wiktor i Martusia mówią o dwóch różnych rzeczach i dlatego nie mogą się spotkać. Wiktor chce falsyfikowalności przyczynowej, Martusia mówi o zmianie jako kryterium. Tylko że zmiana to też można interpretować różnie. Martusia, jak odróżniasz zmianę która nastąpiła niezależnie od rytuału od zmiany która jest jego wynikiem?
Czy ta zmiana wewnętrzna o której mówi Berkana to nie jest po prostu efekt placebo? Zrobiłeś rytuał, poczułeś że coś zrobiłeś, zaczęłeś działać inaczej bo miałeś poczucie wsparcia, i stąd zmiana. Pytam serio, bo nie wiem czy to podważa czy potwierdza wartość rytuału.
Ale to by znaczyło że rytuał jest dobry tylko jako psychologiczne wsparcie, nie jako cokolwiek więcej. Mnie to nie satysfakcjonuje, bo wtedy po co całe przygotowanie, intencja, dobór momentu i reszta. Mogłabym sobie powiedzieć że jutro zacznę działać i efekt byłby taki sam.
No dobra, ale Zaneta ma rację w tym sensie że coś mi tu nie gryzie. Bo jeśli rytuał jest dobry jako psychologiczne wsparcie, to czym się różni od na przykład zapisania sobie intencji na kartce i przyklejenia do lustra? Albo od afirmacji? Nie mówię że jest gorszy, pytam serio o tę różnicę, bo dla mnie ona musi gdzieś być.
Zastanawiam się czy ta rozmowa nie utknęła trochę w kółku. Wiktor będzie twierdził że wszystko jest poznawcze, Martusia że nie tylko, i żadna ze stron nie ma jak tego rozstrzygnąć na forum. Mnie bardziej interesuje to co Zaneta powiedziała wcześniej, że przygotowanie ma znaczenie i że naklejka na lustrze to nie to samo. Zgadzam się z tym ale z innego powodu niż metafizyka.
Dokładnie to samo czuję. Zresztą zauważyłam że moje rytuały które były robione w pośpiechu albo bez przygotowania dawały inne efekty niż te gdzie naprawdę spędziłam czas na samym zamierzeniu. Nie wiem czy to placebo, poznawcze czy coś jeszcze, ale ta różnica jest dla mnie wyraźna.
Wracam do pytania które mnie tu sprowadziło, bo trochę zeszliśmy z tematu. Mój rytuał nie zadziałał tak jak chciałam, ale teraz widzę że zadziałał. I cały czas szukam jakiegoś wewnętrznego kryterium, które pozwoliłoby mi to rozpoznawać wcześniej, nie po kilku miesiącach. Czy ktoś w ogóle ma taki sposób na bieżące rozróżnienie, że coś idzie inaczej niż planowałam ale idzie, od tego że po prostu nic nie idzie?
Mimoza, to jest jedno z najtrudniejszych rozróżnień jakie znam. Sama nie mam na to recepty, ale zauważam że kiedy coś idzie, nawet inaczej, jest jakaś nić ciągłości, jakiś ruch. Nawet bardzo mały. Kiedy naprawdę nic się nie dzieje, jest cisza w środku i na zewnątrz jednocześnie. Ale to nie jest zero-jedynkowe i wiem że to mało użyteczna odpowiedź.
Ale Strzaska, to co opisujesz to retrospekcja, nie bieżące rozróżnienie. Mimoza pyta o to jak wiedzieć w trakcie, nie jak rozpoznać po czasie.
Właśnie. Bo patrzenie wstecz i widzenie sensu to łatwe, retrospektywnie można ułożyć sens prawie z czegokolwiek, Wiktor miał rację z tym argumentem. Mnie chodzi o to czy da się mieć jakiś kompas w momencie kiedy jeszcze nie wiem co się dzieje.
Tego chyba nie da się mieć zawsze. Znam tradycje gdzie po rytuale jest celowe milczenie przez kilka dni, właśnie dlatego żeby nie interpretować na gorąco. To nie jest brak kompasu, to jest świadome zawieszenie oceniania. I paradoksalnie po tym milczeniu więcej widać.
Miałam takie podejście przez jakiś czas, to milczenie po rytuale. Ale u mnie się nie sprawdziło bo w tym milczeniu zaczęłam nakręcać się interpretacjami bardziej niż gdybym po prostu żyła normalnie. Może to kwestia charakteru, nie metody.
Myślę że Martusia wskazała coś ważnego, tylko niekoniecznie o milczeniu jako metodzie. Chodzi o to żeby nie zamknąć interpretacji za wcześnie. I to może być kotwica o której Mimoza pisała w pierwszym poście, że rytuał jest punktem odniesienia w czasie, a nie jednorazowym zdarzeniem. Jak masz punkt odniesienia, masz z czego mierzyć ruch, nawet jeśli jego kierunek cię zaskoczył.
To co powiedziałaś na końcu, Astaria, o tym że rytuał jest punktem odniesienia w czasie, a nie jednorazowym aktem, to chyba najcelniejsze ujęcie z całej tej rozmowy. Bo to zmienia pytanie Mimozy z 'jak rozpoznać że zadziałało' na 'jak nie zatracić tego punktu odniesienia kiedy nic nie widać'. I to są zupełnie inne pytania.
Właśnie, dokładnie o to mi chodzi. Nie o weryfikację efektów, ale o to żeby nie zgubić samego punktu startowego gdy wszystko wygląda na stagnację.
Ale tu jest istotna różnica. W tradycjach które znam nie chodzi o to że 'coś działa niewidocznie'. Chodzi o to że rytuał wyznacza kierunek, a nie gwarantuje dotarcia. Jak idziesz na północ według kompasu, nie znaczy że na pewno dotrzesz do celu, ale przynajmniej wiesz że nie kręcisz się w kółko.
Mam takie poczucie że cała ta rozmowa krąży wokół jednego pytania, tylko różnie go formułujemy. Jak odróżnić cierpliwość od samookłamywania się. I szczerze nie wiem czy da się na to odpowiedzieć ogólnie, bo dla każdej osoby ta granica jest chyba w innym miejscu.
Wracając do tego co Mimoza pisała o kompasie w trakcie, a nie po fakcie. Zastanawiam się czy to nie jest bardziej kwestia stanu ciała niż głowy. Znaczy, kiedy rytuał naprawdę coś poruszył, czuję to fizycznie już w trakcie, coś jak zmiana temperatury albo spokój który przychodzi nagle. Kiedy nic się nie dzieje, jest po prostu sucho, mechanicznie.
To co Strzaska opisuje to klasyczny efekt embodied cognition, ciało przetwarza intencję równolegle z umysłem. Kiedy nie ma żadnego sygnału fizycznego, to faktycznie może oznaczać że poznawczo jesteś gdzie indziej. Nie musi to mieć żadnego mistycznego wymiaru.
Dokładnie. Wydaje mi się że ta rozmowa co chwile wchodzi w ślepą uliczkę właśnie dlatego że ktoś próbuje rozstrzygnąć czy coś jest naprawdę duchowe czy tylko psychologiczne. Jakby nie mogło być jednocześnie jedno i drugie albo żadne z nich i nadal działać.
Chcę wrócić do tego co Berkana powiedziała o kierunku a nie dotarciu do celu. Bo to mnie uderzyło. Mój rytuał miał konkretny cel i nie osiągnęłam go. Ale może pytanie nie powinno brzmieć 'czy dotarłam' tylko 'czy nadal idę w tym kierunku'. I tego właśnie mi brakowało przez te wszystkie tygodnie kiedy byłam zdezorientowana.
Ale jak długo można iść w kierunku bez żadnego znaku że się zbliżasz? Bo to może być też po prostu zły kierunek i żadne rytuały tego nie zmienią jeśli coś jest fundamentalnie nie tak ze ścieżką.
To co Mimoza napisała o celu mnie zatrzymało. Bo ja długo tkwiłam w przekonaniu że złe wykonanie rytuału to jedyna możliwa przyczyna braku efektów. I dopiero po dłuższym czasie zaczęłam rozumieć, że cel też można zdefiniować tak, że jest po prostu nieegzekwowalny przez żadne działanie, rytualne czy inne. Jak ktoś chce żeby coś się wydarzyło w konkretnej formie, w konkretnym czasie, z konkretną osobą, to rytuał nie jest w stanie zmienić fizyki sytuacji.
Ale tu jest coś co mnie razi w tej całej rozmowie o 'metodologii'. Rytuał to nie jest projekt biznesowy. Jeśli zanim cokolwiek zrobisz musisz przeanalizować wykonalność celu, to trochę gubisz ten moment kiedy po prostu działasz z miejsca gdzie coś cię prze do przodu. Analiza i intencja to nie to samo.
To co Perzyna opisuje jako 'moment kiedy coś cię prze do przodu' to w wielu tradycjach jest właśnie sygnałem że czas działać. Ale jest różnica między tym sygnałem a tym do czego ten sygnał popychasz. Możesz być gotowa działać i jednocześnie pytać w jakim kierunku działać.
