To ja mam pytanie do Karmelii, bo nadal nie do końca rozumiem. Czy chodzi ci o to, że powiesz tej osobie po fakcie, czy przed? Bo to chyba robi różnicę?
Bardziej przed albo w trakcie, bo po fakcie to już nie ma co ukrywać. Zastanawiam się czy samo powiedzenie, że robię rytuał, może jakoś wpłynąć na efekt. Czy informacja u kogoś z zewnątrz cokolwiek zmienia.
To jest stare pytanie i różne tradycje mają różne odpowiedzi. W hermetyzmie jest coś takiego jak zasada dyskrecji, która mówi żeby nie ujawniać pracy magicznej dopóki nie jest zakończona i 'zapieczętowana'. Argumentacja jest taka, że każda rozmowa o nieskończonym rytuale to nowy punkt wejścia dla cudzych myśli i emocji. Niekoniecznie złych, po prostu obcych.
Ta kwestia zapieczętowania jest ciekawa, bo pojawia się też w tradycjach ludowych, nie tylko hermetycznych. Babcie na wsi nie mówiły o zamówieniach nikomu, bo 'urók się odwróci'. Mechanizm może być inny niż hermetyczny, ale reguła podobna. Milczenie jako ochrona pracy.
Czyli rozumiem z tej rozmowy że generalnie przed i w trakcie raczej nie, a po to zależy. Ale nikt nie powiedział co z sytuacją gdy ta bliska osoba pyta sama z siebie. Jak ktoś widzi że siedzisz przy świecach i pyta co robisz, to co wtedy?
A ja bym powiedziała że to jedno z lepszych wyjść jakie mogłeś wybrać. Nie otwierasz rozmowy, nie kłamiesz wprost, i nie zapraszasz tej osoby do pytań. Medytacja to neutralne słowo które większość ludzi rozumie i nie drąży.
To znaczy, że ta taktyka z medytacją ma sens, ale mnie ciekawi co dalej. Bo jak już raz powiedziałem współlokatorowi że medytuję, to teraz za każdym razem gdy siada i pyta 'znowu medytujesz?', to muszę coś odpowiedzieć. I zaczyna się robić taka mała historia która żyje własnym życiem.
To jest jeden z powodów dlaczego w starszych systemach magicznych był tak zwany arkanum, czyli zasada zachowania milczenia. Nie jako sekret dla sekreciarstwa, tylko dlatego że każde wyjaśnienie otwiera kolejne pytanie, a każde kolejne pytanie to nowa osoba mentalnie zaangażowana w twój proces. I to nie jest kwestia energii w sensie wróżbiarskim, to po prostu realna psychologia. Im więcej osób 'wie', tym bardziej zaczynasz się czuć obserwowany.
Właśnie to miałam na myśli chyba od początku, ale nie umiałam tego tak ująć. Bardziej niż energetykę czy jakiś magiczny wpływ, bałam się że jak powiem bliskiej osobie, to ona będzie potem pytać 'i co, działa?'. I nie chciałabym być w sytuacji gdzie co tydzień zdaję raport.
A gdybyś powiedziała po czasie, jak już coś się zadziało albo nie? Czy to też jest problematyczne?
No właśnie, bo potem ta osoba może powiedzieć komuś innemu. Niekoniecznie złośliwie, po prostu w rozmowie wspomni 'a wiesz, Karmelia robi teraz jakiś rytuał' i już cały krąg wie.
To jest realne. Sama miałam sytuacje kiedy powiedziałam siostrze o jednej sprawie i po tygodniu mama mnie pytała o szczegóły. Nikt nie robi tego złośliwie ale informacja sie roznosi. I to nie jest kwestia zaufania, tylko tego że ludzie rozmawiają.
Ale z drugiej strony, czy nie przesadzamy trochę z tą kontrolą? Ludzie robią różne rzeczy i nie informują całej rodziny. Nikt nie pyta cię po każdej wizycie u lekarza co się działo. Może kwestia tego że sami traktujemy rytuały jako coś niezwykłego do ukrycia sprawia że inni też tak to odbierają?
Czekajcie, mam pytanie bo trochę tu gubię wątek. Czy w takim razie w ogóle jest jakaś sytuacja gdzie powiedzenie komuś jest OK? Bo z całej rozmowy wynika że raczej lepiej nie mówić nikomu, przed, w trakcie i prawie nigdy po.
Ja miałam dokładnie taką sytuację. Powiedziałam przyjaciółce przed rytuałem i potem ona co kilka dni pytała czy coś się zmieniło. A jak nic się nie zmieniało przez jakiś czas, zaczęła mówić takie rzeczy jak 'może to po prostu nie działa' albo 'może powinnaś spróbować czegoś innego'. I naprawdę nie pomagało.
powiedziałam jej żeby dała spokój, ale to nie pomogło bo ona uważała że robi coś dobrego, że mnie wspiera. I to był problem, bo nie chciałam jej urazić. W końcu po prostu przestałam o tym mówić i zrobiłam kolejne podejście już zupełnie sama, bez informowania kogokolwiek.
To co opisała Aurella to chyba najczęstszy scenariusz. Ktoś pyta z troski, ale ta troska z czasem staje się ciężarem. I nie ma dobrego wyjścia, bo nie możesz powiedzieć komuś bliskiemu 'przestań się interesować' bez wzajemnych pretensji.
Właśnie, moja przyjaciółka nie praktykuje aktywnie, ale dużo czytała i uważała że to wystarczy żeby oceniać. I to był może gorszy wariant niż kompletna ignorancja, bo miała argumenty. Półwiedza potrafi być bardziej dezorientująca niż brak wiedzy.
dałam sobie spokój z mówieniem. Nie dlatego że to zasada, tylko że doszłam do wniosku że mi po prostu lepiej bez tego komentarza z zewnątrz. Teraz jak coś robię, mówię dopiero po fakcie, i tylko wtedy kiedy sama uznam że chcę o tym powiedzieć.
To co Aurella opisuje to w sumie naturalna selekcja. Człowiek po kilku złych doświadczeniach sam wypracowuje własną zasadę, nie dlatego że ktoś mu kazał, tylko że widzi co działa a co nie. Myślę że większość tu obecnych doszła do swoich wniosków podobną drogą.
Ja tu trochę z boku, ale słucham tej rozmowy i mam pytanie. Mówicie dużo o tym że nie warto mówić przed i w trakcie. A co z samym miejscem rytuału? Czy to ma znaczenie że ktoś może wejść podczas, nie dlatego że powiedziałeś, ale po prostu dlatego że mieszkasz z ludźmi?
To jest jeden z powodów dla których w wielu tradycjach czas i przestrzeń rytuału były tak ściśle kontrolowane. Nie każdy ma oddzielny pokój, ciszę o każdej porze. Część praktyków robiła wszystko w nocy właśnie po to żeby mieć tę przestrzeń wyłącznie dla siebie.
Myślę że to zależy od tego w jakim miejscu rytuału jesteś. Jak jesteś na początku, na etapie ustawiania, to pewnie mniej znaczące niż gdyby ktoś wszedł w środku czegoś bardziej koncentracyjnego. Ale to już osobna dyskusja od pytania o świadków.
Właściwie to jest związane, bo w tym temacie chodziło mi też o to czy obecność kogoś, kto przypadkowo widzi, ma inny wpływ niż obecność kogoś kogo zaprosiłaś. Bo jedno i drugie to 'świadek', ale zupełnie inaczej to czujesz.
To jest ciekawe rozróżnienie. Przypadkowy obserwator nie wnosi żadnej intencji, dobrej ani złej. Zaproszony świadek już tak. Więc pytanie o to kogo zapraszasz jest może ważniejsze niż samo pytanie czy zapraszać.
Ale czy ktoś kogo zaprosiłaś żeby towarzyszył, i kto nie rozumie do końca co się dzieje, nie wniesie jednak więcej chaosu niż spokoju? Wyobrażam sobie że ktoś siedzi i myśli sobie 'kiedy to się skończy' i to chyba gorsze niż neutralne wejście po herbatę.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam wrażenie że nikt nie wspomniał o jednej rzeczy. Mówicie o tym komu powiedzieć albo nie. Ale czy sam rytuał miłosny w ogóle wymaga świadka, czy to jest już kwestia konkretnej tradycji albo systemu? Bo może to jest dodatkowe, nie konieczne.
