Właśnie to pytanie Swiatowida mnie nurtuje od początku tego wątku. Bo jeśli wszystko sprowadza się do zmiany w sobie, to po co w ogóle rytuał miłosny? Wystarczyłoby pójść na terapię.
I do tego wróćmy na chwilę do tytułu wątku bo myślę że ta całą dyskusja dała nam odpowiedź, tylko inną niż się spodziewaliśmy. Czy wiara drugiej osoby jest problemem? Sama w sobie nie. Ale twoje lęki związane z jej brakiem wiary, owszem.
Przeczytałam całość i mam takie wrażenie, że ta rozmowa byłaby inna gdyby Jozio od razu powiedział co naprawdę czuje. Ale może nie wiedział. Czy w ogóle można wiedzieć to na początku?
Tak właśnie było jak zaczynałem myśleć o tym co chcę zrobić. Siadłem żeby sformułować intencję i utknąłem. I może właśnie dlatego wrzuciłem pytanie tutaj. Jeszcze nie dziękuję za zamknięcie tematu bo go nie zamykam, ale coś mi się w głowie poukładało i to już coś.
Ja mam inne pytanie i nie wiem czy nie będzie nie na miejscu. Jozio kilka postów wcześniej powiedział że czuje jakby ciężar gdzieś poszedł. Ale to jest efekt rozmowy. Co się stanie z tą ulgą za tydzień, kiedy codzienna rzeczywistość wróci? Nie mówię że zniknie, ale czy rozmowa wystarczy żeby to utrzymać?
A czy rytuał musi prowadzić do działania? Pytam bo mam wrażenie że często przykładamy do niego taką miarę sprawczości, jakby musiał produkować konkretne skutki żeby był 'prawidłowy'. Może czasem chodzi o coś innego.
Wracam do kwestii wiary bo to jest temat wątku i trochę nam odpłynął. Słuchałam tej rozmowy i mam jedno wrażenie. Mówiliśmy dużo o tym że wiara partnera nie jest problemem, że problem jest w lęku, że rytuał zmienia ciebie. Ale co z sytuacją gdy partner aktywnie wyśmiewa? Nie jest tylko sceptyczny, ale reaguje złośliwością. Czy to nadal nie jest problemem?
Ona nie kpi. Ela to podchwyciła ale ja nigdy tak nie powiedziałem. Ona jest po prostu poza tym światem i nie widzę w niej złej woli. Dlatego pewnie jej sceptycyzm tak mocno siedział w mojej głowie, bo nie był wymierzony we mnie, tylko w coś co jest dla mnie ważne.
To co Jozio teraz opisuje to jest ciekawy mechanizm. Kiedy ktoś nie atakuje ciebie, ale odrzuca coś z czym się identyfikujesz, to może boleć mocniej niż bezpośrednia krytyka. Bo nie możesz mu powiedzieć że jesteś atakowany, bo technicznie nie jesteś.
Tak to wygląda. I to jest odpowiedź na pytanie z tytułu, tyle że pełniejsza niż 'wiara nie jest problemem'. Wiara partnera nie jest problemem, ale jego stosunek do tego co jest dla ciebie ważne już może nim być. I to jest coś do przepracowania niezależnie od rytuałów.
Mam takie prytanie troche z boku, ale mnie gnębi. Czy jak ktoś robi rytuał miłony i partner nie wier, to rytuał sie jakoś inaczej układa? Tzn czy ta energia idzie przez osobę która nie wierzy tak samo jak przez kogoś kto jest po tej samej stornei?
Myślę że to pytanie Druidki jest tak naprawdę centralnym pytaniem tego wątku i przyszło dopiero teraz. Czy rytuał miłosny działa jednostronnie, czy potrzebuje jakiegoś minimalnego otwarcia z drugiej strony? I nie chodzi mi o wiarę, bo to zbyt duże słowo. Chodzi mi o to czy obojętność jest neutralna, czy jednak coś blokuje.
