Ten test z klatką piersiową brzmi prosto, ale u mnie ciało jest tak rozregulowane od stresu rozwodowego, że każda rzecz ściska, nawet kubek do kawy. Jak rozpoznać, co ściska od emocji, a co od ogólnego napięcia?
Wracając do pytania Balbiny sprzed kilku postów, czyli odbudowa kontra nowa miłość, ja bym dorzucił trzecią opcję, której rzadko się tu wspomina. Czasami właściwą drogą nie jest ani odbudowa z tym samym, ani szukanie nowego, tylko odbudowa siebie do takiej wersji, której wcześniej nie było. I dopiero ta nowa wersja decyduje. Bo wersja sprzed rozwodu nie ma czym decydować.
Ta trzecia opcja brzmi sensownie, ale praktycznie nie wiem, jak się do tego zabrać. Bo jak ja mam stworzyć siebie nową, skoro znam tylko siebie starą? To trochę jak ciągnięcie się za włosy z bagna.
Nie chodzi o wymyślanie siebie od zera, tylko o robienie rzeczy, których nigdy się nie robiło w starym życiu. Nieważne czy to jest kurs garncarstwa, czy wyjazd sam na sam ze sobą na trzy dni, czy zmiana fryzury na taką, której były nie znosił. Każda taka decyzja to mały kawałek nowej wersji. Po kilkudziesięciu takich kawałkach orientujesz się, że jesteś już kimś innym.
U mnie tym kawałkiem była nauka prowadzenia samochodu po dwudziestu latach jeżdżenia z mężem za kierownicą. I to zrobiło więcej dobrego niż pół roku rytuałów odcięcia, bo nagle przestałam być od kogoś zależna w codzienności. Może te małe rzeczy działają lepiej niż wielkie ceremonie.
Czyli wychodzi na to, że cała ta praca rytualna jest mniej ważna niż samo zachowanie? Bo jak ktoś nie zmieni nawyków, to żaden rytuał nie pomoże, a jak zmieni, to może rytuał nawet niepotrzebny?
Czyli rytuał ma być takim potwierdzeniem zmiany, którą już się robi w życiu, a nie zamiast tej zmiany. To mi się układa w głowie, ale mam pytanie praktyczne. Co jeśli ja robię tę zmianę, a rytuał mi nie wychodzi, bo np. zapomnę któregoś dnia, albo zrobię go bez skupienia? To wtedy unieważnia całość czy nie?
Nie unieważnia, jeśli całość ma logikę dłuższą niż jeden dzień. Cykl rytualny jest jak siew, kilka ziaren nie wzejdzie i to jest normalne. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy zapomnienia są częstsze niż wykonania, bo wtedy to znaczy, że sam rytuał nie pasuje do Twojego trybu życia i trzeba go uprościć, a nie zmuszać się do schematu, który nie ma jak się utrzymać.
Próbowałam najpierw rytuału odcięcia z czarną świecą i solą, robiłam go trzy razy w odstępie tygodnia. Potem zaczęłam pisać listy do siebie samej z przyszłości, ale to bardziej jako ćwiczenie niż rytuał. I myślę o czymś, co byłoby otwarciem na nową miłość, ale boję się, że jeszcze za wcześnie, bo nie wszystko ze starego mam poukładane.
to że czujesz że za wcześnie, to już jest odpowiedź. Ciało wie szybciej niż głowa. Jak robisz rytuał otwarcia na nową osobę a w środku jeszcze jest niedomknięcie, to przyciągasz kogoś kto pasuje do tej niedomkniętej wersji ciebie, a nie do tej do której dążysz. Sama tak miałam i potem dwa lata wychodziłam z relacji, która była kopią poprzedniej.
To brzmi przerażająco trochę, bo wychodzi na to, że jak się pomylisz w momencie, to powtarzasz schemat. Jak rozpoznać, że już jest się gotowym na otwarcie, a nie tylko że się tego chce z samotności? Bo te dwie rzeczy z zewnątrz wyglądają tak samo.
Ten trzeci punkt mnie dobija, bo ja sprawdzam codziennie, mimo że minęły dwa lata od rozwodu. Już nawet nie wiem po co, z przyzwyczajenia chyba. Czy to znaczy, że jeszcze nic się we mnie nie zamknęło?
A jak ktoś się z byłym widuje przez dzieci, to jak miałby ten kanał zamknąć? Bo ja mam kontakt co tydzień przy odbiorach i to nie jest mój wybór, tylko konieczność.
U mnie to się sprawdzało dopiero jak zaczęłam przekazywać dziecko w drzwiach, bez wchodzenia do mieszkania i bez zapraszania go do siebie. Pięć minut, kurtka, plecak, pa. Wcześniej zawsze coś się przeciągało, kawa, rozmowa o szkole, i z każdej takiej rozmowy wracałam rozregulowana na cały wieczór.
U mnie dzieci są już dorosłe, więc kontaktu funkcjonalnego z byłym nie mam żadnego. Ale i tak mi się wydaje, że ten kanał jest jeszcze otwarty, tylko z innego powodu, z dwudziestu lat wspólnego życia. Czy są jakieś rytuały, które pracują z taką długą historią, a nie z świeżymi emocjami?
Przy długich historiach lepiej działają rytuały oparte na chronologii niż na pojedynczym akcie. Czyli zamiast jednego dużego odcięcia, robi się serię małych domknięć, po jednym dla każdego ważnego okresu wspólnego życia. Pierwsze lata, okres dzieci, kryzys środkowy, ostatnia faza. Każdy okres dostaje osobny moment uznania i osobne pożegnanie. To trwa tygodnie, ale działa lepiej niż próba zamknięcia wszystkiego na raz.
Czyli to bardziej jak terapia rozłożona w czasie niż klasyczny rytuał? Bo to brzmi, jakby się sprowadzało do siadania i rozkminiania kolejnych etapów, a nie do faktycznej pracy z energią.
Robiłam coś podobnego po swoim rozstaniu, tylko nie wiedziałam, że to ma nazwę. Wybierałam jedno zdjęcie z każdego roku wspólnego życia, opisywałam na odwrocie co mi to dało, i potem palityłam w kominku po kolei. Zajęło mi to chyba miesiąc, bo nie codziennie miałam siłę. Ale po wszystkim faktycznie był spokój, jakiego wcześniej nie miałam.
To brzmi jak coś, co mogłabym ogarnąć, bo nie wymaga jakichś specjalnych umiejętności. Tylko mam pytanie, czy te zdjęcia muszą być fizyczne, czy można pracować z cyfrowymi, bo większość z ostatnich lat mam tylko w telefonie i na dysku.
Cyfrowe też się da, ale wtedy trzeba je wydrukować na potrzeby rytuału, bo samo skasowanie pliku nie ma tej samej wagi. Kasowanie zostawia ślad w chmurze, w kopiach zapasowych, gdzieś tam plik dalej istnieje. Wydruk i fizyczne zniszczenie jest aktem skończonym, niezależnym od technologii. To różnica subtelna, ale ważna dla podświadomości, która lubi widzieć koniec.
A co z tymi okresami wspólnego życia, których się nie pamięta dobrze, bo były niczym szczególnym, taka rutyna? Czy je też trzeba domykać, czy można pominąć i skupić się tylko na tych, które coś ważyły emocjonalnie?
Pamięć somatyczna to dobry trop. Sama świadomość, że coś się działo, nie wystarcza, bo ciało reaguje na bodźce, których głowa już nie kataloguje. Zapach kawy parzonej w taki sam sposób jak przez dwadzieścia lat potrafi człowieka rozłożyć na łopatki, mimo że teoretycznie wszystko jest dawno przepracowane.
Nie wszystkie naraz, tylko te które wywołują konkretną reakcję. Jak siadasz rano i nagle robi ci się ciężko, to znaczy że ten konkretny moment jest haczykiem. Wtedy zmieniasz ten jeden element, np. inny kubek, inna godzina, inny porządek czynności. Nie chodzi o to żeby się przebudować, tylko żeby porozłączać konkretne skojarzenia.
U mnie takim haczykiem jest niedziela po południu, bo zawsze wtedy jedliśmy razem obiad z dziećmi i potem on oglądał mecz. Teraz dzieci mają swoje życie, ja siedzę sama i nie wiem co robić. Próbowałam wychodzić na spacer, ale czuję się jakbym uciekała, a nie jakbym sobie coś tworzyła nowego.
Niedziele to klasyk po rozstaniu. U mnie pomogło dopiero to, że zrobiłam sobie własny rytuał na ten dzień, kompletnie niezwiązany z niczym co było wcześniej. Konkretnie zaczęłam piec chleb od podstaw, co zajmuje pół dnia, i to weszło w taki nowy schemat, że teraz jak mi ktoś proponuje coś innego na niedzielę, to mam opory.
A jak ktoś nigdy nie miał własnych rytuałów, tylko zawsze wchodził w to co partnerka proponowała, to od czego w ogóle zacząć? Bo ja po swoim rozstaniu zorientowałem się, że nie mam pojęcia co lubię robić sam ze sobą.
U mnie było dokładnie tak. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po wyprowadzce męża to przestawiłam termostat o trzy stopnie wyżej, bo on lubił chłodno, a ja zawsze marzłam. Głupie, ale to było pierwsze poczucie że mieszkanie jest moje. Potem dopiero szły większe zmiany.
