Zastanawiam się ostatnio nad czymś, o czym rzadko się tu mówi otwarcie. Chodzi mi o to, czy rytuał miłosny i jednoczesna praca z psychologiem to w ogóle ma sens jako połączenie, czy jedno wyklucza drugie. Pytam, bo znam kilka osób, które robiły rytuały w trakcie terapii i za każdym razem wychodziło z tego coś innego niż się spodziewały. Nie mówię, że złego, po prostu innego. Ciekawi mnie, co wy na to myślicie, bo jakoś nigdy nie widziałam, żeby ktoś to potraktował poważnie jako temat do rozmowy.
No właśnie, bo zazwyczaj te dwa światy stoją po przeciwnych stronach i żaden z nich nie chce przyznać, że ten drugi też coś robi. Ja miałam taką sytuację, że robiłam prosty rytuał na otwarcie serca i w tym samym czasie chodziłam na terapię po rozstaniu. Terapeutka nie wiedziała o rytuale, bo po co jej mówić. I naprawdę nie wiem do dziś, co bardziej pomogło, czy regularne rozmowy o tym, co czuję, czy te piątkowe wieczory z różową świecą i zapisywaniem intencji. Albo jedno i drugie razem jakoś to popchnęło.
A w ogóle powiedziałaś tej terapeutce, że to robisz? Bo mnie ciekawi, jak psychologowie reagują, kiedy klient im powie coś takiego. Wyobrażam sobie, że część z nich po prostu to zbywa albo ostrożnie zmienia temat.
To jest właśnie ten problem, że ludzie traktują te dwie rzeczy jak coś, co się wzajemnie wstydzi. Tymczasem z tego, co wiem, są psychologowie, szczególnie ci pracujący w nurcie transpersonalnym albo Jungowskim, którzy zupełnie inaczej patrzą na rytuały. Dla nich rytuał może być formą pracy z symbolem, z archetypem, z tym, czego słowami powiedzieć nie można. Jung sam pisał dużo o tym, że psychika potrzebuje ceremonii, że bez jakiejś formy rytuału człowiek traci kontakt z głębszymi warstwami siebie.
Ja myślę, że tu nie chodzi nawet o to, czy terapeuta jest otwarty na ezoterykę, tylko o to, co sam rytuał robi z człowiekiem od środka. Bo jak robisz rytuał serio, to przez kilka dni jesteś jakoś inaczej ustawiona wewnętrznie. Bardziej skupiona na tym, czego chcesz. Bardziej uważna. I to może samo w sobie działać na terapię, niezależnie od tego, czy terapeuta w ogóle wie o rytuale.
Dobra, ale konkretnie, bo trochę mi się to wszystko rozmywa. Czy ktoś tu robił rytuał miłosny w trakcie terapii i widzi jakiś konkretny efekt? Bo to brzmi ładnie jako teoria, ale chciałabym wiedzieć, jak to wygląda w praktyce.
Czytam to i nie do końca rozumiem, jak rytuał miłosny może cokolwiek zrobić z terapią. Czy nie chodzi po prostu o placebo? Wierzysz, że coś się zmieni, więc zachowujesz się jakby się zmieniło i w końcu się zmienia. Nie mówię tego złośliwie, po prostu pytam.
Tylko że sprowadzanie rytuału do placebo to jest uproszczenie, które irytuje mnie od lat. Bo wtedy tym samym argumentem możesz sprowadzić modlitwę, medytację, afirmacje i połowę pracy w nurcie ACT do placebo. Kwestia tego, przez jaką siatkę pojęciową patrzysz. Placebo jest terminem z medycyny, a my tu rozmawiamy o czymś innym. Rytuał działa na poziomie symbolicznym i emocjonalnym, a te poziomy są w terapii bardzo poważnie traktowane, tylko innymi słowami.
I tu dochodzimy do sedna, bo rytuał miłosny, szczególnie ten dobrze przygotowany, nie jest tylko o wypowiedzeniu intencji i zapaleniu świecy. On ma strukturę, która bardzo przypomina pewne techniki terapeutyczne. Masz etap oczyszczenia, czyli coś w rodzaju pracy z tym, co blokuje. Masz skupienie intencji, czyli pracę z celem i wyobraźnią. Masz zamknięcie, które jest jakąś formą puszczenia, oddania tego, co zrobiłaś. To jest naprawdę blisko tego, co robi się w pewnych podejściach terapeutycznych, tylko język jest zupełnie inny.
Niekoniecznie dublują, bo działają na inne warstwy. Terapia pracuje z tym, co możesz zwerbalizować, z narracją, z przekonaniami, które możesz nazwać. Rytuał dociera tam, gdzie słowa nie dochodzą. Przez zmysły, przez gest, przez zapach, przez czas poświęcony tylko na jedno. Ktoś kiedyś powiedział mi, że rytuał to modlitwa ciała, a nie umysłu. I coś w tym jest.
Ale czy nie ma ryzyka, że robiąc oba naraz, możesz w którymś momencie wpaść w konflikt między nimi? Bo terapia może wyciągać rzeczy, które akurat w rytuale próbujesz zamknąć albo wzmocnić. Nie wiem, czy to ma sens, co piszę, ale zastanawiam się, czy to może nie być destabilizujące.
Ja miałam chyba coś takiego u siebie. Robiłam rytual na powrut do relacji i jednoczesnie miałam sesje, na których coraz bardziej widziałam że ta relacja była dla mnie niezdrowa. Takie dziwne rozdwojenie. Rytuał jakby odpowiadał na to co chciałam, a terapeuta pomagał zobaczyć to czego nie chciałam widzieć. I sama nie wiem co było lepsze, bo skończyłam i terapię i rytuał, i po prostu zaczęłam żyć inaczej.
Czytam was i mam takie pytanie, bo sama nigdy nie próbowałam łączyć tych dwóch rzeczy. Czy psycholog wie zazwyczaj o rytuale, czy ludzie to ukrywają? Bo z tego co Lawendowa pisała wyżej, to ukrywają. Ale czy nie byłoby sensu mieć kogoś, kto to widzi całościowo? Chociaż nie wyobrażam sobie jak znalesc takiego terapeuty co to rozumie i nie patrzy dziwnie.
To ukrywanie, o którym mówicie, ma jeszcze jeden wymiar. Często robimy rytuał właśnie dlatego, że słowa nie wystarczają. I potem mamy iść do terapeuty i te doświadczenia opowiedzieć słowami. Coś się w tym przekładzie traci. To trochę jak tłumaczenie wiersza dosłownie, wychodzi poprawnie, ale z inną energią.
Ja miałam taką sytuacje że wzmiankaam o świecach i intencjach przy terapeutce i ona zapytała, czy to dla mnie coś religijnego. Powiedziałam że nie do końca, raczej taka praktyka uważności. I jakoś tak to przeszło bez oceniania. Nie wiem czy bym powiedziała wprost że to byl rytuał miłosny, ale to lekkie otwarcie tematu już coś dało.
Właśnie o tym myślę, czytając wasze odpowiedzi. Że może ta granica między 'powiedziałam' i 'nie powiedziałam' jest mniej istotna niż to, czy nosisz w sobie oba procesy jednocześnie. Bo jeśli w poniedziałek masz sesję, a w środę robisz rytuał i obie te rzeczy krążą gdzieś w środku, to już są ze sobą w kontakcie, nawet bez twojego udziału.
Dobra, ale mam takie pytanie do całej tej rozmowy: czy ktokolwiek z was poczuł konkretny moment, kiedy coś się zmieniło? Nie jako teoria, że procesy się uzupełniają, tylko dosłownie, siedziałam na sesji albo robiłam rytuał i coś kliknęło?
To jest akurat bardzo ciekawy mechanizm. W psychologii określa się podobne doświadczenia jako 'insight', czyli moment nagłej reorganizacji wewnętrznej. To nie jest efekt stopniowej pracy, to jest skok. I rytuały mogą go wywoływać właśnie dlatego, że działają przez inne kanały niż rozmowa. Angażujesz ciało, zmysły, czas, przestrzeń i coś, co było zablokowane w narracji, może się uwolnić przez gest.
Zastanawiam się, czy nie ma ryzyka, że przez takie przeskakiwanie między rytuałem a terapią możesz się trochę rozmyć. Bo każde z tych podejść ma swoją logikę i swoje wymagania. Terapia prosi cię, żebyś siedziała z trudnym uczuciem, nie uciekała. A rytuał czasem daje ci poczucie sprawczości i działania, kiedy właśnie powinnaś poczekać. Czy to może być w konflikcie?
To co mówiłam wcześniej o rodzaju rytuału, ma swoje konsekwencje właśnie tutaj. Jeśli rytuał jest nastawiony na kontrolę, na przyciągnięcie konkretnej osoby, konkretnego wyniku, to wchodzisz w napięcie z tym, czego terapia często wymaga. Terapia rzadko kiedy mówi ci 'skup się na celu'. Ona raczej mówi 'zostań z tym, co jest'. Więc zanim ktokolwiek powie, że te dwa podejścia się uzupełniają, powinniśmy dopytać, o jakim rytuале w ogóle mówimy.
No ale właśnie to ciekawe, bo ja byłam przekonana, że rytuały miłosne to prawie zawsze ta kategoria 'chcę żeby coś się stało'. I dopiero ta rozmowa mi uświadamia, że mam takie wąskie myślenie o tym. Że rytuał miłosny może być też o czymś zupełnie innym, na przykład o tym, żeby samej siebie nie blokować w relacji.
Ale to nie jest trochę wymijające? Bo ludzie idą na rytuały miłosne właśnie dlatego, że chcą konkretnego efektu. Jak im powiesz, że powinni skupić się na sobie, a nie na celu, to większość pójdzie gdzie indziej. Pytam szczerze, bo mnie zawsze bardziej ciągnęło do tych 'zrób coś, żeby coś się wydarzyło'.
Mam pytanie, bo trochę się gubię w tej rozmowie. Czy wy mówicie o rytuałach miłosnych jako o czymś, co ma zmieniać ciebie, czy as o czymś, co ma zmieniać sytuację? Bo mam wrażenie, że rozmawiacie o dwóch różnych rzeczach jednocześnie i to mnie trochę dezorientuje.
Dobra, ale trochę się zgubiłam. Ta rozmowa jest bardzo teoretyczna. Czy ktoś mógłby powiedzieć konkretnie, czy było tak, że rytuał i terapia naprawdę razem coś dały? Nie teoria, nie warstwy, tylko że to działa razem. Bo czytam i czytam i nadal nie wiem, czy to ma sens w praktyce.
Myślę, że warto też zaznaczyć, że 'terapia i rytuał razem działają' to nie jest twierdzenie, które daje się udowodnić ani obalić. To jest bardziej opis tego, co dzieje się w człowieku, który akurat robi oba. I to nie jest zarzut wobec tej rozmowy, tylko obserwacja, że szukamy tu czegoś innego niż dowód. Szukamy sensu, może języka, żeby opisać coś, co trudno ująć w jedno słowo.
ale ten przełącznik może też ruszyć np. trudna rozmowa z kimś bliskim, albo zwykłe przemęczenie, nie? pytam bo trochę zbyt łatwo przypisujemy tu sprawstwo rytuałowi, jak są inne opcje
Ale to jest problem, który mają też naukowcy. Izolowanie zmiennych w ludzkim życiu jest prawie niemożliwe. Terapia trwa miesiącami, życie się zmienia, relacje się zmieniają. Skąd terapeuta wie, że to terapia, a nie nowa praca, albo że stara trauma sama się przetworzyła? Tu nie chodzi tylko o rytuały, cała psychologia ma ten problem.
