A co jak partner mieszka w innym mieście i nie ma jak razem chodzić do jednego miejsca regularnie? Bo u nas tak właśnie jest, widzimy się co dwa tygodnie i nie ma mowy o systematyczności o której piszecie.
U mnie podobnie zresztą, dlatego mnie to dręczy. Jak się robi coś co ma łączyć dwoje ludzi, a oni są na dwóch końcach Polski i widują się rzadko, to czy te wszystkie przygotowania mają jeszcze sens? Czy może wtedy trzeba zupełnie inaczej do tego podejść, nie wiem - każde u siebie nad swoją wodą tego samego dnia?
Przy relacji na odległość większy ciężar przenosi się na to, co robicie osobno w tym samym czasie. Umawiacie się na konkretną godzinę, każde idzie do swojej wody, swojego drzewa, i robicie to równolegle. To inna logika niż wspólne siedzenie nad jednym strumieniem, ale działa, bo łączy was intencja w tym samym momencie, a nie miejsce.
A co jeśli jedna osoba w to nie wchodzi w ogóle? Bo z opisów Eufemii nie wynika, że partner też siedzi nad rzeką. To chyba zmienia całą sprawę, nie?
Jeśli partner nie wchodzi, to robisz solo i nie udajesz że jest inaczej. Praca na dwie osoby kiedy jedna nie wie albo nie chce, to się nie nazywa już wzmacnianie więzi tylko coś innego, czego ja bym sama nie robiła. Granica jest cienka, ale jest.
Trudne pytanie. Chyba bardziej chodzi mi o to, żeby między nami było mniej tego dystansu który się robi przez te kilometry, żebyśmy się nie oddalili od siebie. Nie chcę żeby on coś konkretnego zrobił, raczej żeby nie wystygło.
To w takim razie pracujesz nad sobą i nad swoją uwagą skierowaną na niego, a nie nad nim. To jest do zrobienia bez jego udziału, bez jego zgody nawet, bo dotyczy ciebie. Siedzisz nad wodą i przyglądasz się temu co czujesz, co pamiętasz, czego brakuje. To zupełnie inna sprawa niż ściąganie kogoś.
U mnie na Podlasiu starsze kobiety nosiły wodę z określonego źródła w buteleczce i miały ją w domu cały rok, dolewały do mycia. Logika była podobna - źródło jest daleko, ale jego cząstka jest blisko. To nie tylko ezoteryka, to też zwykła pamięć ciała, że wracasz myślą do tego miejsca.
To mi się podoba, bo można by zrobić tak że ja przywożę wodę z miejsca u mnie a on ze swojego i każde ma u siebie kawałek tego drugiego. Bez angażowania go w żadne siedzenie czy ciszę, po prostu wymiana czegoś konkretnego. Tylko nie wiem czy to nie jest już zbyt prostackie podejście.
To nie jest dziwactwo, tylko dosyć stara logika - wymiana czegoś materialnego między dwoma miejscami. Tylko nie nazywaj tego rytuałem przy nim, bo wtedy może się spiąć. Po prostu przywieź mu wodę i powiedz że to z twojego ulubionego miejsca. On nie musi wiedzieć co ty z tym robisz u siebie.
Dokładnie tak to czuję, to ma być raczej pamiątka która coś dla mnie znaczy. Tylko jak go zapytać o wodę z jego miejsca, żeby to brzmiało normalnie a nie dziwnie?
Powiedz że chcesz mieć coś od niego w domu, bo za nim tęsknisz i że pomyślałaś o wodzie z rzeki przy której się wychował albo gdzie chodzi pobiegać. To jest prawda, nie musisz dorabiać żadnej ideologii. Mężczyźni zwykle łykają takie rzeczy bez większych pytań, jak to jest opakowane w tęsknotę a nie w teorię.
A skąd właściwie wiadomo że woda przenosi cokolwiek poza wodą? Bo czytam ten wątek i ciągle się zastanawiam czy to nie jest tylko nasza projekcja, że butelka z rzeki to coś więcej niż butelka.
Czyli w sumie to działa jak zdjęcie na biurku, tylko bardziej zaangażowane bo trzeba pojechać i nabrać. Tak to można rozumieć?
Ciekawi mnie czy ktoś próbował tego samego z czymś innym niż woda. Na przykład ziemia, kamień, kawałek kory z drzewa które rośnie u was obojga. Bo woda się wylewa, paruje, a kamień zostaje na długo.
A czy ten rytm dolewania to musi być jakoś regularny, czy po prostu jak się przypomni? Bo ja nie chciałabym wpaść w to że muszę co miesiąc jechać 200 km bo inaczej coś się "rozpadnie", to by mnie bardziej stresowało niż pomagało.
To mnie uspokaja, bo właśnie się nakręcałam że muszę mieć kalendarz z datami dolewek. Wolę raz na pół roku z głową niż co miesiąc z napięciem. A jak ta woda zacznie śmierdzieć po pół roku w słoiku to co wtedy, wylać i nabrać nową czy zostawić?
Jak śmierdzi to wylać do ziemi, najlepiej pod drzewo, i przy następnym wyjeździe nabrać świeżej. Nic się nie zepsuje przez to. Woda stojąca w zamkniętym słoju i tak po jakimś czasie traci klarowność, to normalne. Dorzuć kamyk z tego samego brzegu, on się nie zepsuje.
A co jeśli ta osoba nie wie że ty masz tę wodę u siebie? Czy to ma znaczenie czy obie strony muszą wiedziec że jest taka wymiana? U mnie chłopak pewnie by sie smiał gdyby wiedział co robię.
Właśnie u nas to ma być wspólne, dlatego się tak męczę jak mu to powiedzieć. On nie jest w te klimaty i nie chcę żeby się czuł że go wciągam w coś dziwnego. Z drugiej strony bez jego świadomego udziału to nie ma sensu, sama sobie to przyznam.
A może w ogóle nie nazywać tego rytuałem przed nim? Po prostu "fajny pomysł na pamiątkę z odległości", bez wchodzenia w temat intencji i energii. On się zgodzi na coś sentymentalnego, a ty wiesz dla siebie co to znaczy. Czy to nie jest uczciwsze niż próba tłumaczenia mu czegoś w co nie wierzy?
Tylko że jak mu powie wprost, to on może odmówić bo uzna że to głupie. I wtedy co? Trzeba mieć plan B na taką sytuację, bo nie każdy facet się na to pisze.
Ja bym sprawdziła grunt zanim w ogóle padnie słowo woda. Najpierw rozmowa o tęsknocie, o tym że odległość jest trudna, że chciałabyś mieć coś od niego. Jak on sam zaproponuje że coś przywiezie, to już połowa drogi za tobą. Jak nie zaproponuje, to wtedy ty z wodą.
To jest dobry pomysł, żeby najpierw zobaczyć jak on reaguje na sam temat. Bo może okazać się że on też ma coś takiego w głowie tylko nie umie tego nazwać. A może nie ma, i wtedy będę wiedziała na czym stoję zanim go o cokolwiek poproszę.
Czytam ten wątek od początku i mam pytanie - czy to musi być koniecznie woda z miejsca związanego z dzieciństwem albo bieganiem? Bo może być coś prostszego, na przykład z miejsca gdzie się pierwszy raz spotkaliście?
Miejsce naszego pierwszego spotkania to był park nad Wisłą, więc akurat woda tam jest. Tylko że Wisła to Wisła, trochę mi głupio nabierać z brzegu bo ludzie chodzą i patrzą. Ktoś robił coś takiego w miejscu publicznym i jak sobie z tym radził?
Nikt nie patrzy na osobę która kuca przy wodzie z butelką, bo wszyscy myślą że to ktoś sprząta albo szuka czegoś. Wzięłam kiedyś wodę z jeziorka w parku i nikt nawet głowy nie odwrócił. Bardziej się stresujesz niż jest powodów.
