Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, co trochę mnie kręci w kółko. Chodzi o to, czy rytuał miłosny w ogóle może cokolwiek zrobić, jeśli ta druga osoba kompletnie nie czuje do nas niczego. Nie mam na myśli sytuacji, gdzie jest obojętność albo strach przed uczuciami, tylko dosłownie zero, żadnej historii, żadnej nici. Widziałam różne opisy rytuałów, które niby mają 'przyciągnąć' kogoś, ale zawsze mnie nurtuje, czy te metody działają na coś, co już choć trochę tleje, czy potrafią stworzyć uczucie od zera. Ktoś to kiedyś przemyślał? Bo ja kręcę się w kółko z tym pytaniem i szczerze nie wiem, jak to ugryźć.
To jest właśnie to pytanie, które dzieli ludzi zajmujących się magią na dwa zupełnie różne obozy. Sam się z tym zmagałem przez długi czas. Jedni mówią, że rytuał operuje na energii, która już istnieje, i tylko ją kierunkuje albo wzmacnia. Drudzy twierdzą, że intencja potrafi coś zainicjować. Ale jak przychodzi do konkretów, to nigdy nie spotkałem nikogo, kto by mi powiedział szczerze: zrobiłem rytuał na kogoś, kto mnie nie znał, i to zadziałało długoterminowo, nie tylko jako przypadkowe zbliżenie okoliczności.
No i tutaj jest sedno sprawy, bo z perspektywy tarota to jest doskonale widoczne. Karty przy pytaniach o uczucia osoby docelowej potrafią pokazać coś, co ja nazywam 'gruntem'. Czy tam w ogóle coś rośnie, czy jest tylko sucha ziemia. I bardzo często, kiedy ktoś przychodzi z pytaniem 'czy mnie kocha' albo 'czy jest szansa', układ kart mówi o wewnętrznym stanie tej drugiej osoby rzeczy, które zlecający kompletnie ignoruje, bo chce słyszeć to, co chce słyszeć. Rytuał na taką suchą ziemię to jakbyś polewała wodą beton.
Mam wrażenie, że to pytanie z tytułu wątku jest trochę postawione na opak. Zamiast pytać czy można zmusić coś, co nie istnieje, może lepiej zapytać skąd w ogóle wiemy, że coś nie istnieje. Bo emocje to nie jest zero-jedynkowe. Neutralność wobec kogoś to też jest jakieś pole, jakaś przestrzeń. Inaczej jest z aktywną niechęcią, inaczej z obojętnością wynikającą z tego, że ludzie się po prostu nie zetknęli wystarczająco blisko.
Właśnie to mnie tu przyciągnęło, bo sama nie wiem jak ocenić sytuację. Ktoś jest po prostu wycofany i trudno stwierdzić czy to obojętność czy coś innego. I cały czas nie wiem czy w takim przypadku jakikolwiek rytuał ma sens, czy tylko sobie wmawiamy, że ma. Mam wrażenie, że wiele osób robi rytuały po omacku, bez żadnej diagnozy tego, co jest po drugiej stronie.
Czytam to i myślę o tym z zupełnie innej strony, mianowicie energetycznej. Jeśli dwie osoby nie mają żadnych punktów styku w swoich polach, to rytuał może co najwyżej zwiększyć częstotliwość kontaktów zewnętrznych, ale nie sprawi, że cokolwiek zaskoczy. Widziałam to u siebie, kiedy próbowałam świadomie pracować nad przyciągnięciem kogoś, kto był czysto neutralny. Okoliczności się zmieniały, ale nic z tego nie wynikało, bo nie było żadnej bazy pod spodem.
To co Iwetka opisuje, to jest coś, co w tarota też wychodzi. Kiedy pytam kartami o relację, szukam między innymi tego, czy po obu stronach jest jakaś emocjonalna aktywność. Jeśli po stronie osoby docelowej leci mi sama pentaklowa zimna woda albo miecze bez żadnej czuły strony, to jest sygnał, że tam nie ma przestrzeni. Nie że osoba jest zła, tylko że w tej konkretnej konstelacji nie działa na tym poziomie.
Nie do końca rozumiem, przepraszam, bo ja to wszystko pojmuję bardzo ogólnie. Ale chciałam zapytać, bo mnie to zastanawia od strony zwykłej logiki, czy jeśli ktoś zupełnie nie ma uczuć do kogoś, to czy rytuał nie zmienia tej osoby bez jej zgody? To mnie trochę niepokoi w tym temacie.
Etyka to osobny temat, ale chciałbym wrócić do pytania z tytułu, bo myślę, że jest tu ciekawa distinkcja. Są rytuały, które mają zmienić uczucia konkretnej osoby, i są takie, które działają na pole między dwiema osobami. To jest dość różne. W pierwszym przypadku celujemy w kogoś jak w obiekt. W drugim raczej otwieramy jakąś możliwość albo usuwamy coś, co stoi między dwojgiem ludzi. I tu właśnie leży różnica między magią, która jest bardziej etyczna, a tą, która jest problematyczna.
Miałam to samo pytanie co Kometka. Zresztą śledziłam wiele opisów różnych praktyk i zauważam, że te, które działają najlepiej według relacji osób, które je stosowały, to były rytuały skupione na sobie, na własnej atrakcyjności, na usuwaniu wewnętrznych blokad, a nie na zmienianiu drugiej osoby. Jakby to działało przez zmianę siebie, a nie przez ciąganie za sznurki kogoś innego.
Nie do końca autooszukiwanie. Chodzi raczej o to, że zmiana swojej własnej energii, sposobu bycia, pewności siebie, tego jak wchodzisz w relację, zmienia też realnie okoliczności. To nie jest magia w sensie mistycznym, to jest też po prostu psychologia. Ale pytanie wciąż zostaje, co jeśli ta zmiana nie wystarczy, bo ta druga osoba po prostu ma innego partnera w głowie albo jest na zupełnie innym etapie życia.
Ja bym tu dorzucił jedno, bo gdzieś się gubi w tej rozmowie. Większość rytuałów mmiłosnych, tych starszych, etnograficznych, działa na zasadzie sympatii, czyli podobne przyciąga podobne. Ale to zakłada jakiś punkt wyjścia. W dawnych praktykach z różnych tradycji, czy to słowiańskiej czy śródziemnomorskiej, zabiegi miłosne były stosowane żeby wzmocnić coś istniejącego, żeby skruszyć opór kogoś kto się wstydził albo bał, nie żeby stworzyć uczucie z nicości. To jest ważna różnica którą ludzie dziś trochę gubią.
Czytam ten wątek i myślę, że może chodzi też o coś innego. Ostatnio miałam sen, w którym ktoś wyciągał do mnie rękę i cofał ją zanim zdążyłam jej dotknąć. Zastanawiam się czy to nie jest jakiś symbol właśnie takiej sytuacji, kiedy energia jest ale nie może się zamknąć. Może rytuał nie tworzy uczucia, tylko pomaga tej energii się domknąć?
To co Brygidka opisała ze snem jest ciekawe, bo metafora wyciągniętej i cofinanej ręki to właściwie idealny obraz tego o czym mówimy w tym wątku. Ale chciałbym wrócić do Eremitki pytania, bo nie odpowiedziałem porządnie. W starszych praktykach, mówię tu o słowiańskich zamawianiach ale też o części romskiej magii miłosnej, zakładano że zanim cokolwiek się zrobi, trzeba było ocenić czy między ludźmi jest 'nić'. Dosłownie. Były różne sposoby jej sprawdzania, jeden z nich to obserwacja dymu ze spalanych roślin, czy idzie ku sobie czy się rozchodzi. To nie był ozdobnik, to był warunek wstępny. Jeśli nić nie istniała, zabiegi miały dotyczyć stworzenia punktu kontaktu, nie samych uczuć.
Wróciłam tu właśnie przez ten sen, który opisałam, bo coś mi nie daje spokoju. Zastanawiam się czy ta cofnięta ręka ze snu to nie był sygnał, że sama podświadomie wiem, że czegoś tam nie ma. Śniłam o konkretnej sytuacji z życia i rano czułam się jak po jakiejś odpowiedzi, tylko nie umiałam jej rozszyfrować. Czy ktoś w ogóle korzysta ze snów jako takiego sprawdzianu przed podjęciem jakiejś decyzji?
Wracając do Sigilmistrza i tej 'nici', bo mnie to uderzyło, to jest chyba najlepsza metafora jaką słyszałem w tym wątku. Bo w praktyce, kiedy pracuję z przedmiotami magicznymi przy sprawach sercowych, też zawsze zaczynam od czegoś w rodzaju testu, czy jest w ogóle z czym pracować. Nie ma sensu ładować czegoś w obiekt, jeśli między ludźmi nie ma żadnej substancji energetycznej. Ale Eremitka pyta o coś ważnego, co jeśli ta nić nie istnieje, czy można ją zainicjować? Bo to jest zupełnie inne pytanie niż wzmocnienie czegoś co już jest.
Ale przecież ludzie to robią i mówią że działa, więc jak to jest? Słyszałam o osobach, które wykonały rytuał i związek powstał. Skąd wiadomo, że to nie była właśnie ta 'wymuszona nić' i że zadziałała normalnie?
Mam tu pewne przemyślenie. W swoich notatkach o różnych metodach pracy z intencją, czy to tarota, czakry, rytuały, zawsze wychodzi mi ta sama prawidłowość. Skuteczność jest wyraźnie wyższa kiedy pracujesz z czymś co już w pewnym stopniu istnieje. Nie mówię nawet o dużych uczuciach, wystarczy neutralność z odrobiną otwartości. Ale absolutna obojętność, albo co gorsza niechęć, to jest zupełnie inny materiał do pracy i chyba nikt uczciwie nie powie, że to jest równoważne.
To pytanie Cynobryt jest bardzo na miejscu i właściwie jest to jedna z trudniejszych rzeczy przy odczytach tarota. Karty pokazują stan wewnętrzny, nie zewnętrzne zachowanie. I widziałam wiele sytuacji, gdzie osoba wydawała się chłodna i zamknięta, a karty pokazywały sporo aktywności po jej stronie. Ale też na odwrót. Chodzi mi o to, że zewnętrzne sygnały są zawodne i nie powinny być jedynym źródłem oceny.
Strzybozka, powiem ci jak ja to oceniałam, zanim zrozumiałam, że baza nie istnieje. Przez długi czas interpretowałam każde zachowanie jako sygnał. Każde spojrzenie, każdą wiadomość, każde milczenie. I doszłam do momentu, kiedy zrozumiałam, że tak naprawdę buduję obraz tej relacji wyłącznie w głowie. Kiedy zaczęłam to widzieć, zobaczyłam też, że sama ta praca interpretowania była sygnałem, że po drugiej stronie nie było nic czytelnego. To brzmi banalnie, ale jest bardzo trudne do zauważenia od środka.
Mam takie pytanie do wątku, bo dużo tutaj mówicie o tym co istnieje lub nie istnieje, ale czy astrologia nie wskazuje na to, że pewne połączenia są niejako z góry zaznaczone? Bo jeśli dwie osoby mają silne aspekty w synastrii, to czy to nie jest właśnie ta 'nić' o której mówi Sigilmistrz? I czy rytuał w takiej sytuacji ma inną wagę niż przy braku aspektów?
Trochę się zgubiłam w tym wszystkim, bo z jednej strony mówicie, że można ocenić czy coś istnieje, z drugiej, że każda metoda jest niepewna. To co w ogóle można zrobić jeśli chce się sprawdzić sytuację, zanim zdecyduje się zrobić cokolwiek? Czy jest jakaś jedna rzecz, od której warto zacząć?
Dobra, żeby nie kończyć na tym ciężkim nucie, dodam jedno. Niezależnie od tego czy coś istnieje czy nie, praca z samą sobą zawsze ma sens. I nie mówię tego jako formułkę pocieszenia, tylko dosłownie, w dawnych praktykach najpierw przygotowywano siebie, a osoba docelowa była na końcu tego procesu. Może to nie zmienia uczuć tamtej osoby, ale zmienia to jaką energię sobą emanujemy i to jest coś realnego. Pytanie Eremitki o to co gdy nici nie ma zostaje otwarte, ale może to jest własnie odpowiedź że zaczyna się od siebie bez względu na wynik.
Ten post Sigilmistrza mnie zatrzymał, bo on ma rację w tym sensie, że praca z sobą zawsze ma jakiś sens. Ale z drugiej strony, wracając do pytania Strzybozki, bo to właśnie o to tutaj chodzi, co robić jeśli nie wiesz czy cokolwiek istnieje? Praca z sobą nie odpowiada na to pytanie, tylko je obchodzi.
Właśnie, dokładnie to czuję. Mogę pracować z sobą, mogę medytować, mogę robić afirmacje, ale to nie mówi mi nic o tym co jest po drugiej stronie. I to jest ta moja główna wątpliwość od początku tego wątku. Że jakbym wiedziała, że jest tam choćby ziarno czegoś, to by mi wystarczyło. A tak siedzę i nie wiem.
a powiedz mi jedno, bo to ważne dla zrozumienia sytuacji. Czy ta osoba w ogóle wie o twoich uczuciach? Pytam nie żeby oceniać, ale dlatego, że to zmienia całą analizę. Bo jeśli nie wie, to brak sygnałów z jej strony może być po prostu brakiem informacji, a nie brakiem uczucia.
No i tutaj mam pytanie do Iwetki, bo mnie to zastanawia od dłuższego czasu. Czy to znaczy, że kiedy ktoś celowo nie ujawnia uczuć i robi rytuał, to niejako celuje w kogoś z zawiązanymi oczami? Bo z punktu widzenia pracy z energią wydaje mi się, że to jest dokładnie taki scenariusz.
