Mam takie pytanie, bo ostatnio mi się to przytrafiło i trochę nie wiedziałam co z tym zrobić. Wyszłam z kawiarni i nagle zobaczyłam swojego ex po drugiej stronie ulicy. Jeszcze się nie rozstaliśmy tak dawno, więc mnie to mocno zdenerwowało i jednocześnie... no wiecie jak to jest. Zaczęłam myśleć czy można w takiej chwili coś zrobić. Czy jak widzisz kogoś na ulicy, to ma sens robić jakiś rytuał, czy to za bardzo z głowy i bez przygotowania żeby cokolwiek zadziałało? Czy sama silna emocja w tamtej chwili coś daje?
Akurat nad tym się zastanawiałam ostatnio, bo czytałam coś o rytuałach improwizowanych i tam był taki wątek, że spontaniczność ma swoją wartość, bo emocje są wtedy autentyczne i niefiltrowane. Ale z drugiej strony, jak stoisz na chodniku i widzisz jego plecy to co właściwie masz zrobić? Wyobrazić sobie coś, mruknąć coś pod nosem?
Mnie też to spotkało i szczerze mówiąc działałem instynktownie. Zobaczyłem ją przy sklepie, serce mi stanęło i zanim zdążyłem pomyśleć, to już w głowie układałem jakieś życzenie. Nie wiem czy to się liczy jako rytuał, ale czułem że coś wysyłam. Nie skończyło się niczym szczególnym, ale też może źle to kierowałem. A wy jak rozumiecie tę intencję w takiej spontanicznej chwili? To musi być konkretna myśl czy wystarczy to co czujesz?
Emocje w takich momentach to naprawdę nie jest dobre paliwo do rytuału miłosnego. To znaczy są intensywne, owszem, ale intencja musi być czysta i jednokierunkowa. Jak stoisz na rogu ulicy i nie wiesz co chcesz, to energia idzie w kółko. Widziałam opisy takich przypadków na anglojęzycznych grupach, gdzie ludzie mówili że po takich improwizowanych zaklęciach zaczęli się czuć jeszcze gorzej, jakby sami siebie przykuli do tej osoby zamiast ją przyciągnąć.
Poczekajcie, bo chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Czyli samo silne uczucie w momencie spotkania to nie wystarczy żeby coś 'zadziałało'? Myślałam że właśnie wtedy kiedy serce wali i emocje są największe, to magia działa najlepiej. Zawsze tak sobie to wyobrażałam.
A ja mam głupie pytanie bo nie bardzo się na tym znam, ale skoro rytuały zwykle wymagają świeczek, ziół i całej reszty, to co można właściwie zrobić stojąc na ulicy bez niczego? Czy to nie jest z definicji za mało żeby cokolwiek ruszyć?
Czytam wątek i chcę dodać jedną rzecz. Przy nieoczekiwanym spotkaniu z byłym partnerem czakra splotu słonecznego reaguje niemal automatycznie, często bardzo gwałtownie. To ten nagły ścisk w żołądku. Problem polega na tym, że jeśli w tym momencie zaczniesz 'wysyłać' coś do drugiej osoby, możesz jednocześnie otworzyć kanał w dwie strony i wchłonąć jej stan emocjonalny. Nie wiem czy ktoś to brał pod uwagę w kontekście takich improwizowanych działań.
zabezpieczenie w biegu to coś w rodzaju szybkiego wyobrażenia sobie bariery, wielu pracuje z wizualizacją złotego lub białego światła wokół siebie, zanim cokolwiek zrobi. Kilka sekund skupienia na oddechu może wystarczyć żeby się nie 'rozlać'. Ale szczerze, przy takim nagłym spotkaniu rzadko kto ma głowę do tych przygotowań.
Słucham tego i mam pytanie bo jestem z natury sceptyczna wobec takich rzeczy. Skąd w ogóle wiadomo że coś 'wyszło'? Znaczy, jak odróżnić efekt rytuału od zwykłego zbiegu okoliczności albo od tego że po prostu obsesyjnie myślisz o danej osobie i sam siebie napędzasz? Pytam serio, nie złośliwie.
Ja bym jeszcze dodoł jeden aspekt ktury mi sie wydaje ważny. Jak robisz rytuał z premedytacją w domu, to masz czas żeby przemyśleć czy w ogóle tego chcesz i jakie są konsekwencje. A przy przypadkowym spotkaniu na ulicy działasz na autopilocie. No i co jeśli tak naprawdę po trzeźwym namyśle nie chcesz żeby ta osoba wróciła, ale ta chwilowa emocja cię poniosła? Sam się kiedyś przyłapałem na tym że życzenia z desperacji to chyba najgorsze jakie można wysyłać.
Ale czy nie jest tak, że jak naprawdę kochasz kogoś, to ta miłość sama z siebie coś robi, bez żadnych rytuałów? Pytam bo zawsze mi się wydawało że jak uczucie jest prawdziwe, to nie potrzebuje specjalnych warunków żeby działać. Rytuał to tylko jakby wzmocnienie czegoś co już istnieje, nie?
Właśnie wróciłam do góry wątku i mam takie przemyślenie. Może samo zobaczenie ex na ulicy to nie jest moment do rytuału, ale można to potraktować jako sygnał albo punkt wyjścia do tego, żeby zaplanować coś w domu z głową? Jakby ta emocja była bodźcem, a nie samym działaniem. Czy ktoś tak to robi?
A jak w ogóle to wyczuć? Że już 'opadło' wystarczająco? Bo ja na przykład myślę że jestem spokojna, siadam do czegoś ważnego i nagle mi się ręce trzęsą albo płaczę znienacka. Skąd mam wiedzieć że już mogę?
Słuchajcie, ale ja mam wrażenie że ta rozmowa coraz bardziej kręci się wokół tego kiedy i jak, a nikt nie odpowiedział mi na to co pytałam wcześniej. Skąd w ogóle wiecie że cokolwiek zadziałało? Bo wszystkie te 'kontrolowane warunki' i 'czyste intencje' to ładnie brzmi, ale jak to zweryfikować?
To może chodzi o coś innego, żeby nie zapisywać całego chaosu, tylko konkretny obraz albo jedno zdanie które opisuje to czego chcesz. Nie 'czułam się strasznie i nie wiedziałam co zrobić', tylko 'chciałam żeby mnie zobaczył'. To drugie to już jest prawie intencja, prawda?
Ale jak to rozróżnić z pozycji osoby która robi rytuał? Przecież każdy myśli że jego była miłość 'istniała' i że tylko coś ją przerwało z zewnątrz. Rzadko kto powie szczerze że była to jednostronna obsesja.
No i właśnie to jest mój problem. Nie wiem po której stronie jestem i nie wiem jak to sprawdzić. Zapytać jej wprost to nie wchodzi w grę, bo nie rozmawiamy od miesięcy. To spotkanie na ulicy było pierwszym kontaktem i ona dosłownie odwróciła wzrok. Ale może po prostu była zdenerwowana albo nie wiedziała co powiedzieć? Ja też byłem jak zamurowany.
A jak w ogóle można robić cokolwiek w kierunku kogoś kto odwraca wzrok? To nie jest jakiś sygnał że nie chce kontaktu?
Ale przecież to jest właśnie clou całego tematu, nie? Skąd ktokolwiek wie czy to jest 'wzmacnianie' czy 'forsowanie'? Bo każdy kto robi taki rytuał na exie jest przekonany że to pierwsza opcja.
To co mówi Almandynka jest ciekawe bo właściwie opisuje stan wewnętrzny jako wskaźnik, a nie jakąś zewnętrzną zasadę. Ale jak ktoś jest w środku rozgrzany po spotkaniu z exem, to skąd ten spokój?
Ale mi sie wydaje ze Almandynka mowi o czyms trochu innym niz tylko o spokoju po reakcji. Bardziej o tym czy w intencji jest jakis element przymusu, nie? Bo mozna byc zupelnie spokojnym i miec intencje kontrolujacej.
Czytam to i myślę o swoim spotkaniu. Ja na pewno nie byłam spokojna. Miałam dosłownie ułamek sekundy i serce mi waliło. Nie wiem nawet czy to co poczułam to było coś prawdziwego czy tylko stres. Czy to w ogóle może być punkt wyjścia do czegokolwiek?
Właśnie, bo to że można to chyba nikt nie kwestionował, pytanie brzmi czy warto i w jakich warunkach. Ale w sumie nie wiem czy na to jest jakaś obiektywna odpowiedź na forum.
No i tutaj się pojawia moje stare pytanie, skąd wiadomo że to jest intencyjne ukierunkowanie czegokolwiek, a nie po prostu silne myślenie o kimś ze stresem w tle? Cały czas mam wrażenie że te dwa opisy są identyczne.
Mam takie wrażenie że ta rozmowa trochę mnie odwodzi od pierwotnego pytania. Bo ja pytam czy to w ogóle ma sens przy tak konkretnej sytuacji, spotkanie na ulicy, ona odwróciła wzrok, ja zamarłem, i czy z tego da się zrobić coś konstruktywnego. A tu gadamy o teorii.
I wracając do tego co mówiłam wcześniej, to może spotkanie na ulicy jest mniej punktem wyjścia do rytuału, a bardziej sygnałem żeby się zatrzymać i sprawdzić co tam jeszcze jest. Bo jeśli po takim spotkaniu człowiek nie wie co czuje, to to jest informacja sama w sobie.
Ale chwila, bo mi się tu coś myli. Mówimy o rytuale spontanicznym przy spotkaniu na ulicy, a teraz weszliśmy w temat gotowości wewnętrznej jako warunku wstępnego. Czy to znaczy że spontaniczny rytuał jest z definicji zły, bo nie ma czasu na te wszystkie wewnętrzne rozkminy?
