Mam takie pytanie, bo sama się nad tym zastanawiam od jakiegoś czasu. Natknęłam się na rytuał, który ma działać na przyciągnięcie konkretnej osoby, ale jest zapisany po łacinie. Nie znam łaciny w ogóle, więc będę to wypowiadać fonetycznie, bez rozumienia słów. I teraz się zastanawiam, czy to ma sens? Czy słowa muszą być rozumiane przez osobę, która je wypowiada, żeby cokolwiek zadziałało, czy to bardziej kwestia energii, intencji, czegoś innego?
O, dobry temat. Ja mam podobne dylematy z rytuałami po angielsku, które znajduwałam na zagranicznych stronach. Sama angielski znam na tyle żeby rozumiec, ale zastanawiałam się właśnie nad tą łaciną. Bo łacina to trochę inny poziom, to jest język który był używany w kościele, w alchemii, w dawnych zaklęciach... czy samo brzmienie słów coś robi, nawet jeśli nie wiemy co mówimy?
Tu jest kilka różnych kwestii naraz i warto je rozdzielić, bo inaczej będziemy gadać o różnych rzeczach. Po pierwsze, intencja. Po drugie, wibracja słów. Po trzecie, tradycja, z której rytuał pochodzi. Łacina nie jest neutralna, ma długą historię magiczną i liturgiczną, więc samo jej brzmienie niesie pewien ładunek. Ale to nie znaczy, że mechaniczne recytowanie bez zrozumienia przyniesie efekty. Chciałbym wiedzieć, skąd pochodzi ten rytuał, z jakiej tradycji, bo to zmienia odpowiedź dosłownie o 180 stopni.
Ja w ogóle nie rozumiem po co w rytuałach używać obcych języków. Serio pytam, nie złośliwie. Czy to nie jest tak, że jak sam nie wiesz co mówisz, to właściwie nic nie kierujesz w żadną stronę? Jak modlitwa, którą recytujesz z kartki bez myślenia?
Nie do końca tak to działa. Język rytuału to nie jest tylko komunikat, który wysyłasz w eter jak SMS. W numerologii na przykład same dźwięki mają znaczenie, konkretne kombinacje liter i głosek przypisuje się pewnym wibracjom liczbowym. Więc jeśli łacińskie słowo brzmi w określony sposób, to ta wibracja dźwiękowa coś robi niezależnie od tego, czy ty wiesz o co chodzi. Przynajmniej tak to rozumiem.
Ale z drugiej strony... czy nie chodzi głównie o to co ty wkładasz w rytuał? Jak widzę różne osoby robiące ten sam rytuał, to jedne mają efekty a inne nie. I często mówią właśnie, że różnica jest w skupieniu, w sile intencji. Może obcy język paradoksalnie pomaga, bo zmusza do wolniejszego mówienia, do skupienia się na każdym słowie?
Mam głupie pytanie może, ale czy ktoś próbował przetłumaczyć taki rytuał na polski i zrobić go po polsku? Co się wtedy dzieje? Bo jeśli intencja to jest to co ważne, to chyba tłumaczenie nie powinno niczego psuć?
To nie jest głupie pytanie wcale. W tradycjach runicznych, z którymi mam dużo do czynienia, słowa galdr czyli śpiewy runiczne są tradycyjnie w języku staronordyckim. Są osoby, które twierdzą, że przetłumaczone na współczesny język tracą coś, co trudno opisać. Ale są też takie, które pracują w swoim języku ojczystym i twierdzą, że efekty są porównywalne, bo czują się z tym bardziej autentycznie. Więc chyba nie ma jednej odpowiedzi.
Ja byłam w podobnej sytuacji co Thalia i po prostu zrobiłam rytuał po polsku, własną wersję, bo nie miałam dostępu do oryginalnych słów. Opisałam dokładnie czego chcę, użyłam swoich słów. Szczerze? Czułam się z tym bardziej... połączona niż kiedy recytowałam coś, czego nie rozumiałam. Nie wiem czy to coś zmieniło w sensie efektów, za wcześnie żeby powiedzieć, ale sam proces był zupełnie inny.
A mnie ciekawi inna rzecz, bo nigdy o tym nie myślałem. Rytuały miłosne mają jakąś długą historię, pewnie są zakorzenione w konkretnych kulturach. Czy te łacińskie rytuały mają swój odpowiednik w polskich tradycjach? Mam na myśli coś słowiańskiego, coś w naszym języku, co działałoby w podobnym celu?
No dobra, ale wróćmy do pytania z początku, bo mi się wydaje, że odpowiedź jest prosta. Jak nie rozumiesz co mówisz, to nie wiesz co wysyłasz. Mogłabyś przez przypadek powiedzieć coś odwrotnego niż chcesz. Nie wiem czy to możliwe w praktyce, ale teoretycznie to ryzyko jest.
Zapisałem sobie ten wątek, bo jest naprawdę dobry. Mam wrażenie, że tu wychodzi coś ważnego: różnica między rytuałem jako procedurą a rytuałem jako świadomą praktyką. Można podejść do tego jak do przepisu, wrzucasz składniki, mieszasz, wychodzi danie, albo można to traktować jak coś, gdzie twój udział jest aktywny przez cały czas. I w tym drugim przypadku język, który rozumiesz, daje ci przewagę.
Czytałam ten wątek od początku i mam pytanie do Edzio.ka i Jarowita, bo obaj mówią podobne rzeczy, ale trochę inaczej. Czy wy uważacie, że jeśli ktoś robi rytuał z tekstu bez podanego źródła, to jest to w ogóle rytuał? Czy może bardziej... coś w rodzaju teatru z intencją?
To zależy co rozumiesz przez rytuał. Jeśli rytuał to akt magiczny osadzony w tradycji, to nie. Jeśli rytuał to forma skupionej intencji z użyciem symboli i słów, to może tak. Problem polega na tym, że większość ludzi nie robi tego rozróżnienia i miksuje oba rozumienia, przez co potem nie wiedzą co właściwie robili.
Ale skoro nie wiesz co robisz, a efekt i tak może być, to znaczy że intencja jest ważniejsza niż forma? Czy dobrze to rozumiem? Bo wtedy po co w ogóle uczyć się co te słowa znaczą?
Dobra, a jak to wygląda w praktyce? Bo mam wrażenie, że ta rozmowa jest bardzo teoretyczna. Czy ktoś tu kiedyś faktycznie zrobił rytuał w obcym języku i potem tłumaczył sobie co powiedział? I co z tego wyszło?
Ja tak robiłam. Znalazłam rytuał po angielsku, przetłumaczyłam go ze słownikiem, słowo po słowie, zanim go w ogóle zaczęłam. I właśnie w trakcie tłumaczenia zorientowałam się, że kilka fraz jest... dziwnych. Coś w stylu 'niech wola twoja złamie się dla mnie', co brzmi agresywnie po polsku, a po angielsku jakoś mi przeszło przez ręce bez refleksji. Gdybym tego nie przetłumaczyła, pewnie bym to powiedziała bez zastanowienia.
To co zrobiła Alchemiczka to jest moim zdaniem jedyne sensowne podejście do obcojęzycznych rytuałów. Nie kopiuj, tylko rozumiej co chcesz osiągnąć i napisz od siebie. Problem z gotowymi tekstami z internetu jest właśnie taki, że często zawierają frazy, które ktoś gdzieś przepisał z innego źródła, które ktoś przepisał z jeszcze innego, i nikt po drodze nie sprawdził czy to ma sens.
Dobra, to teraz mam konkretne pytanie. Bo ten rytuał, o którym pisałam na początku, ma po łacinie dokładnie taką strukturę: wezwanie, prośba, podziękowanie z góry. Czy taka struktura jest sama w sobie bezpieczna, niezależnie od języka? Czy może problem jest właśnie w konkretnych słowach, a nie strukturze?
Struktura wezwanie-prośba-podziękowanie to dość universalny schemat, spotykam go w różnych tradycjach. Sam szkielet jest neutralny. Ale treść wezwania ma znaczenie, bo wezwanie to skierowanie rytuału, do kogo, do czego, w imię czego. Jeśli nie rozumiesz łacińskiego wezwania, to nie wiesz kogo lub co zapraszasz.
Tłumaczenie ze słownika to punkt wyjścia, ale nie koniec. Łacina w tekstach magicznych często używa form archaicznych albo słów, które mają podwójne znaczenie, jedno potoczne, jedno sakralne. Słowo 'spiritus' na przykład to i duch, i oddech, i wino w pewnych kontekstach. Trzeba wiedzieć w jakim kontekście dany tekst powstał.
No ale jak niby zwykły człowiek ma to wiedzieć? Większość z nas nie studiowała filologii klasycznej. Czy to znaczy, że łacińskie rytuały są po prostu niedostępne dla kogoś kto nie zna łaciny?
Czekajcie, bo mi się kręci w głowie. Mamy więc obcy język z tradycją, obcy język bez tradycji, swój język z tradycją i swój język bez tradycji. Czy te cztery opcje są różne jeśli chodzi o jak to działa? Bo trochę mi się miesza co jest ważniejsze, język czy tradycja.
To jest interesujące co mówisz o torze słów. Ale czym on właściwie jest? Czy chodzi o to że wiele osób wypowiadało te same słowa z podobną intencją i to jakoś zostaje? Bo to brzmi trochę jak koncepcja pól morficznych.
Dobra, to ja mam może głupie pytanie, ale jednak zapytam. Skoro ta wydeptana ścieżka istnieje, to czy nierozumienie słów przeszkadza w jej użyciu? Tzn. czy można iść tą ścieżką po omacku i czy to ma sens?
To nie jest głupie pytanie. Myślę że można, ale wtedy ryzykujesz że skręcisz nie tam gdzie chciałaś. Ścieżka ma swój kierunek i ten kierunek też jest zawarty w słowach. Jeśli ich nie rozumiesz, to wchodzisz na ścieżkę, ale nie wiesz dokąd prowadzi. Może akurat w twoją stronę. Może nie.
Słuchajcie, ja mam może banalny wniosek z tego wszystkiego, ale czy nie jest tak, że po prostu trzeba się tego języka nauczyć choć trochę zanim się z nim pracuje? Nie mówię o studiach filologicznych, tylko o podstawowym zrozumieniu co dane słowa oznaczają. To wydaje się oczywiste ale może właśnie dlatego nikt tego głośno nie mówi.
