Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, co nie daje mi spokoju. Robię rytuały miłosne od kilku lat i generalnie widzę efekty, ale zauważyłam pewien schemat - związki, które 'przyszły' po rytuałach, mają tendencję do rozsypywania się po jakimś czasie. Nie mówię tu o tygodniach, raczej o roku, dwóch latach. Zaczęłam się zastanawiać, czy to kwestia karmiczna - że tak jakby życie 'koryguje' to, co zostało wymuszone intencją. Czy ktoś to obserwował? Bo czytałam trochę o tym w kontekście prawa przyciągania i tam się przewija myśl, że jeśli coś nie jest dla nas karmicznie, to i tak w końcu odpłynie. Ale z drugiej strony, jak odróżnić, co jest karmiczne, a co nie?
To jest jedno z tych pytań, które wraca tu co jakiś czas i za każdym razem dyskusja idzie w trochę innym kierunku. Sama mam mieszane zdanie. Z jednej strony faktycznie widzę, że pewne połączenia po rytuałach są krótkotrwałe - ale wcale nie jestem pewna, że to wina 'karmicznej korekty'. Może po prostu rytuał wzmocnił coś, co i tak było nietrwałe? Intencja działa na to, co jest, nie tworzy czegoś z niczego.
Przepraszam, że wchodzę od razu z własną sytuacją, ale to trochę mój przypadek. Kilka lat temu ktoś zrobił za mnie rytuał - nie będę wchodzić w szczegóły - i związek, który potem nastał, był bardzo intensywny, ale po roku i kilku miesiącach wszystko się dosłownie posypało w ciągu jednego tygodnia. Zastanawiałam się, czy to właśnie to. Czy jest jakiś sposób, żeby sprawdzić po czasie, czy związek miał 'karmiczne' podstawy, czy był tylko efektem rytuału?
Jadzieńka, to co opisujesz - ta nagłość na końcu - jest akurat charakterystyczna dla połączeń, które były utrzymywane jakimś zewnętrznym ładunkiem. Kiedy ładunek wygasa albo zostaje zakłócony, związek nie odpływa powoli, tylko się urywa. W tarocie byłoby to widać jako wyjście Wieży albo sekwencja Kielichów zakończona odwróconym Asem. Ale nie mówię, że tak było u ciebie - nie znam całości. Pytanie do Dobrochna_88 - te związki, które obserwujesz, rozsypują się stopniowo czy nagle?
Mam trochę inne podejście do tego tematu, bo obserwuję sny jako sygnały, i muszę powiedzieć, że kilka razy przed takim rozstaniem po rytuałach pojawiał się bardzo specyficzny motyw - woda, która odpływa albo wysycha. Nie twierdzę, że to dowód na cokolwiek, ale mnie to tłumaczyło pewne rzeczy. Jakby na poziomie podświadomości wiedziałam, że to jest tymczasowe, zanim to nastąpiło.
Sorki że wchodzę, ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Mówicie, że rytuał może przyspieszyć spotkanie, ale jeśli ta para nie ma wspólnej karmicznej ścieżki, to i tak się rozejdą - tylko że może szybciej i gwałtowniej niż bez rytuału? Dobrze to rozumiem? Bo to by znaczyło, że rytuał może wręcz zaszkodzić, prawda?
Czytam to z zapartym tchem, bo właśnie rozważam czy w ogóle robić jakiś rytuał i teraz się zastanawiam, czy to dobry pomysł. Ale mam pytanie może głupie - czy to znaczy, że rytuały miłosne z zasady są ryzykowne dla trwałości związku, czy tylko te robione 'na siłę', kiedy druga strona w ogóle nie jest zainteresowana?
Rozalinda50, nie ma głupich pytań w takim temacie. Ale nie odpowiem ci wprost, bo to nie jest takie proste. Powiem tak - pracuję z tym od wielu lat i nie widziałam jeszcze reguły, która by działała zawsze. Widziałam rytuały zrobione na bardzo trudne sytuacje, gdzie związek potem trwał długo i był dobry. I widziałam takie, gdzie wszystko się posypało szybko. Pytanie, które mnie zawsze interesuje bardziej niż 'czy rytuał zadziałał', to: co oboje z siebie wnosili do tego związku po tym, jak już był?
Mam takie pytanie do całej dyskusji - czy wy macie na myśli rytuały robione samemu na siebie, żeby przyciągnąć kogoś konkretnego, czy też takie robione przez osobę trzecią? Bo intuicja mi mówi, że to może być różnica.
Wchodzę tu z trochę innej strony. Czytałem kiedyś o koncepcji wyodrębnionej z tradycji hoodoo - tam mówi się o różnicy między 'drawing' a 'binding', czyli przyciąganiem a wiązaniem. Przyciąganie wzmacnia to, co naturalnie mogłoby istnieć. Wiązanie tworzy strukturę, której naturalnie nie ma. I właśnie wiązanie jest tym, co może generować tę niestabilność po czasie - bo utrzymuje coś wbrew naturalnemu przepływowi. Nie mówię, że jedna tradycja ma monopol na prawdę, ale ta distinkcja wydaje mi się naprawdę sensowna w kontekście tego, o czym tu mówicie.
Sam nie wiem, czy użyłbym słowa 'karmiczna pętla', bo to mi się kojarzy z trochę zbyt deterministycznym myśleniem. Ale coś w tym jest - jeśli stworzyłeś strukturę energetyczną wbrew naturalnemu przepływowi, to ta struktura ma swój własny cykl życia. I kiedy on się kończy, to nie jest 'karma się mści', tylko po prostu coś sztucznego wróciło do pierwotnego stanu. Pytanie, czy związek przeżyje ten moment.
Przepraszam, może to jest oczywiste dla wszystkich, ale jak rozpoznać, czy rytuał, który był zrobiony, był przyciąganiem czy wiązaniem? Pytam, bo w moim przypadku nie wiem nawet dokładnie, co było robione.
Słuchajcie, to co Izoldka opisuje - ten przymus - to jest bardzo specyficzne odczucie i znam je z opisu od kilku osób. Mam pytanie do tych, którzy mają więcej doświadczenia: czy to się różni od zwykłego przywiązania emocjonalnego, które też potrafi być irracjonalne? Bo obawiam się, że czasem naklejamy etykietkę 'wiązanie' na coś, co jest po prostu toksycznym wzorcem relacji bez żadnej magii w tle.
Wracając do pytania Izoldki sprzed kilku postów - bo myślę, że warto to rozwinąć - w hoodoo jest taka praktyczna zasada, że wiązanie zostawia ślad w przedmiotach. Jeśli ktoś użył czegoś, co należało do ciebie lub do drugiej osoby - włos, zdjęcie, cokolwiek osobistego - to zazwyczaj jest wiązanie, nie przyciąganie. Przyciąganie operuje na poziomie ogólnym, bez zakotwiczenia w konkretnym człowieku. Czy wiesz cokolwiek o tym, co było użyte?
Ja mam inne pytanie, bo trochę zgubiłem wątek. Mówimy o ryzyku dla trwałości związku - ale czy to ryzyko dotyczy tylko wiązań, czy też rytuałów przyciągania? Bo z tego co czytam, to jakby wiązania były złe, a przyciągania okej, ale Ewunia wcześniej mówiła, że nie ma prostych reguł.
A co z sytuacją, gdy związek po rytuałach trwa już wiele lat i wszystko gra? Czy to znaczy, że rytuał był 'właściwy', czy może po prostu para sama zbudowała coś trwałego i rytuał niewiele zmienił w ostatecznym rozrachunku?
Mam wrażenie, że w tym całym wątku kręcimy się wokół jednej rzeczy, którą nikt jeszcze nie powiedział wprost: że karmiczność - jeśli w ogóle to pojęcie ma tu sens - nie jest karą za rytuał. Jest czymś, co istniało wcześniej, niezależnie od rytuału. Rytuał mógł to przyspieszyć, ujawnić, skomplikować - ale nie stworzył problemu od zera. Czy wy tak to czujecie, czy widzicie to inaczej?
Dobrochna, tak - i to mi się zgadza z tym, co obserwuję w tarocie. Karman w relacjach to nie wyrok, to materiał do pracy. Kiedy patrzę na rozkład kart dla kogoś, kto pyta o taką sytuację, to widać, czy para miała coś do przepracowania razem, niezależnie od tego, jak się spotkali. Rytuał to tylko kontekst spotkania, nie sama substancja relacji.
Słucham tej rozmowy i myślę o czymś innym. Czy ktoś z was miał doświadczenie z oczyszczaniem po takim rytuałem? Bo rozumiem, że dużo tu o diagnozowaniu - wiązanie, przyciąganie, karma - ale co potem? Jeśli ktoś czuje, że jest w takiej sytuacji i chce z niej wyjść, to co?
Zanim Ewunia odpowie - Dola, jedna rzecz, którą zawsze mówię w takich przypadkach: najpierw trzeba się upewnić, że w ogóle jest co oczyszczać. Bo zdarza się, że ludzie przekonują siebie, że są 'pod wpływem rytuału', a w rzeczywistości po prostu są w trudnej relacji i szukają zewnętrznego wyjaśnienia. To nie jest mały problem - bo jeśli zaczniesz oczyszczać coś, czego nie ma, możesz naprawdę destabilizować relację, która inaczej mogłaby dojść do równowagi.
Właśnie - wzorzec to klucz. I to nie tylko w czasie, ale też w przestrzeni. Czyli czy to odczucie jest wszędzie, czy koncentruje się wokół konkretnej osoby, miejsca, przedmiotu. To daje dużo informacji.
Wracając do tego, co Dobrochna mówiła kilka postów wcześniej o karmiczności - mam wrażenie, że ta dyskusja cały czas oscyluje między dwoma pytaniami i nigdy ich wyraźnie nie rozdziela. Pierwsze: czy rytuał może sam w sobie wygenerować karmę dla pary. Drugie: czy karma już istniejąca wpływa na to, jak rytuał działa. To są inne pytania i odpowiedzi na nie mogą być kompletnie różne.
To rozróżnienie, które Karolka zrobiła, jest dla mnie ważne. Bo jeśli rytuał tylko aktywuje coś istniejącego, to pytanie o 'karę' w ogóle odpada. Nikt nie karze - po prostu pewien materiał wychodzi na powierzchnię. Tylko że to może być bardzo trudne do przejścia, niezależnie od intencji.
A co jeśli materiał, który wychodzi, jest tak ciężki, że para sobie z nim nie radzi? To wtedy rytuał nie przyspieszył czegoś dobrego, tylko uruchomił coś, na co ta para nie była gotowa. Czy to nie jest właśnie to ryzyko, o którym tytuł wątku mówi?
Ale zmiana momentu to też coś istotnego, nie? Jeśli para nie była gotowa, to wcześniejsze uruchomienie może być czynnikiem decydującym. W innym momencie mogliby sobie poradzić.
I właśnie to jest chyba sedno tego wątku - nie wiemy, czy rytuał zmienia kierunek, czy tylko tempo. I ta niewiedza sprawia, że trudno mówić o ryzyku w sposób precyzyjny. Możemy mówić o możliwych scenariuszach, ale nie o regule.
Karolka, a co dokładnie masz na myśli? Chodzi ci o to, że tarot pokazuje, że rytuał zderzył się z wolą drugiej osoby? Czy że ta osoba jest w jakiś sposób zniewolona energetycznie?
