Męczy mnie to od jakiegoś czasu i muszę gdzieś to wyrzucić. Załóżmy, że ktoś robi rytuał miłosny dokładnie wg instrukcji - świece odpowiedniego koloru, faza księżyca się zgadza, zioła wszystkie pozbierane, słowa wypowiedziane bez zająknięcia. Ale w głowie kotłuje się: a może nie warto, a może on nie jest tego wart, a może coś pójdzie nie tak. Czy taki rytuał w ogóle ma sens? Czy może lepiej zapalić jedną świeczkę bez żadnej wiedzy, ale z pełnym przekonaniem, że to zadziała? Bo mam wrażenie, że my się tak skupiamy na technice, że gubi się to, po co w ogóle zaczynamy. I jeszcze jedno - czy ktoś z Was zastanawiał się, ile my w tych rytuałach palimy świec, ile ziół zbieramy, ile tego wszystkiego zużywamy? Bo ostatnio czytałam o tym, jak dawniej w różnych kulturach podchodzono do zasobów i mam mętlik.
Pytanie jest dobrze postawione, ale mieszasz dwie rzeczy. Intencja a technika to nie są dwa wrogie obozy, tylko coś, co musi grać razem. Jeśli wątpisz w trakcie rytuału, to znaczy, że nie powinnaś go w ogóle zaczynać. Stara zasada - jak masz wątpliwości, odłóż na inny dzień. A co do zużycia surowców, to akurat ciekawy wątek, ale rozdzielmy te tematy, bo się nam wszystko zlepi w jedno.
A ja mam pytanie z innej beczki - skoro intencja jest taka ważna, to czy w ogóle muszę się uczyć tych wszystkich faz księżyca, dni tygodnia, kolorów świec? Bo to są godziny czytania, a ja chcę po prostu, żeby zadziałało.
tu masz rację i nie masz jednocześnie. Bo to, że symbole są różne w różnych kulturach, nie znaczy, że są przypadkowe. W obrębie jednej tradycji są spójne. Problem zaczyna się, jak ktoś miesza pół na pół - bierze świece z jednej szkoły, zioła z drugiej, słowa z trzeciej i się dziwi, że nic z tego nie wychodzi. A wracając do zasobów, o których wspominałaś na początku - w wielu tradycjach było tak, że jak zbierałeś zioło, to zostawiałeś coś w zamian. Kawałek chleba, monetę, włos. To nie było puste, to było uznanie, że bierzesz coś z natury i musisz dać równowagę.
Wtrącę się o tym aspekcie ekologicznym, bo mam zapisane w notatkach kilka rzeczy. W tradycjach skandynawskich była zasada, że nie zbiera się więcej niż jedna trzecia z danej kępy ziół. U Słowian podobnie - zostawiało się "dla diabła" albo "dla ptaków", co w praktyce oznaczało po prostu dla regeneracji łąki. W tradycjach rdzennych Amerykanów jest pojęcie "honorable harvest" - czytałam o tym u Robin Wall Kimmerer. To są zasady typu: nigdy nie bierz pierwszej rośliny, którą zobaczysz, bo może być ostatnia. Pytaj zanim weźmiesz. Bierz tylko tyle, ile potrzebujesz. Nigdy więcej niż połowę. I dawaj coś w zamian.
a możesz powiedzieć więcej o tym, że "coś we mnie zgrzyta"? Bo ja mam podobnie, tylko nie umiem tego nazwać. Czuję się jakbym oszukiwała sama siebie, ale nie wiem dlaczego.
i to nie jest tylko gadanie. Wosk pszczeli ma zupełnie inny zapach jak się pali, inaczej się topi, inaczej kapie. Parafina śmierdzi jak się dobrze przyjrzeć, tylko my się przyzwyczailiśmy. Jak raz przejdziesz na wosk, nie wrócisz.
Ja kupuję bezpośrednio od pszczelarza na targu, wychodzi taniej niż w sklepach ezoterycznych. Tylko musisz sama zrobić świecę albo poprosić, niektórzy robią. I zapach jest nieporównywalny.
Czyli teraz mam się jeszcze nauczyć robić świece? To kiedy mam czas na sam rytuał? Wybaczcie, ale to mi już zaczyna brzmieć jak hobby dla emerytów.
Robienie świecy samemu to nie jest jakaś filozofia. Topisz wosk, dajesz knot, czekasz aż zastygnie. Mozesz wlać do słoiczka po dżemie albo do skorupki jajka jak chcesz na raz. Babcia mi pokazywała, robiłyśmy na Wszystkich Świętych.
Wracając do mojego pierwotnego pytania - czyli wychodzi na to, że jak robisz wszystko sama, od świecy po zioła, to intencja się buduje na każdym etapie i nawet jak na koniec masz moment wątpliwości, to ta cała praca cię trzyma? Czy ja to dobrze odczytuję?
Mniej więcej tak. To jak z budowaniem domu - jak sam wbijasz każdy gwóźdź, to nawet jak w pewnym momencie się zniechęcisz, dom już stoi w połowie i jakoś idziesz dalej. A jak kupiłeś gotowy, to nic cię nie trzyma. Choć trzeba uważać, bo to też może iść w drugą stronę.
A nie jest tak, że to całe gadanie o intencji i zaangażowaniu to po prostu efekt placebo? Im więcej w coś włożysz pracy, tym bardziej chcesz, żeby wyszło, więc bardziej zauważasz wyniki. A jak nic nie zrobisz, to nie patrzysz.
To mi otwiera oczy na coś jeszcze - bo skoro przedmioty niosą historię, to co z używanymi rzeczami? Bo czasem znajduję świeczniki na pchlim targu, piękne, stare. Czy taki świecznik z nieznaną historią to dobry pomysł, czy lepiej kupować nowe?
No dobra, ale wracając do głównego tematu - czyli mam najpierw zrobić świecę, potem oczyścić świecznik, znaleźć odpowiednie zioła, sprawdzić księżyc, a potem jeszcze mieć dobrą intencję? Bo jak tak na to patrzę, to człowiek się zmęczy zanim w ogóle zacznie.
Czyli wracamy do punktu wyjścia z tytułu wątku - intencja kontra wykonanie. I co, wniosek jest taki, że intencja wygrywa? Bo mi się wydaje, że tutaj wszyscy mówią to samo, tylko innymi słowami. A może ktoś faktycznie miał odwrotnie - świetną technikę i słabą intencję, i mu wyszło?
Czytam to i mam wrażenie, że tu wszystko jest połączone - świeca, sól, ciało, intencja, stan przed. Trochę jak gotowanie - możesz mieć najlepsze składniki, ale jak jesteś wkurzona przy garnku, to i tak wyjdzie nie tak. Czy to za daleko idące porównanie?
Z notatek mi wychodzi, że im bardziej trzymałam się sztywno kalendarza księżycowego, tym gorzej szło. Jak zaczęłam łączyć fazę z własnym stanem i przesuwać o dzień albo dwa, robiło się lżej. Faza rośnie kilka dni, nie musi być co do godziny.
No dobra, ale jak długo mam czekać na ten dobry stan? Bo jak jestem zakochana po uszy i chcę coś z tym zrobić, to nie będę czekać miesiąc aż mi się gwiazdy ułożą z humorem. Czy to znaczy, że mam odpuścić, czy że mam się zmusić?
Słuchajcie, a czy nie jest tak, że to wszystko o czym mówicie - stan, intencja, ciało - można sobie wytłumaczyć zwykłą psychologią? Czyli że jak jesteś spokojna i skupiona, to lepiej podejmujesz decyzje i lepiej działasz w życiu, więc efekt przychodzi. Bez żadnej magii.
Wracając do tytułu wątku - mnie się wydaje, że tu nie ma wygranej jednej strony. Intencja bez wykonania zostaje w głowie i nic się nie dzieje. Wykonanie bez intencji to teatr. Pytanie nie brzmi która ważniejsza, tylko jak je sklejać tak, żeby się wzajemnie wzmacniały.
Czytam to wszystko i mam pytanie trochę z boku - czy wy odróżniacie rytuał, który ma kogoś przyciągnąć, od takiego, który ma was do czegoś otworzyć? Bo to chyba inne rzeczy, a w tym wątku trochę się to miesza.
Słuchajcie, zrobiłam ten test Kazika z wyobrażeniem go chorego. I wyszło mi, że nadal mi go żal i chcę się nim opiekować. Więc to chyba jednak osoba, nie obraz. Ale teraz nie wiem, co z tym zrobić, bo ścisk nie zniknął.
Wracając do mojego pierwszego pytania - czyli wychodzi na to, że technika jest mniej ważna niż to, co robisz ze sobą przed rytuałem? Bo z tego, co tu czytam, wszyscy raczej mówią o pracy z intencją, a nie o tym, czy świeca musi stać w określonym kierunku.
Technika nie jest mniej ważna, ona po prostu działa tylko wtedy, gdy intencja ją niesie. Sama z siebie nic nie zrobi. To trochę jak z gotowaniem - możesz mieć najlepszy przepis świata, ale jak ci się ręce trzęsą i sypiesz sól zamiast cukru, to nic z tego nie wyjdzie.
Słuchajcie, a co jeśli ja teraz zrobię rytuał na otwarcie, tak jak Ismer wcześniej mówił, zamiast na tego konkretnego faceta? Czy to ma sens, jak ja w środku nadal chcę jego, a nie kogokolwiek?
A jak rozpoznać, że już jestem gotowa zrobić rytuał na otwarcie szczerze, a nie pod przykrywką? Bo mam wrażenie, że nawet jak sobie powiem "okej, otwieram się na kogokolwiek", to i tak gdzieś z tyłu głowy mam jego twarz.
