To zmienia optykę całej tej dyskusji o wierze. Jeśli celem jest to, żeby Jozio mógł się wypowiedzieć, to ona nie musi w nic wierzyć. Nie dotyczy to jej. On pracuje na sobie, ona nawet o tym nie musi wiedzieć.
Zmiana dynamiki przez zmianę własnego zachowania to nie jest magia w sensie interwencji w kogoś. To normalne działanie. Gdybyś poszła na terapię i przestała się bać bliskości, twoje relacje by się zmieniły. Nikt by nie mówił że naruszasz czyjąś autonomię.
I to jest chyba clue tej całej rozmowy o wierze. Skoro cel rytuału jest wewnętrzny, to sceptycyzm partnerki przestaje być problemem. Ona nie jest podmiotem rytuału. Wiara jest potrzebna Joziowi, nie jej.
Zostaje jedno pytanie, bo tej rozmowy jeszcze nie skończyliśmy. Jozio, gdybyś miał jutro ją spotkać i nie miałbyś ani rytuału ani żadnego przygotowania, co byś zrobił inaczej niż zwykle?
Dobre pytanie Eufemko. Myślę że... szczerze to nie wiem. Może po prostu powiedziałbym że mi zależy. Bez żadnej owijki w bawełnę. Ale to brzmi przerażająco prosto jak to mówię na głos.
I właśnie to jest odpowiedź. Nie rytuał, nie kamienie, nie medytacja przez tydzień. Tylko to zdanie. Brzmi prosto bo jest proste. Trudne jest tylko powiedzenie tego na głos do konkretnej osoby.
Rytuał jako przestrzeń do przepracowania czegoś wewnętrznie, a potem działanie w świecie zewnętrznym. To ma sens. Widziałam takie podejście opisywane w pracy z runą Ansuz, która jest akurat związana z komunikacją i mówieniem prawdy. Ciekawe że to wyszło samo w tej rozmowie.
To jest dokładnie to. Nie chodzi mi o to żeby ona w coś wierzyła. Chodzi o to że ja sam się zatrzymuję i chcę to zmienić.
To ciekawe że Jozio sam doszedł do tego dopiero teraz, po tylu postach. Nie zarzucam nic, bo tak właśnie działa rozmowa, ale zastanawiam się czy na początku tego wątku wiedział co tak naprawdę go blokuje. Czy to forum pomogło to nazwać?
Jeśli Jozio teraz wie że problem jest wewnętrzny, to ma to wpływ na to co robić dalej. Rytuał nakierowany na siebie, na otwarcie gardła i splotu słonecznego naraz, będzie miał inny cel niż cokolwiek zewnętrznego. I to jest praca którą można zrobić bez jej wiedzy, bez jej zgody, bo nie dotyczy jej ani trochę.
Jeszcze jedno. Niezależnie od tego czy Jozio zdecyduje się na jakikolwiek rytuał, jest jeden kamień który w tej sytuacji naprawdę ma sens. Amazonit. Nie dlatego że 'pomaga w miłości', bo to banalnie powiedziane, ale dlatego że jego przypisanie wiąże się z mówieniem tego co się myśli zamiast tego co się uważa za bezpieczne. Można go mieć przy sobie na spotkaniu. Ona nie musi wiedzieć że to cokolwiek znaczy.
Wracając do sedna tego wątku z początku, bo trochę odpłynęliśmy. Pytanie było o to czy wiara drugiej osoby jest konieczna. Myślę że ta rozmowa pokazała że to zależy od celu rytuału. Jeśli cel jest po stronie osoby wykonującej, to nie. Jeśli cel jest po stronie drugiej osoby, to już zaczyna się dyskusja o etyce i skuteczności jednocześnie.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie może naiwne. Czy takie rytuały nakierowane tylko na siebie nie zmieniają tego jak nas widzą inni? Bo skoro Jozio się otworzy, to ona to poczuje bez żadnej magii, po prostu przez to że on inaczej mówi.
Dobra, chcę zapytać o coś konkretnego po tej całej rozmowie. Jeśli zaczynam od rytuału nakierowanego na siebie, na to żebym się mniej blokował, to czy jest jakiś moment kiedy powinienem to po prostu zatrzymać i zobaczyć co się dzieje? Nie wiem jak to ocenić samemu.
To jest dobre pytanie i nie ma jednej odpowiedzi. Ale powiem ci jak ja to rozróżniam. Kiedy rytuał daje ci chwilowe odprężenie ale wracasz do tego samego stanu następnego dnia, to znaczy że coś jeszcze siedzi głębiej i praca nie jest skończona. Kiedy zaczynasz inaczej wchodzić w rozmowy, nawet nie o niej, to jest sygnał że coś się przesunęło.
I tutaj dochodzimy do sedna pytania z tytułu tego wątku. Jej wiara albo jej brak wiary jest nieistotna jeśli rytuał i działanie są po jego stronie. Ona uczestniczy w tym przez sam fakt że jej dotyczy, ale nie musi w nic wierzyć żeby cokolwiek się wydarzyło. To jest chyba najsensowniejsza odpowiedź na to pytanie.
Zastanawiam się jednak nad jedną rzeczą. Mamy całą tę rozmowę i Jozio sam doszedł do tego że problem jest w nim. Ale to co opisywał na początku to był opis relacji, nie tylko jego stanu wewnętrznego. Co jeśli ona też coś czuje i też się blokuje? I wtedy jego rytuał na otwarcie może trafić na jej własną ścianę.
Trochę odchodzimy od pytania Jozia ale ta kwestia z Eufemką mnie uderzyła. Bo on mówił że ona nie wierzy w magię. Ale to nie jest to samo co że jest zamknięta na niego. Możliwe że ona jest otwarta na niego ale on tego nie widzi bo się blokuje.
To jest bardzo konkretne powiedziane. I to właśnie zmienia całą perspektywę tego co Jozio potrzebuje. Nie rytuał żeby 'ona go kochała', nie rytuał żeby 'ona uwierzyła', tylko żeby on sam przestał się wstydzić tej części siebie przy niej. To jest praca z miejscem gdzie wiara i relacja się stykają.
Właściwie Promyczka dotknęła czegoś co jest osobnym tematem ale nie bez związku. Bo jeśli Jozio boi się że ona oceni jego świat, to czy zrobił rytuał na odwagę czy ucieka od rozmowy o tym? I jedno i drugie jest możliwe naraz.
Mam wrażenie że ta rozmowa otworzyła więcej pytań niż zamknęła, ale to chyba dobrze. Jozio zaczął od pytania o mechanizm magiczny, a skończyliśmy przy tym co w ogóle chce osiągnąć i czy jest gotowy to powiedzieć głośno. Czy to jest odpowiedź na tytuł wątku? Nie wiem. Ale jest bardziej uczciwa niż 'tak, można robić rytuał bez jej wiary'.
No i chyba właśnie to jest odpowiedź, której szukałem, tylko nie wiedziałem że jej szukam. Bałem się że ona oceni moją magię, a nie mnie. I to się gdzieś w tej rozmowie wyklarowało samo.
Ale czekaj, bo to co powiedziałeś jest ważne i chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Mówisz że bałeś się jej oceny twojego zainteresowania ezoterką, nie że bałeś się odrzucenia jako człowiek? To dwie różne rzeczy i mają inne konsekwencje dla tego co dalej.
To jest coś z czym się spotkałam i nie raz. Ludzie przychodzą z pytaniem o rytuał, a po głębszym drążeniu okazuje się że rytuał byłby tylko przykrywką na coś zupełnie innego. Nie mówię że źle, ale ciekawe że ta rozmowa sama do tego doszła bez żadnego specjalnego prowadzenia.
No ale nie powiedziałbym że 'był problemem' bo to brzmi jak wyrok. Raczej miał zablokowany punkt widzenia i rozmowa to przesunęła. Różnica jest o tyle istotna, że jeden komunikat zostawia cię z winą, a drugi daje ci coś z czym można pracować.
Rozmowa na forum jako rytuał, to jest trop który mnie ostatnio chodzi po głowie w kontekście różnych dyskusji tutaj. Nazywanie czegoś, artykułowanie tego przed innymi, czasem zmienia więcej niż cały zaplanowany rytuał przy świecach. Nie mówię że rytuały nic nie robią, ale intencja i świadomość intencji to nie to samo.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie do Brygidy. Jeśli rytuał zmienia głównie ciebie, to co z tymi wszystkimi rytuałami które są nakierowane na kogoś innego? Czy w ogóle mają sens?
