Zastanawiam się nad czymś od jakiegoś czasu i nie wiem czy dobrze to rozumiem. Chodzi mi o to, czy rytuał miłosny może jakoś działać na uczucia, które już były - znaczy, nie na przyszłość, tylko żeby coś co było dawniej, np. że ktoś kiedyś coś czuł ale przestał, mogło być... nie wiem jak to ująć... przywrócone? Ale nie chodzi mi o przyciąganie na nowo, tylko bardziej o to czy rytuał może cofnąć się do momentu kiedy to uczucie istniało i stamtąd działać. Może głupio to brzmi ale czytałem coś o nieliniowości czasu w magii i mnie to zainteresowało.
To nie brzmi głupio, to jest całkiem konkretne pytanie, tylko trudne do jednoznacznej odpowiedzi. Spotkałam się z koncepcją retroaktywnej intencji - to nie jest coś wymyślonego, pisał o tym m.in. Dean Radin w kontekście badań parapsychologicznych, że intencja może wpływać na zdarzenia, które już zaszły, przynajmniej na poziomie kwantowym. Ale czy to się przekłada na rytuały miłosne to już inna kwestia. Masz jakiś konkretny kontekst? Bo to ważne czy mówisz o uczuciach wygasłych naturalnie, czy np. zerwanych gwałtownie.
Retroaktywna intencja to jedno, ale moim zdaniem w rytuałach miłosnych to trochę inaczej działa. Jeżeli energia uczucia kiedyś istniała, to ona nie znika całkowicie - zostaje w polu morfogenetycznym. Rytuał może to pole pobudzić. Zrobiłem coś podobnego raz z różą i fotografią, i właśnie chodziło o reaktywację, nie o tworzenie nowego. Znaczy, pytanie czy to zadziałało jest osobne, ale intencja była właśnie taka - cofnięcie się do punktu, gdzie uczucie było żywe.
Ciekawe ujęcie z tym zasłonięciem. Ale chcę zapytać o jedną rzecz - skąd wiesz, że to były zewnętrzne okoliczności, a nie wewnętrzna decyzja tej osoby? Bo to kluczowe dla całej tej rozmowy. Jeśli uczucie rzeczywiście zostało stłumione przez coś z zewnątrz, to jest inna sytuacja niż gdyby po prostu wygasło. Nie mówię tego złośliwie, tylko że ta diagnoza jest punktem wyjścia do wszystkiego.
Przepraszam że się wtrącę, bo czytam i nie wszystko rozumiem. To pole morfogenetyczne co Bronek pisał - to jest coś z biologii? Czy to jest pojęcie magiczne? Pytam bo słyszałam różne rzeczy i nie wiem czy to to samo.
Pole morfogenetyczne to dobra analogia ale bym nie mieszał Sheldrake'a z praktyką rytualną zbyt dosłownie. On sam by pewnie protestował. W tradycjach, które znam, wsteczne działanie rytuału jest opisywane inaczej - jako praca z czasem linearnym kontra sakralnym. Czas sakralny jest cykliczny, nie ma w nim przeszłości i przyszłości w naszym sensie. Więc rytuał wykonany teraz nie cofа się do przeszłości - on spotyka się z tamtym momentem w innej warstwie, gdzie oba istnieją jednocześnie.
Dobra ale praktycznie to jak miałoby wyglądać? Czy jest jakiś konkretny sposób żeby to zrobić, że rytuał celuje w przeszłość? Bo teoria jest OK ale co z praktyką.
Czytam od początku i mam pytanie może trochę z innej strony - czy w ogóle takie działanie wstecz nie jest etycznie wątpliwe? Znaczy, retroaktywne zmienianie tego co ktoś czuł albo czuje - czy to nie jest ingerencja bez zgody? Nie jestem przeciwny rytuałom per se, tylko właśnie ta 'wsteczność' mnie tu zatrzymuje.
Szczerze mówiąc ciężko to rozróżnić z zewnątrz i często nawet od środka. Jedną z metod jest obserwacja - czy po kontakcie ta osoba sprawia wrażenie jakby chciała, ale coś ją blokuje, czy raczej jest obojętna i zamknięta z wyboru. To oczywiście nie jest pewnik, ale daje jakiś sygnał. Drugi sposób to praca z kartami albo inną formą wglądu, żeby zobaczyć co stoi za tą sytuacją - nie jako wyrocznia, tylko jako lustro.
Przepraszam, dołączam bo temat mnie zaciekawił. Czy jak ktoś mówi o rytuałach skierowanych na przeszłość, to chodzi o to że wykonuje się je inaczej niż zwykłe rytuały? Czy jest jakaś różnica w tym jak się to robi?
Mnie w tym wszystkim najbardziej ciekawi kwestia tego, czy uczucie które kiedyś było naprawdę można 'dosięgnąć' rytuałem, czy raczej rytuał pomaga nam samym zmienić nasze nastawienie do tamtej osoby i sytuacji - i to pośrednio wpływa na relację. Bo te dwie rzeczy są bardzo różne.
To co opisujesz - nie zimna, ale nie wylewna - brzmi jak ktoś, kto jest ostrożny albo zraniony, niekoniecznie obojętny. Ale to wciąż tylko interpretacja z zewnątrz. Jedyne co możesz zrobić to dać tej osobie jakiś sygnał i obserwować reakcję, nie na siłę, po prostu drobny kontakt. Reakcja na impuls wiele mówi.
Właśnie to mnie zawsze trochę boli w tych rozmowach o astrologii i rytuałach razem - że ktoś zaczyna szukać idealnego okienka zamiast po prostu działać. Nie mówię że timing jest bez znaczenia, ale znam ludzi co czekali na idealny moment latami. Nic z tego nie wyszło, bo czekanie samo w sobie staje się rytuałem na stanie w miejscu.
To jest chyba mój problem. Nie wiem czy pamiętam to dokładnie czy sobie to upiększam. Byliśmy razem dosyć krótko i teraz wydaje mi się że było między nami coś wyjątkowego, ale może po prostu tęsknię za tym że coś się zaczęło i się urwało. Jak to w ogóle odróżnić od siebie?
Czytam od dłuższego czasu i mam takie pytanie - czy w ogóle ktoś tutaj robił rytuał który miał działać wstecznie i ma jakieś obserwacje jak to potem poszło? Bo dużo teorii, ale ciekawi mnie praktyka.
Ja mam podobne wątpliwości co Wezuwianit. Mam wrażenie że jeśli coś się zmienia po rytuałe, to i tak nie wiem czy to przez rytuał. Ale z drugiej strony - jak robiłam pewne rzeczy bez żadnej intencji, to nic się nie działo. Może samo skupienie uwagi na czymś coś zmienia, niezależnie od tego czy to 'magia' czy nie?
No ale jeśli to jest tylko kwestia uwagi i psychologii, to po co w ogóle rytuał? Można po prostu pomyśleć o tej osobie i tyle. Co rytuał dodaje czego zwykłe myślenie nie daje?
Bo jak siedzę i myślę o kimś, to moje myśli skaczą po wszystkim - po tym co powiedział, co zrobiłem źle, co mogłoby być inaczej. Rytuał wymusza jakiś konkretny kierunek. Zapalasz świecę, piszesz coś, trzymasz się jednej intencji przez te kilka minut. To inne skupienie niż zwykłe rozmyślanie.
To co opisujesz brzmi bardziej jak rytuał zamknięcia niż rytuał miłosny. I myślę że to uczciwe podejście. Dużo osób przychodzi z podobnym - nie chcą cofnąć czasu, chcą przestać nosić ten moment w sobie. To jest coś zupełnie innego.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam takie wrażenie że w połowie dyskusji zaczęliśmy mówić o czymś innym niż na początku. Tytuł mówi o rytuałach miłosnych działających wstecz, a teraz gadamy o domknięciu dla siebie. To jest w ogóle wciąż ten sam temat?
Mam pytanie do bardziej ogarniętyh 🙂 - jak to jest z tą przeszłością w ogóle w rytuałach? Chodzi mi o to czy jest jakiś sensowny mechanizm który za tym stoi, czy to tylko intencja i psychologia o której tu mówicie?
Ale czy to nie jest właśnie ta sama rzecz tylko opisana inaczej? Zmiana wspomnienia i 'zostawienie czegoś' w momencie - to chyba działa przez ten sam mechanizm w głowie, nie?
Dobra, ale wróćmy do Korneliusza bo mi się wydaje że on czeka na jakieś konkretne wskazówki. Czy ktoś może mu powiedzieć - jak takie coś zrobić praktycznie? Nie teoretycznie, bo teorii tu było już dużo, ale właśnie - co, kiedy, jak?
No właśnie, nie śpię z tym tematem od dłuższego czasu. Czytam co piszecie i dużo mi się w głowie układa. Ale faktycznie - praktycznie to jak miałoby wyglądać? Mam jakiś konkretny moment na myśli, jakieś miejsce gdzie to się stało. Czy mam skupić się na tym miejscu czy na osobie czy na sobie?
Ten wątek o konsekwencjach jest ważny. W tradycji Chaosu jest coś co się nazywa 'lust for result' - zbytnie przywiązanie do efektu niszczy rytuał. Ale jest też coś szerszego: czym bardziej intencja jest skupiona na sobie i swoim przeżyciu, tym rzadziej masz nieprzewidziane efekty uboczne. Praca z własną przeszłością jest bezpieczniejsza właśnie dlatego.
Tylko że taki sam efekt możesz mieć po zwykłej terapii albo nawet po dobrej rozmowie z przyjacielem. Jak odróżnić że to był rytuał a nie po prostu czas i przetwarzanie?
Mnie ta rozmowa bardzo dużo daje, serio. Ale mam jedno pytanie do Edka i Placydy - wy oboje mówicie o doświadczeniu, ale nigdy nie mówicie wprost czy sami robiliście coś takiego. Czy to doświadczenie osobiste czy bardziej z obserwacji innych?
