Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie temat rytuałów robionych z przyrodą - znaczy nie w domu przy świeczce, tylko realnie w lesie, nad wodą, w polu. I zastanawiam się co z tego naprawdę działa, bo internet jest pełen przepisów typu zakop jabłko pod brzozą i czekaj, a wydaje mi się że to nie tak prosto. Mam też pytanie czy ktoś robił takie rzeczy razem z partnerem? Bo to chyba zupełnie inna bajka niż samej.
Też się nad tym zastanawiałam ostatnio, bo ile można palić te różowe świece w sypialni. Tylko że jak czytam te przepisy z lasu, to często są pomieszane różne tradycje - słowiańskie z celtyckimi, do tego coś z hoodoo. I potem nie wiadomo o co właściwie chodzi. Robiłaś coś już z tych rzeczy z przyrodą czy dopiero planujesz?
Robiłem z dziewczyną rytuał nad jeziorem o pełni, taki typowo na pogłębienie tego co już było. Wiązanie wstążek na gałęziach, wrzucanie kamyków do wody z intencją, takie rzeczy. Powiem szczerze że sam moment był mocny, ale czy to magia czy po prostu wspólne przeżycie - tego nie rozsądzę. Coś jednak między nami drgnęło po tym.
Ciekawe co piszesz o tym wspólnym przeżyciu, bo właśnie się zastanawiam czy nie jest tak, że jak dwie osoby siedzą razem w lesie i robią coś poważnie, to już samo to działa, niezależnie od rytuału. Tylko jak wtedy odróżnić jedno od drugiego?
Dla mnie kluczowe jest miejsce, nie składniki. Bo można mieć najlepszy lubczyk i wodę z siedmiu źródeł, ale jak się to robi na zadeptanej polance koło ścieżki rowerowej, to nie ma o czym mówić. Szukam zwykle miejsc gdzie czuć że ludzie tam rzadko zaglądają, gdzie las jest stary. To słychać i widać.
Mam pytanie do osób które robiły rytuały w parze - czy ustalaliście wcześniej dokładnie co robicie krok po kroku, czy bardziej improwizacja? Bo wyobrażam sobie że jak dwie osoby mają nawet lekko inne wyobrażenie o tym co się dzieje, to potem wychodzi chaos.
Wtrącę się trochę z boku, bo czytam i mam pytanie - czy te rzeczy robione w parze to musi być koniecznie nocą, przy pełni i tak dalej, czy można w dzień? Bo mi się wydaje że całe to nocne chodzenie po lesie to jest też po prostu klimat, a niekoniecznie sedno sprawy.
To mnie zaskakuje, bo zawsze myślałam że nocą i już. A jak jest ze świtem konkretnie - to chodzi o sam moment kiedy słońce wychodzi, czy szerzej, taką godzinę graniczną?
Wpadam tu okazjonalnie, bo runy to nie do końca temat o miłości, ale w kontekście przyrody dorzucę jedno - jak robicie cokolwiek z drzewami, to nie traktujcie ich jak rekwizytów. U mnie się to wyklarowało dopiero jak zaczęłam najpierw siedzieć po prostu pod konkretnym drzewem, kilka razy, bez żadnego celu. Potem dopiero cokolwiek robić. Inaczej to jest jakbyś weszła do czyjegoś domu i od razu zaczęła czegoś chcieć.
świt to nie tylko sam moment wyjścia słońca, to szerzej - od pierwszego światła do momentu kiedy słońce jest już całe nad horyzontem. W tradycjach europejskich to się nazywało godziną między psem a wilkiem, taki czas kiedy granice są cieńsze. Konkretnie dla spraw uczuciowych ciekawszy bywa moment tuż przed, kiedy jest jeszcze ciemno ale ptaki już śpiewają.
Czytam to wszystko i mam wrażenie że wy robicie z tego cały projekt na pół roku przygotowań. Czy nie da się tego prościej? Bo jak ktoś chce żeby związek się ułożył to chyba nie musi siedzieć trzy tygodnie pod dębem najpierw.
A co konkretnie się robi w tym okresie przygotowań? Bo dla mnie to brzmi mgliście - siedzenie pod drzewem, czucie miejsca. Ale czy tam się coś konkretnie ćwiczy, czy bardziej po prostu bywa?
Bywanie to też ćwiczenie, choć brzmi banalnie. Chodzi o to żeby twoje ciało zaczęło rozpoznawać miejsce, a miejsce ciebie. Czasem siadam i nic nie robię przez godzinę, czasem mówię na głos co mnie sprowadziło, czasem zostawiam coś drobnego - garść kaszy, łyk wody z butelki. Bez teatralności. Po jakichś pięciu, sześciu wizytach człowiek zaczyna czuć różnicę między byciem tam a byciem gdziekolwiek indziej.
Wracając do rytuałów w parze - chciałam dorzucić jedno spostrzeżenie. U mnie wyszło, że jak partner robi coś z grzeczności to lepiej żeby w ogóle nie uczestniczył fizycznie. Robiłam sama, on wiedział i akceptował, i to działało lepiej niż jakbym go ciągnęła pod drzewo. Bo opór drugiej osoby, nawet ukryty, jest słyszalny.
Pytanie z innej beczki - czy w ogóle te rzeczy z przyrodą działają jak ktoś mieszka w mieście i ma dostęp tylko do parku miejskiego? Bo nie każdy ma las pod nosem, a wszyscy tu piszecie o tych głębokich miejscach gdzie nikt nie chodzi.
Cmentarze do spraw uczuciowych? To brzmi trochę dziwnie, zawsze mi się kojarzyły raczej z innymi sprawami. Można rozwinąć dlaczego akurat one?
Stare cmentarze, zwłaszcza opuszczone albo półzaniedbane, to są miejsca o specyficznej ciszy i bardzo starych drzewach. Nie chodzi o pracę ze zmarłymi w sprawach uczuciowych, broń Boże, tylko o sam charakter miejsca. Ale to nie dla każdego, trzeba mieć z tym dobrze poukładane w głowie i raczej nie polecam tego komuś kto dopiero zaczyna.
To akurat mnie odpycha, nie wyobrażam sobie tam iść z czymś co dotyczy miłości. Wolę zostać przy lesie i wodzie. Mam za to inne pytanie - czy ktoś robił coś przy strumieniu albo nad rzeką? Bo gdzieś czytałam że woda płynąca ma inne właściwości niż stojąca, a sama miałam okazję obserwować że nad rzeką dziwnie się myśli.
Woda płynąca i stojąca to są różne energie, generalnie płynąca jest dobra do puszczania czegoś dalej - intencji, sytuacji którą chcesz wypuścić, próśb które mają iść w świat. Stojąca, jezioro, staw, to bardziej do tego co ma się ustabilizować, pogłębić, zostać. Dlatego do pogłębiania relacji częściej idzie się nad jezioro, a do rozpoczynania czegoś nowego nad rzekę.
To prawda, kiedyś nad jednym potokiem górskim siedziałam i miałam wrażenie że ta woda się ze mnie śmieje, taka była rwąca i niecierpliwa. A nad wolną rzeką na Mazurach było coś zupełnie odwrotnego, jakby czas się rozciągał. Czyli sama woda płynąca to za mało, trzeba patrzeć jaka konkretnie. Tylko jak wybrać do sprawy uczuciowej - szybką czy wolną?
Do spraw uczuciowych raczej wolniejsza, bo szybka woda zmywa wszystko i nie daje sytuacji się zakorzenić. Górskie potoki są dobre jak chcesz coś odciąć albo się czegoś pozbyć, ale jak chcesz coś budować to potrzebujesz czegoś co ma cierpliwość. Stara nizinna rzeka albo strumień który płynie przez łąkę bez pośpiechu - to się lepiej nadaje.
Słuchajcie, a czy ktoś z was łączy to z porami dnia? Bo wcześniej była mowa o świcie, ale przy wodzie chyba też ma znaczenie czy to południe, zmierzch czy noc. Czy nad rzeką w południe w ogóle ma sens cokolwiek robić?
A jak partner ma iść z wami nad tę wodę, to jak go w ogóle do tego przygotować? Bo to nie to samo co las, gdzie można udawać że się po prostu spaceruje. Nad wodą jak siedzicie godzinę w jednym miejscu to widać że coś robicie.
To dobry pomysł z tym kocem, bo wcześniej kombinowałam jak to ogarnąć żeby nie było teatru. A wracając do samego siedzenia we dwoje - czy wtedy się rozmawia, czy lepiej milczeć? Bo nie wiem czy słowa nie psują tego co się ma wydarzyć.
Rozmowa nie psuje jak jest o sprawie, psuje jak ucieka w plotki albo w sprawy codzienne. Jak siedzicie nad wodą i mówicie sobie coś istotnego, czego normalnie byście nie powiedzieli, to woda to bierze i niesie. Cisza też jest dobra, ale niewygodna cisza między ludźmi którzy nie wiedzą o czym milczeć - to już szkodzi. Lepiej rozmawiać prawdziwie niż milczeć ze skrępowania.
A czy mozna isc nad woda samej najpierw, zeby poznac miejsce, a dopiero pozniej z partnerem? Bo czytam to wszystko i mysle ze chyba lepiej najpierw się oswoić zanim sie kogos zabiera.
Czyli najpierw trzy tygodnie pod dębem, potem pięć razy sam nad rzeką, potem dopiero partner. To już mamy dwa miesiące samych przygotowań nim się cokolwiek zacznie. Wy serio tak robicie czy to teoretyczne maksimum?
