No i tu jest właśnie ten problem że my w eszoteryce bardzo często chcemy żeby to działało jak apteka — wrzucisz składniki, dostajesz wynik. A tak nie działa. Przynajmniej w mojej praktyce to jest bardziej jak... nastawianie się na pewną częstotliwość. Jak radio. Albo złapiesz sygnał albo nie, ale nie ma prostego 'dlaczego'.
Ja zawsze uważałam że drżenie rąk to jeden z takich sygnałów. Nie z nerwów, to jest inne — bardziej wibracyjne. I to się pojawia raczej przy rytualach które potem coś dają, niż przy tych gdzie nic się nie dzieje. Choć jak Teofilka by powiedziała, to może być kwestia tego że jak drżą ręce to byłam skupiona, nie że to przyczyna efektu.
O Fabianek, to jest takie proste i takie... no nie wiem, rozbrajające? Czyli rytuał może działać przez zmianę mnie, nie przez jakiś bezpośredni wpływ na inną osobę. I wtedy te sygnały ciała są wskaźnikiem głębokości tej zmiany we mnie. Czy dobrze łapię?
No ale tu jest pytanie które mnie nie odpuszcza — jeśli rytuał działa głównie przez zmianę mnie, to czy intencja skierowana na konkretną osobę ma w ogóle znaczenie? Czy mogę zrobić dokładnie to samo bez myślenia o niej i efekt będzie identyczny?
Jest taki termin w psychofizjologii — 'interocepcja', czyli zdolność do odczuwania stanów wewnętrznych ciała. I ludzie się bardzo różnią pod tym kątem. Część osób ma wysoką interocepcję i naprawdę czuje subtelne różnice w oddechu, tętnie, napięciu mięśni. Inni tego nie czują prawie wcale. Więc zanim ktoś zacznie interpretować sygnały ciała jako wskaźniki czegokolwiek, warto wiedzieć do której grupy należy.
Ojej, to zupełnie zmienia jak patrzę na własne doświadczenia. Bo ja na przykład bardzo żywo czuję różne rzeczy w ciele, ale teraz zastanawiam się czy to nie jest właśnie ta interocepcja, a nie żaden sygnał rytuału. Jak to w ogóle rozróżnić?
Ja akurat prowadziłam taki nieformalny dziennik przez kilka miesięcy. Zapisywałam co czułam fizycznie, kiedy i przy jakim elemencie rytuału. I rzeczywiście zaczęłam widzieć wzorce. Na przykład napięcie w okolicach mostka pojawia się mi prawie zawsze przy pracy z intencją, a przy samym przygotowaniu przestrzeni nie. Nie wiem co to znaczy, ale jest powtarzalne.
A po co w ogóle takie skomplikowane analizy? Serio pytam. Jeśli coś czujesz i potem coś się dzieje, to jest jakaś informacja. Może nie naukowy dowód, ale coś. Czy naprawdę trzeba metodologii badań żeby zaufać własnym odczuciom?
Mnie te wszystkie argumenty o błędach poznawczych zawsze trochę irytują, bo tak samo można podważyć każde subiektywne doświadczenie. Jak mi jest smutno to też nie mam 'dowodu' na smutek w sensie naukowym. A jednak nikt mi nie mówi że to apofenia. Odczucia ciała podczas rytuału są równie realne jak każde inne odczucie ciała.
To mnie zastanawia — bo w medytacji metta, o której wspominałam wcześniej, te odczucia ciała też są realne i też są po części interpretowane jako sygnał 'połączenia' z inną osobą. I tam jest podobny problem — czujesz coś, ale nie wiesz czy to twój stan czy faktycznie coś się zmienia u tamtej osoby. Może cała praca z intencją skierowaną na kogoś ma właśnie ten wspólny mianownik niezależnie od tradycji?
No właśnie, to jest chyba kluczowe pytanie w tym wątku — czy to co czujemy podczas rytuału miłosnego jest specyficzne dla tego rytuału, czy to jest po prostu właściwość każdej praktyki skupionej na osobie? Bo jeśli tak, to biofeedback nie mówi nam nic o 'działaniu' rytuału, tylko o tym że jesteśmy skupieni. I to wcale nie deprecjonuje doświadczenia, ale zmienia co z niego wynika.
No i tu wracamy do pytania które kręci się w tym wątku od początku — co właściwie miałoby oznaczać 'działanie' rytuału? Jeśli przyjmiemy że rytuał działa przez zmianę własnego stanu, to sygnał ciała jest jak najbardziej wskaźnikiem. Jeśli zakładamy że chodzi o wpływ na inną osobę, to ciało nic ci nie powie, bo nie masz dostępu do jej fizjologii.
Właśnie ta druga opcja mnie interesuje bardziej. Nie chodzi mi o to żebym sama czuła się lepiej po rytuale, tylko żeby coś zmieniło się między mną a tą konkretną osobą. I zastanawiam się czy w ogóle istnieje jakiś sygnał który mógłby mi o tym powiedzieć.
To jest uczciwe postawienie sprawy i dobrze że to mówisz wprost. Bo jeśli pytasz o sygnał wskazujący na zmianę w drugiej osobie — to biofeedback twojego ciała nie jest tym sygnałem. Twoje tętno i oddech mówią ci o twoim stanie, nie o stanie kogoś innego. Jedyne co mogłoby teoretycznie wskazywać na 'coś' to zmiany w samym kontakcie z tą osobą po czasie, ale to już nie jest biofeedback w trakcie rytuału.
A jednak większość opisów rytuałów miłosnych w ogóle mówi o jakimś przełomie w odczuciach jako sygnale że 'coś się otworzyło'. To musi skądś pochodzić, ludzie to opisują od lat.
Ja miałam podobnie jak Teofilka z tym 'nieprzychodzieniem' — i zaczęłam się zastanawiać czy to nie jest kwestia dnia, zmęczenia, nastroju, a niekoniecznie samego rytuału. Bo te same działania w różnych stanach dają zupełnie różne efekty ciałem. Kiedyś robiłam coś po trudnym dniu i kompletnie nic nie czułam, a kilka dni później ten sam rytuał i to napięcie w klatce od razu.
No ale właśnie tu jest pytanie — czy 'gotowość' ciała to warunek działania rytuału, czy tylko komfort pracy? Bo jeśli brak odczuć = rytuał nie zadziała, to znaczy że można sobie odmówić sprawczości przez zwykłe zmęczenie. A mi się wydaje że intencja i wiedza jak pracować jest ważniejsza niż to czy masz akurat dobry dzień fizycznie.
A może zamiast szukać dowodów w ciele, po prostu sprawdza się to empirycznie na poziomie wyników? Znaczy robisz rytuał, czekasz, patrzysz co się dzieje. Jeśli regularnie widzisz zbieżność to masz swoje dane.
Próbowałam, wspominałam o tym wcześniej. Mój wniosek był taki że nie ma prostej korelacji 'silne odczucia = lepsszy efekt'. Ale jest coś innego — rytuały przy których byłam bardziej skupiona i spokojniejsza wewnętrznie dawały jakościowo inne wyniki. Bardziej subtelne może, ale trwalsze. Nie wiem czy to zasługa biofeedbacku czy po prostu lepszej pracy intencją.
A co z sytuacją kiedy odczucia ciała są silne ale potem nic się nie zmienia? Pytam bo miałam kilka takich przypadków i nie wiedziałam co z tym zrobić.
Ale właśnie — co to jest ten 'odpowiedni stan skupienia'? Bo to brzmi jak coś co każdy definiuje inaczej. Jedna osoba powie że musi mieć całkowitą ciszę w głowie, inna że musi czuć fizyczne ciepło, jeszcze inna że po prostu wie kiedy jest gotowa. Czy jest jakaś cecha wspólna?
To pytanie ma naprawdę nieoczywistą odpowiedź. W literaturze z zakresu biofeedbacku opisuje się kilka wskaźników które pojawiają się niezależnie od techniki i osoby — obniżenie częstotliwości fal mózgowych w kierunku alfa i theta, zwolnienie oddechu, spadek przewodności skóry. Ale to są wskaźniki relaksacji i koncentracji uwagi, nie wejścia w jakiś 'stan rytualny'. Czyli ciało może ci sygnalizować że jesteś skupiony i spokojny — co jest dobrym warunkiem pracy — ale nic poza tym.
O, o tym ociepleniu rąk to słyszałam przy okazji czegoś zupełnie innego — chyba przy ćwiczeniach z qi? Tam też to było jakimś sygnałem gotowości. Czy to ta sama rzecz czy coś innego?
Mam wrażenie że trochę kręcimy się wokół tego samego problemu od jakiegoś czasu. Ciało mówi nam o sobie. O stanie w którym jesteśmy. Nie mówi nam nic o tym co się dzieje poza nami. I chyba trzeba to po prostu zaakceptować i zobaczyć co z tym zrobić praktycznie, zamiast szukać obejścia.
Czyli finalnie — biofeedback jako wskaźnik efektywności rytuału miłosnego to dead end? Możemy go używać żeby sprawdzić czy jesteśmy w dobrym stanie do pracy, ale nie żeby ocenić czy coś 'wyszło'?
No ale tradycyjne systemy miały jednak pewne znaki potwierdzające. W hoodoo na przykład jest pojęcie 'rootwork signs' — znaki że praca idzie właściwie, i to nie są tylko odczucia wewnętrzne, to też zewnętrzne zbieżności. Ptak który siada na oknie, sen o konkretnej osobie, nagłe znalezienie przedmiotu. Może biofeedback to tylko jeden z kilku kanałów?
Hej, czytam tę dyskusję od dawna i mam głupie pytanie — czy ktoś próbował robić jakiś notatnik gdzie by zapisywał stan ciała przed rytuałem, w trakcie i po, a potem zestawiał z tym co się wydarzyło? Nie jednorazowo, tylko przez dłuższy czas?
