Myślałam o tym. Ale szczerze mówiąc ten rytuał który znalazłam miał bardzo konkretne frazy i czułam że to one nadają mu... nie wiem, kształt? Bez nich to by był tylko zestaw gestów. Może to moje wyobrażenie, ale tak to odbierałam.
Rozumiem to uczucie - jakby słowa były szkieletem całej struktury i bez nich nie ma co trzymać całości. Sama miałam kiedyś podobnie z jednym rytuałem, tylko że mój problem był inny - fraza była w języku którego nie rozumiałam i czułam się dziwnie wypowiadając coś bez sensu dla mnie. W końcu przetłumaczyłam na swój i poczułam że to jest 'moje'. Może kierunek jest podobny?
Szczerze? Jestem bliżej decyzji niż na początku, ale wciąż nie do końca. To co powiedzieli Antek i Bernadka o moim własnym stanie podczas rytuału naprawdę mi utkwiło. Chyba zacznę od tego - od sprawdzenia jak ja reaguję na te słowa, zanim w ogóle zdecyduję co z nimi zrobić. Może to jest właściwy porządek.
A czy ktoś się zastanawiał jak to wygląda od strony samego słowa jako nośnika? Znaczy - w niektórych podejściach uważa się że słowa mają pewien 'ciężar' niezależnie od tego kto je wypowiada i w jakim celu. Jakby były naładowane znaczeniami ze wszystkich poprzednich użyć. Jeśli tak, to zamiana 'kocham' na cokolwiek innego może być uzasadniona już tylko dlatego że nowe słowo nie ma tego bagażu.
Przepraszam że wchodzę z boku, ale czytam ten wątek od początku i mam pytanie które mnie nurtuje. Czy ta osoba z fobią na słowo 'kochaj' - to jest fobia tylko na samo słowo mówione czy też pisane? Bo to chyba robi różnicę jeśli Wienczyslawa wykonuje rytuał sama, w ciszy.
To dobre pytanie i szczerze nie wiem do końca. Wydaje mi się że to bardziej reakcja na sytuację kiedy ktoś jej to mówi, ale nigdy nie rozmawiałyśmy wprost o tym co się dzieje jak ona sama czyta albo myśli o tym słowie. Nie wiem czy w ogóle byłoby to możliwe żeby ją o to zapytać bez robienia z tego wielkiego tematu.
No właśnie, bo zapytanie jej o to brzmi trochę jak otwieranie puszki Pandory. Jeśli ona sama nie ma do tego dystansu to takie pytanie może być niekomfortowe. Ale jednocześnie bez tej informacji Wienczyslawa trochę chodzi po omacku.
To jest chyba kluczowe odkrycie w tej całej dyskusji. Zapisuję to bo to zmienia perspektywę - problem nie leży w słowie samym w sobie, tylko w wyobrażeniu reakcji tej osoby. To jest wewnętrzny blok Wienczyslawej, nie blok semantyczny.
Może jakaś medytacja przed rytuałem, która oczyściłaby trochę przestrzeń mentalnę? Nie wiem czy to ma sens w tym kontekście ale kiedyś słyszałam że niektórzy robią coś w rodzaju intencjonalnego wyciszenia zanim zaczną - właśnie po to żeby nie wnosić do rytuału niepotrzebnych obrazów i emocji.
Słuchajcie, bo mi się nasuwa zupełnie inne pytanie - czy ktoś z was w ogóle miał rytuał który wymagał wypowiedzenia słów które dla was osobiście miały silny ładunek emocjonalny i jak sobie z tym poradziliście? Nie mówię o słowach trudnych dla kogoś innego, tylko właśnie dla siebie. Bo mi się wydaje że to może być bliższe temu co Wienczyslawa teraz przeżywa.
To co napisałaś Wienczyslawa o twarzy tej osoby - to jest dla mnie bardzo czytelne. Robiłam kiedyś coś podobnego, rytuał na przyjęcie czegoś dobrego do swojego życia, i zamiast skupić się na intencji to cały czas w głowie miałam obraz konkretnej osoby i jej potencjalną reakcję. I to dosłownie rozpraszało całą energię. Skończyło się na tym, że podzieliłam rytuał na dwa etapy - najpierw coś co nazwałam 'oczyszczeniem pola' a dopiero potem właściwa część. Nie wiem czy to zadziałało przez formę czy przez to, że psychicznie dało mi to chwilę na oddzielenie swoich emocji od myśli o tej osobie. Ale pytanie do ciebie - czy ta twarz pojawia się od razu jak zaczynasz, czy dopiero w konkretnym momencie rytuału?
Właśnie to miałam na myśli wcześniej - jak zmienisz słowo a obraz tej osoby i tak się pojawia w tym samym miejscu, to czy cokolwiek się faktycznie zmienia dla ciebie jako wykonawcy? Bo może zmiana słowa jest ważniejsza dla niej jeśli w ogóle dowiaduje się o rytuale, a nie dla ciebie.
Szczerze mówiąc to chyba dla niej. Pomyślałam że jak użyję innych słów to jakoś nie naruszę jej strefy, nawet jeśli ona nie wie o rytuale. Ale teraz kiedy wy to tak rozkładacie to rozumiem że to może nie mieć sensu. Ona i tak nie wie co mówię. To jest chyba bardziej mój dyskomfort niż cokolwiek innego.
Ale czy to że to twój dyskomfort automatycznie znaczy że nie ma żadnego znaczenia? Jeśli czujesz że mówienie czegoś co ona by odrzuciła jest jakoś nie w porządku, to może to jest właśnie twoja intuicja że pewnej granicy nie powinnaś przekraczać. Nie mówię że masz rację ani nie masz, tylko że ten dyskomfort może być informacją a nie przeszkodą do usunięcia.
To jest bardzo specyficzny rodzaj blokady - gdzie intencja i uczucie idą w przeciwnych kierunkach. Zapisałam sobie wcześniej że problem leży w wyobrażeniu reakcji tej osoby i to nadal mi się wydaje kluczowe. Może zamiast zmieniać słowa warto by było pobawić się z samą wizualizacją tej osoby podczas rytuału? Na przykład widzieć ją spokojną i otwartą zamiast takiej jaką znasz z życia? Wiem że to brzmi jak praca z wyobraźnią bardziej niż z samym rytuałem, ale to może być łatwiejsze niż szukanie nowego słowa które jakoś obejdzie ten blok.
Słucham tej dyskusji i mam pytanie może z innej strony - czy w ogóle jest sens robić rytuał dla kogoś kto ma tę fobię na słowo miłość? Nie mówię że to złe, tylko się zastanawiam czy to nie jest trochę jak próbowanie komuś pomóc wbrew temu czego ta osoba chce. Może ona nie chce żeby ktoś wysyłał do niej coś związanego z miłością właśnie dlatego że to dla niej trudne?
Nie wie. I to jest właśnie ten dylemat który mam w głowie od początku. Ona jest dla mnie ważna i chcę żeby jej było dobrze, ale sama decyzja o rytuale była moja. Nie jestem pewna jak ona by zareagowała. I właśnie to chyba sprawia że czuję ten sprzeciw o którym mówiłam.
Mam wrażenie że ta rozmowa dotknęła czegoś co wykracza poza kwestię słów w rytuałach. Bo pytanie o modyfikację tekstu zamieniło się w pytanie o to czy w ogóle jest etycznie robić cokolwiek bez wiedzy i zgody osoby której to dotyczy. I nie mówię że nie, tylko że może warto sobie to zadać wprost zanim cokolwiek się zrobi albo zmieni.
Może. Naprawdę nie wiem. Chyba myślałam że jak zmienię słowa to jakoś... obejdę to poczucie że wchodzę na cudzy teren bez zapytania. Ale to nie działa tak, prawda.
To jest uczciwa odpowiedź. I właśnie dlatego wracam do pytania o etykę - bo w wielu tradycjach, które znam, jest wyraźne rozróżnienie między rytuałem 'dla kogoś' w sensie życzenia mu dobra, a rytuałem który ma wpłynąć na jego uczucia czy zachowanie. Pierwsze jest generalnie akceptowane, drugie już mocno dyskusyjne. Które z tych ty chcesz zrobić?
Przepraszam że wchodzę z czymś prostym, bo może to głupie pytanie - ale czy jest taki rytuał który jest tylko życzeniem dobrze, bez żadnego wpływania? Coś w stylu modlitwy? Bo jeśli tak to może to by rozwiązało ten dylemat ze zgodą.
Mam pytanie do tej całej dyskusji o zgodzie - skąd w ogóle wzięło się przekonanie że rytuał bez wiedzy osoby ma na nią jakikolwiek wpływ? Nie mówię złośliwie, naprawdę pytam. Bo jeśli ktoś wierzy że to działa, to pytanie o etykę jest zasadne. Ale jeśli efekt jest niepewny to może ten cały dylemat etyczny jest trochę na wyrost?
Właśnie tak to czułam i dziękuję że to tak ubrałaś w słowa, bo sama nie umiałam. Jakby zmiana słów miała być takim zatrzymaniem się w pół drogi - żebym nie szła za daleko w to wyobrażanie sobie jej uczuć.
Ale czy zatrzymanie się w pół drogi w rytuałach w ogóle jest skuteczne? Pytam serio, bo z tego co czytałam o pracy runami, tam jest dość wyraźne że połowiczna intencja to najgorsze co możesz zrobić - albo wchodzisz w to w pełni albo nie wchodzisz. Nie wiem czy to dotyczy też innych tradycji, ale zawsze mnie to zastanawiało.
No i to jest chyba odpowiedź na to pierwotne pytanie z tytułu wątku. Nie chodzi o to czy zmienić słowo 'kochaj' - chodzi o to że Wienczyslawa sama siebie hamuje i ta zmiana słów byłaby tylko objawem czegoś głębszego. Czy nie?
A co jeśli Wienczyslawa po prostu potrzebuje czasu żeby zdecydować - nie modyfikować rytuału, nie rezygnować z niego, tylko poczekać aż sama poczuje co chce? Bo z tej rozmowy wynika że ona sama jeszcze tego nie wie i żadna technika jej tutaj nie zastąpi tej decyzji.
Mnie ciekawi jeszcze jedno - bo ta fobia tej osoby na słowo 'kochaj' to był punkt startowy całej rozmowy, a prawie nie rozmawiałyśmy o tym co ta fobia oznacza dla samej relacji. Czy jeśli ktoś ma taki opór przed tym słowem to nie jest to już informacja o tym jak ta relacja może wyglądać niezależnie od rytuału?
