Czyli ten rytuał odbudowy zaczyna się od fizycznej przestrzeni, nie od jakichkolwiek aktów ceremonialnych? Bo z tego co czytam wychodzi, że świece i sól to dopiero etap drugi albo trzeci.
U mnie chyba ceremonialne weszło za szybko. Robiłam to odcięcie z czarną świecą jak jeszcze mieszkanie było pełne jego rzeczy i nawet jego kubek stał w zlewie. Teraz jak o tym myślę, to to nie miało prawa zadziałać, bo otoczenie kompletnie nie współgrało z tym co robiłam.
U mnie podobnie, robiłam rytuał odcięcia jak jeszcze jego ubrania wisiały w szafie. Wtedy nie kojarzyłam tego razem, ale teraz brzmi to bez sensu. Czy w takich sytuacjach trzeba powtarzać od początku, czy może się nadbudować na tym co już było?
Z mojego doświadczenia, między jednym a drugim podejściem do rytuału powinno minąć minimum kilka miesięcy. Wcześniej to jest robienie tego z poziomu lęku, że coś się nie udało, a nie z poziomu decyzji. A intencja zrobiona z lęku ciągnie za sobą lęk, niezależnie od tego jak dobrze technicznie się wykona resztę.
Czyli wychodzi na to, że u mnie ta cała seria z czarną świecą poszła z lęku, listy do siebie z przyszłości to było rozglądanie się czy coś z tego wyjdzie, a otwarcie na nową miłość które chciałam zaplanować to byłaby trzecia warstwa lęku. Może faktycznie powinnam najpierw poukładać samą niedzielę u siebie i te zwykłe rzeczy, a dopiero potem wracać do większych spraw.
A co jak ktoś nigdy nie sprawdzał socjali byłego i wcale za nim nie tęskni, ale i tak nie potrafi sobie wyobrazić nowej osoby obok siebie? To znaczy, że coś jest nie tak, czy że po prostu jeszcze nie czas?
To wychodzi, że można w ogóle nic nie robić i to się samo ułoży? Bo trochę się gubię, bo z jednej strony słyszę że trzeba świadomie pracować, a z drugiej że samo przyjdzie.
Jedno nie wyklucza drugiego. Świadoma praca to nie znaczy ciągłe rytuały i odprawianie czegoś co tydzień. Świadoma praca to też decyzja, żeby nie sprawdzać telefonu byłego, żeby nie wchodzić w stare miejsca z sentymentu, żeby nie opowiadać tej samej historii znajomym po raz dwudziesty. To wszystko jest robotą, tylko bez świec.
U mnie kropką było wyrzucenie obrączki, ale nie do śmieci tylko zaniesienie do skupu. To dziwne ale właśnie ten ruch z wyjściem z domu, zaniesieniem konkretnemu człowiekowi, dostaniem pieniędzy, sprawił że to się skończyło. Nie żadna świeca, tylko ta sama transakcja.
A jak ktoś nie ma żadnego przedmiotu który mógłby symbolicznie oddać albo zniszczyć, bo całe wspólne życie zostawiło tylko zdjęcia w telefonie? Co wtedy może być takim gestem zamknięcia?
O kurczę, ja mam te zdjęcia w głównym folderze i co chwilę przewijam, bo zdarzy się że ktoś przyśle inne zdjęcie i muszę przewinąć i mi się rzucają w oczy. Nigdy nie pomyślałam że to jest ten sam mechanizm co kubek w zlewie.
U mnie ze zdjęciami to była długa historia, bo najpierw je usunęłam w nerwach, potem żałowałam, potem odzyskałam, potem znowu chciałam usunąć. Dopiero jak zrobiłam z nich jeden plik i schowałam go w chmurze bez dostępu z telefonu, to się uspokoiło. Klucz był w tym, żeby były, ale poza zasięgiem.
To brzmi mądrze, bo całkowite usunięcie chyba też byłoby przemocą wobec siebie. Te lata to też było moje życie i nie chcę udawać że ich nie było. Ale codzienne ich oglądanie też nie ma sensu.
Czytam to wszystko i myślę sobie, że ten cały temat odbudowy więzi ze sobą po rozwodzie wcale nie jest o rytuałach z świecami, tylko o codziennych mikrodecyzjach. A czy ktoś z was robił coś co łączyło jedno z drugim, takie codzienne małe gesty ale z konkretną oprawą ceremonialną?
