Czytałam ostatnio w jednej grupie, że jak ktoś robi rytuał na konkretną osobę i coś idzie nie tak, to cała energia wraca do wykonawcy. Niby logiczne, bo skoro wysyłasz coś w świat, to musi mieć adres zwrotny. Tylko zastanawia mnie, czy to dotyczy każdego rytuału miłosnego, czy tylko tych bardziej ingerujących w wolną wolę. Bo przecież zapalenie świecy z intencją otwarcia się na miłość to chyba nie to samo, co przywoływanie konkretnej osoby po imieniu i nazwisku.
no właśnie też się nad tym zastanawiam bo zrobiłam niedawno taki rytuał ze świecą i miodem na pewną osobę i od tamtej pory mam jakiś totalny zastój w życiu. nie wiem czy to przypadek czy faktycznie coś wróciło. ktoś miał podobnie?
Zmienia bardzo dużo. W tradycji, którą znam ze słowiańszczyzny, rozróżniało się prośbę o przychylność od wiązania. Pierwsze to jakby zaproszenie, drugie to już ograniczenie czyjejś woli. I właśnie to drugie zawsze miało swoją cenę - znachorki, które robiły takie rzeczy, brały zapłatę nie tylko od klienta, ale często symbolicznie "opłacały" siły, z którymi pracowały. Bez tego efekt zwrotny był pewny.
Czyli idąc tym tropem - każdy rytuał miłosny to w sumie transakcja, tylko że większość ludzi nie wie, czym płaci. To brzmi trochę jak tłumaczenie post factum, nie sądzicie? Bo jak komuś się uda, to mówi "działa", a jak komuś coś się sypie w życiu po rytuale, to słyszy "no bo nie zapłaciłeś sił". Trochę wygodne.
u mnie było tak że robiłam rytuał na otwarcie się na miłość, bez konkretnej osoby, i po jakimś czasie zaczęły się dziać dziwne rzeczy w pracy - awans, propozycje, jakby życie się otwierało wszędzie naraz. nie tylko w relacjach. więc może to działa jak otwarcie kanału a nie precyzyjna wysyłka
Nie zły, tylko obarczony większym ryzykiem niż się ludziom wydaje. Pytanie, które sobie zadaj przed takim rytuałem: czy gdyby ta osoba miała wybór, czy chciałaby tej relacji? Jeśli odpowiedź brzmi "raczej nie" albo "nie wiem", to robisz coś, co z dużym prawdopodobieństwem odbije się po latach. I to niekoniecznie w postaci klasycznego pecha, tylko relacji, która będzie cię męczyć.
a co z rytuałami które robi się samemu na siebie? typu praca z lustrem, afirmacje, rysowanie czegoś, pisanie listów do siebie z przyszłości. to się liczy jako rytuał czy bardziej jako terapia? pytam bo robię takie rzeczy od jakiegoś czasu i mam wrażenie że to działa ale nie wiem czy to jest "magia" czy po prostu psychologia
to się zgadza z tym, co czytałam o praktykach hoodoo w Stanach - tam pisanie petycji, czyli próśb na papierze, jest osobną kategorią pracy. I nie traktuje się tego jako pisania listu, tylko jako akt sprawczy. Papier się składa w określony sposób, czasem chowa, czasem pali. Więc to, co opisujesz, to chyba dokładnie ta sama mechanika - tyle że bez nazwy.
podoba mi się ten wątek, bo on dobrze tłumaczy, dlaczego niektóre rytuały miłosne wracają z taką siłą do wykonawcy. Jak robisz coś nastawiony tylko na efekt, to napinasz cały układ pod jeden punkt. Cały wkład idzie w "musi zadziałać". A jak wkładasz uwagę w sam proces, to ciśnienie jest mniejsze i zwrot, jeśli już się zdarza, jest łagodniejszy.
ale jak ktoś naprawdę cierpi i chce odzyskać konkretną osobę to ciężko mu powiedzieć żeby się skupił na procesie. to brzmi jak rada dla kogoś kto już ma spokój w sobie. a co jak ktoś jest w rozpaczy?
a czy data urodzenia ma znaczenie przy wyborze momentu na taki rytuał? bo jeśli ktoś ma trudną wibrację w danym roku to chyba lepiej poczekać?
ale co to znaczy mieć prawo do osoby? to ja jak kogoś kocham to już mam prawo czy nie? bo nie rozumiem tego
no właśnie a co jak ktoś był z tobą i odszedł do innej? to wtedy walczysz o swoje czy wchodzisz w cudzy układ? bo to się ciągle miesza
to mi przypomina jak kolega opowiadał że jego była robiła coś u jakiejś baby i przez pół roku miał problemy z pracą, zdrowiem, wszystkim. nie wiem czy to przypadek czy nie, ale jemu się ten ciąg dopiero skończył jak ona dała sobie spokój
to brzmi okropnie. czyli ten zwrot, o którym mówicie, może dotknąć obie strony? bo myślałam, że wraca tylko do tego, kto rytuał zrobił
obie strony są w polu rytuału, więc obie coś dostają. Wykonawca dostaje zwrot od układu, na który próbował wpłynąć. A osoba, na którą rytuał był skierowany, dostaje to ciśnienie z drugiej strony - jakby ktoś naparł na nią niewidzialną dłonią. I jak ona jest świadoma, potrafi to odbić.
wracając do tego, co wcześniej mówiłam o mandalach - może problem polega na tym, że nasza kultura nie ma już takiej tradycji rytuałów nastawionych na sam proces. Wszystko musi mieć efekt, wynik, KPI. I jak siadasz do pracy z uczuciami, automatycznie wchodzisz w ten sam tryb. Stąd potem zwroty.
a co jeśli ktoś robi coś podobnego nieświadomie? bo ja na przykład mam taką bluzę, którą zakładam zawsze jak chcę kogoś poznać, i kilka razy mi się udało. nie nazywałbym tego rytuałem, ale teraz po tej rozmowie nie wiem
ciekawe że tyle osób tu pisze że zwrot zależy od emocji i intencji, a nikt nie wspomniał o dacie i porze. czy moment w cyklu księżyca albo dzień tygodnia ma znaczenie dla tego, czy coś wraca, czy nie? bo gdzieś czytałam że piątek jest pod Wenus, ale potem ktoś pisał że to też zależy od osoby
czyli jak dobrze rozumiem, to nie chodzi o to, żeby trafić w idealną datę, tylko żeby w danym momencie być w odpowiednim stanie? bo ja sobie wyobrażałam, że jest taki kalendarz i jak się w niego trafi, to wszystko będzie dobrze
tak, bardziej chodzi o stan niż o datę. Kalendarze magiczne były kiedyś po to, żeby ludzie nie musieli za każdym razem od zera ustawiać się wewnętrznie - dzień sam podpowiadał, jaki nastrój przywołać. Dziś większość ludzi nie żyje już w tym rytmie, więc data sama z siebie niewiele daje. Można robić rytuał w idealnym układzie księżyca i dostać taki zwrot, że długo się z tego nie pozbiera, bo intencja była zatruta.
ja kiedyś coś takiego zrobiłem zanim w ogóle wiedziałem że to ma jakąś nazwę. siedziałem i pisałem o byłej i okazało się że tęsknię nie za nią tylko za tym jak się przy niej czułem przed wszystkimi kłótniami. to była zupełnie inna sprawa i już do żadnego rytuału mi się nie zachciało
