Trochę mi się wydaje, że ta dyskusja poszła bardzo w kierunku filozofii nauki, a nie rytuałów miłosnych. Czy to normalne że tutaj tak to idzie? Pytam serio, bo interesuje mnie ten pierwotny temat, czyli czy ktoś świadomie łączy te dwa podejścia i jak to wygląda praktycznie.
To brzmi jak coś, o co chciałam zapytać już od jakiegoś czasu w tym wątku. Czy te dwie rzeczy były w jakiś sposób skoordynowane, czy działałaś nimi niezależnie? Bo zastanawiam się, czy informowałaś terapeutę o rytuałach, czy to były dwa osobne światy.
Mnie ciekawi, czy ta synchronia była przypadkowa, czy coś ją kierowało. W sensie, czy sama wybierałaś rytuały, które tematycznie pasowały do tego, co działo się na terapii, czy to był przypadek?
To mi przypomina pytanie, które mam od początku tego wątku. Czy ktoś z was rozmawiał o rytuałach z terapeutą, tak wprost? I jaka była reakcja? Boję się, że większość terapeutów by to zbagatelizowała albo uznała za objaw czegoś.
I to jest może najważniejszy praktyczny wniosek z tej całej rozmowy. Że nie pytanie 'czy terapia i rytuały działają razem' jest właściwe, tylko 'jaki terapeuta jest otwarty na to, żeby to razem działało'. Bo bez tego drugiego, nawet jeśli ty to łączysz, to na sesji i tak będziesz to ukrywać.
To, co powiedziałaś na koniec, wydaje mi się kluczowe. Że dobór terapeuty jest tak samo ważny jak samo połączenie tych dwóch rzeczy. Bo ja mogę robić najpiękniejszy rytuał przed każdą sesją i wchodzić na nią z jakimś ładunkiem emocjonalnym, ale jeśli terapeuta natychmiast to rozbroi jakimś chłodnym 'skupmy się na faktach', to ta praca idzie w dół.
no ale ukrywanie czegoś przed terapeutą to chyba dość duży problem samo w sobie? jak masz ukrywać część swojego życia przed kimś, kto ma ci pomagać to rozgryźć
To ciekawe rozróżnienie między tym, co wymaga uzasadnienia, a tym, co nie. Bo terapia w dużej mierze działa przez werbalizację, nazywanie, stawianie hipotez. A rytuał jest często pre-językowy, działa zanim coś zdążysz nazwać. Może dlatego warto je mieć razem, ale osobno.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam pytanie trochę z boku. Czy ktoś kiedyś próbował zrobić rytuał właśnie przed sesją terapeutyczną, jako takie przygotowanie? I jak to wyglądało?
ale czy to nie mógłby być po prostu efekt wyciszenia? tak samo można by wypić herbatę w ciszy przez godzinę i mieć to samo
Tylko że intencja jest w głowie, nie w rytuale. Rytuał jest jej nośnikiem, formą. Można mieć tę samą intencję siedząc przy herbacie. Pytanie, czy forma pomaga tę intencję utrwalić, uczynić ją bardziej realną dla własnego umysłu. I myślę, że tak, ale to nie magia tkwi w przedmiotach, tylko w tym, co z nimi robimy wewnętrznie.
I tu właśnie, moim zdaniem, rytuał i terapia mają wspólny mianownik. Obie rzeczy tworzą strukturę dla czegoś, co normalnie jest nieuchwytne. Terapia robi to przez regularność spotkań, przez kontrakt, przez pytania. Rytuał robi to przez formę, przedmioty, powtarzalność gestów. Efekt jest podobny, drogi różne.
A czy ktoś zastanawiał się, czy istnieje coś, przy czym terapia zawodzi, a rytuał nie? Albo odwrotnie? Bo dotychczas mówiliśmy głównie o uzupełnianiu, ale może są obszary, gdzie jedno jest po prostu lepsze od drugiego.
ale co konkretnie rozumiecie przez to symboliczne pożegnanie? bo słyszę ten zwrot po raz któryś i za każdym razem coś innego mam w głowie
I tu się zastanawiam, czy ta różnica w nazewnictwie w ogóle ma znaczenie praktyczne. Jeśli efekt jest ten sam, spalony list to spalony list, to czy to, że jeden człowiek nazwie to rytuałem, a drugi techniką terapeutyczną, cokolwiek zmienia?
dokładnie to samo mam z runami. kiedy układam je mechanicznie, bo 'tak się robi', to nic z tego nie wyciągam. kiedy wchodzę w to z jakimś nastawieniem, nawet nieuświadomionym, to jest zupełnie inna rozmowa z tym, co leży przede mną
a nie jest tak samo z terapią? że raz idziesz z przekonaniem, raz ciągniesz się tam bez wiary w cokolwiek, a i tak coś z tego wychodzi po kilku miesiącach?
no właśnie, jakbym się zastanowiła nad swoimi sesjami to chyba te na które szłam bez żadnych oczekiwań czasem coś bardziej ruszyły niż te gdzie byłam nastawiona że 'dziś coś przepracuję'
Ale wracając do tego, co Jagienka pisała o żałobie po związku, mam wrażenie, że rytuał działa też przez czas. To znaczy, że wykonanie czegoś zajmuje kwadrans, pół godziny. I przez ten czas jesteś przy tej jednej sprawie. Terapia to robi przez regularne spotkania rozłożone na miesiące. Rytuał potrafi skondensować ten czas. Nie wiem, czy to lepsze, ale inne.
A czy to nie jest ryzykowne? Bo jeśli kondensuje się coś trudnego zbyt szybko, to można to sobie nieźle nakręcić, nie? Znam sytuacje, kiedy ktoś zrobił rytuał zamknięcia i zamiast zamknięcia miał spiralę przez tydzień.
a czy jest jakiś sposób żeby się przed tym zabezpieczyć jeśli nie masz akurat terapeuty? bo nie wszyscy mają stały dostęp do kogoś
to brzmi jak dobra zasada ogólna, nie tylko przy rytuałach miłosnych. nie rób czegoś, co może cię emocjonalnie poruszyć, kiedy jesteś całkowicie sama bez żadnego zaplecza
mnie zastanawia jeszcze jedno bo nikomu sie to nie przewineło, mianowice czy kamienie mogą tu wspomagać te połączenie? bo mam wrażenie że przy emocjach po rozstaniu różaniec albo nawet sam kamień trzymany w dłoni podczas sesji działa jak jakiś stabilizator i to nie jest tylko placebo bo to ma też swoje uzasadnienie w litoterapii
o kamieniach to troche szerzej powiem bo to mnie blisko, przy rozstaniu trzymałam przez długi czas różaniec z obsydianu i to nie był żaden rytuał miłosny per se, ale ten kamień był ze mną na sesjach, przy zasypianiu, przy płakaniu i miał już takie naładowanie emocją że sama jego obecność coś dawała. nie wiem jak to wytłumaczyć terapeutycznie ale działało
To mi przypomina coś z podejścia somatycznego, gdzie właśnie praca z ciałem i z obiektem fizycznym jest celowo włączana do procesu. Levine w Somatic Experiencing mówi o zasobach i jednym z nich może być właśnie przedmiot, który daje poczucie zakotwiczenia. Więc to co zrobiłaś intuicyjnie jest czymś, co niektórzy terapeuci robią metodycznie.
ale czy to nie sprowadza całą magię do psychologii? bo jeśli kamień działa bo jest kotwicą, a nie dlatego że ma właściwości energetyczne, to właściwie co z tą całą litoterapią?
I tu wracamy trochę do tego, o czym była mowa wcześniej w wątku, że rama którą zakładasz zmienia doświadczenie. Jeśli traktujesz kamień jako kotwicę psychologiczną, to prawie na pewno zaczniesz go używać inaczej niż kiedy traktujesz go jako obiekt z własną energią. Nie wiem, które podejście daje głębszy efekt, ale wydaje mi się, że rytualne ma w sobie więcej... dostojeństwa? Nie wiem jak to ująć, ale robienie czegoś w ramach tradycji daje inne poczucie wagi.
