To dobrze wiedzieć, bo ja też mam małe mieszkanie i myślałam, że bez osobnego kącika nic mi nie wyjdzie. A wychodzi na to, że można to zrobić w pudełku po butach. Jeszcze jedno mnie ciekawi - czy te zioła na bliskość bez popędu zachowują się tak samo, jak się je zasuszy w domu, czy lepiej kupić gotowe?
Domowe zioła zwykle pracują lepiej, bo masz z nimi już jakąś relację. Sama je zerwałaś, ususzyłaś, dotykałaś. Kupne są neutralne, trzeba je sobie najpierw przyswoić, potrzymać w dłoni, posiedzieć z nimi. To dłuższy proces, ale też się da.
Czyli werbena sama z siebie jest neutralna, a działa tym, czym ją się obłoży? To brzmi jak placebo z dodatkowymi krokami, jeśli mam być szczera.
A wracając do tych małych mieszkań, bo mnie to dalej nurtuje. Jeśli mam ten woreczek z ziołami i kamień w pudełku po butach, to jak często powinnam go wyciągać? Codziennie, raz w tygodniu, czy tylko kiedy mam ochotę?
Na początku częściej, żeby zbudować relację z całym zestawem. Potem rzadziej, kiedy już sama struktura intencji jest stabilna. Nie ma sztywnej reguły, ale jeśli zupełnie zapominasz o pudełku przez miesiąc, to ono przestaje pracować, bo nie ma czego podtrzymywać.
A jak się różni działanie kamienia w torebce od kamienia trzymanego w dłoni podczas medytacji? Bo to chyba nie to samo, prawda?
Mam pytanie trochę z boku. Czytałam, że niektórzy ludzie reagują źle na różowy kwarc, czują się przy nim przygnębieni. Czy to możliwe przy rytuale na bliskość bez popędu, że kamień otworzy coś, czego się nie chce otwierać?
Czytam to wszystko i mam wrażenie, że osoba aseksualna, która chce zrobić taki rytuał, ma trochę więcej pracy przygotowawczej niż przeciętny zainteresowany. Bo musi i intencję oczyścić, i kamienie dobrać ostrożnie, i jeszcze uważać, żeby nie obudzić czegoś, czego nie chce. Czy to nie zniechęca ludzi do próbowania?
No właśnie tego się trochę boję. Że tak się zafiksuję na poprawności, że stracę z oczu sens. A z drugiej strony jak nie mam ramy, to czuję się zagubiona. Jak wy to godzicie?
Najprościej tak, że rama jest tylko na początku. Pierwsze kilka powtórzeń robisz dokładnie, krok po kroku, żeby ciało zapamiętało sekwencję. Potem to wchodzi w nawyk i nie musisz już o tym myśleć, bo ręce same wiedzą, co robić. Dopiero wtedy intencja może się swobodnie rozwijać, bo nie pochłania jej technika.
Trzy miesiące codziennie to dla osoby pracującej i mieszkającej w małym mieszkaniu brzmi jak abstrakcja. Realnie kto ma na to czas i przestrzeń?
To brzmi sensowniej, niż się spodziewałam. Czyli zamiast szukać gotowca, lepiej posiedzieć i napisać własne zdanie? Tylko jak sprawdzić, czy to zdanie dobrze oddaje intencję, jeśli sama nie do końca wiem, jak ją nazwać?
Spróbuj napisać kilka wersji, odłóż na kilka dni, wróć i przeczytaj na głos. Te, które ci się zacinają w gardle albo brzmią sztucznie, odrzucasz. Zostaje jedno albo dwa, które płyną gładko i nie wywołują wewnętrznego oporu. To zwykle te właściwe. Intencja nie musi być precyzyjnie nazwana intelektualnie, ciało wie wcześniej niż głowa.
Słuchajcie, a wracając do tego aseksualnego kontekstu, bo trochę się oddalamy. Czy ta praca z intencją w ogóle różni się przy bliskości bez popędu od tej zwykłej, czy to po prostu inny tekst zdania, a reszta identyczna?
No to teraz mam zagwozdkę, bo większość tekstów, które przeglądałam, jest dokładnie taka, jak mówisz Berkana. Jak ktoś zaczyna pisać własne zdanie, to skąd wie, że nie wpadnie w te same koleiny? Bo te słowa same się cisną na usta, jak się myśli o bliskości.
cisną się, bo tak nas język ustawił. Jak siadasz pisać, zrób sobie najpierw listę słów, których nie chcesz używać, i miej ją obok kartki. Brzmi prymitywnie, ale działa, bo świadomość, że coś jest na czarnej liście, zmienia sposób, w jaki budujesz zdanie.
Ciepło bez ognia brzmi jak oksymoron, ale rozumiem, o co chodzi. Tylko mnie zastanawia jedna rzecz, bo wracam do tej kawalerki. Jak ktoś mieszka z partnerem albo współlokatorem, to gdzie w ogóle się tę intencję ustawia? Bo o samej formule rozmawiamy, a o miejscu jakoś mniej.
Czyli kawałek półki wystarczy? Bo myślałam, że muszę wygospodarować coś większego, a u mnie po prostu nie ma takiej możliwości. Mieszkam z mamą i nie chcę się tłumaczyć z każdej świeczki.
Półka wystarczy, ale nawet ona nie jest konieczna. U niektórych osób kotwicą jest konkretne krzesło albo widok z okna. Chodzi o to, żeby zmysły rozpoznawały, że jesteś w trybie pracy. Może to być nawet zapach, który włączasz tylko wtedy.
Słuchajcie, a głupie pytanie, ale czy taka praca w ogóle ma sens, jeśli ktoś nie wierzy do końca? Bo ja czytam was i mi się to wszystko podoba, ale nie wiem, czy bym umiała robić coś, czego nie ogarniam.
Wiara w sensie ślepej pewności nie jest potrzebna, raczej gotowość, żeby spróbować i zobaczyć, co się dzieje. Jak siadasz z nastawieniem, że to bzdura, to oczywiście nic nie zadziała, bo sama sobie zablokujesz uwagę. Wystarczy ciekawość.
szeptem też działa, byle ruszały się usta. Sam ruch warg dodaje fizyczności, której sama myśl nie ma. Możesz to robić pod nosem, nikt nie usłyszy, a ciało wie, że mówisz.
A wracając jeszcze do tej kwestii bliskości bez popędu, bo mi to chodzi po głowie. Czy w ogóle są jakieś gotowe formuły pisane pod takie relacje, czy każdy musi to sobie wymyślać od zera? Bo wygląda na to, że literatura tego nie obsługuje.
Czyli w sumie można sobie samej coś takiego napisać, byle filtrować pod siebie? Bo ja się boję, że jak sama ułożę formułę, to wyjdzie z tego coś bez ładu i składu.
własna formuła zwykle działa lepiej niż przepisana, bo masz w niej swoje słowa i swój rytm. Tylko zrób to na spokojnie, nie pisz w pięć minut. Dobre jest, jak posiedzisz nad tym kilka wieczorów i dopiero wtedy uznasz, że gotowe.
A jak długa powinna być taka formuła? Bo czytałem gdzieś, że krótsze działają mocniej, ale nie wiem, czy to nie jest mit.
U mnie się sprawdza, jak zamiast liczyć, używam oddechu jako zegara. Powtarzasz na wydechu, na wdechu pauza, i wtedy organizm sam wie, kiedy skończyć. Tylko trzeba mieć w miarę spokojny oddech, bo jak jesteś zdenerwowana, to wszystko się rozjeżdża.
