Mam taki dylemat, że jestem z kimś od kilku lat, uczucia są, ale ostatnio jakby coś przygasło. Myślałam o rytuale na wzmocnienie więzi, ale zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jest trochę oszukiwanie samej siebie. Bo jak coś jest, to powinno samo się ogarnąć, nie? A jak nie ma, to żaden rytuał tego nie zbuduje od zera. Ktoś miał podobnie?
Ja sceptycznie patrzę na takie rzeczy, ale czytałam kiedyś, że jest różnica między rytuałem na konkretną osobę a rytuałem na siebie, na otwarcie serca. Może problem nie w tym, czy rytuał działa, tylko po co go robisz? Jeśli chcesz coś wymusić, bo masz lęk, że odejdzie, to chyba zły moment.
to co opisujesz, to nie jest jeszcze sygnał, że trzeba odpalać rytuały. Każda relacja po jakimś czasie wchodzi w fazę, w której nie ma już tej iskry z początku. Pytanie, czy próbowaliście zwykłych rzeczy - rozmowa, wyjazd we dwoje, terapia par. Magia nie jest skrótem, kiedy zwyczajnie się rozjeżdżacie w codzienności.
Ale jak rozpoznać, że to już jest trzymanie się z przyzwyczajenia, a nie realne uczucie, które po prostu śpi? Bo to chyba jest sedno mojego pytania. Bo gdyby to była tylko inercja, to żaden rytuał mi nie pomoże, tylko przedłuży agonię.
ja bym ci powiedziała, sprawdz to najpierw na kartach, zanim cokolwiek odpalisz. Nie żeby kazać sobie z karet odpowiedz, czy zostać, tylko żeby zobaczyć, co tak naprawde czujesz. Bo czesto wychodzi, że osoba juz dawno wie, tylko nie chce sobie powiedziec.
Ja kiedyś robiłam taki rytuał z dwoma świecami, które się do siebie przysuwało, i powiem szczerze - nic się nie zmieniło. Może źle robiłam, ale potem doszłam do wniosku, że jak coś się rozpada, to się rozpada.
Czytam was i zastanawiam się, czy w takim razie jest w ogóle sens robić rytuały miłosne na osobę, z którą się jest. Bo jeśli są tylko po to, żeby uspokoić siebie, to chyba prościej iść do terapeuty.
A jakie sygnały według was mówią, że to już jest moment, żeby odpuścić i nie kombinować z żadną magią? Bo z waszych wypowiedzi wynika, że jest taki próg, po którym nie ma sensu nic robić.
dla mnie pierwszy sygnał to jest moment, w którym myślisz o tej osobie i czujesz głównie zmęczenie. Nie złość, nie tęsknotę, nie żal - zmęczenie. Złość oznacza, że jeszcze ci zależy. Żal oznacza, że coś żyje. Zmęczenie to już zwijanie obozu. Drugi sygnał - kiedy planujesz przyszłość i automatycznie wycinasz z niej tę osobę, nawet o tym nie myśląc. I trzeci - kiedy rytuał, który robisz, traktujesz jako obowiązek, a nie jako coś, co chcesz zrobić.
A jeśli ktoś jest po prostu zmęczony życiem ogólnie, pracą, dzieciakami, a nie konkretnie relacją? Bo czasem to się trudno rozdziela. Mam koleżankę, która była przekonana, że nie kocha męża, a okazało się, że ma niedoczynność tarczycy i depresję.
U mnie w obserwacjach jest tak, że ludzie mylą tranzyt Saturna z końcem uczucia. Saturn przez siódmy dom potrafi zrobić takie ciężary w relacji, że człowiek myśli, że już nie ma czego ratować, a to po prostu czas próby. Po dwóch latach często wszystko wraca, tylko już bez iluzji. Ale to się musi rozróżnić.
Ciekawe co mówisz o Saturnie, bo ja mam teraz coś takiego w karcie podobno. Sprawdzałam u jednej osoby. Ale jak odróżnić ten ciężar od realnego końca?
Saturn boli, ale uczy. Jeśli z tego ciężaru wychodzą rozmowy, których wcześniej nie było, jeśli oboje mimo wszystko siadacie i próbujecie - to jest praca. Jeśli jedna osoba się wycofuje całkowicie i nie ma w niej żadnej chęci ruszenia tematu, to Saturn tylko uwidacznia to, co już było martwe.
A ja się zastanawiam, czy ktoś z was robił rytuał i potem żałował. Bo ja czasem czytam o ludziach, którzy ściągali kogoś z powrotem i potem nie wiedzieli, co z tym zrobić.
A jak to jest w ogóle z tym, że ktoś robi rytuał, a partner nic nie wie? Bo to mi się zawsze wydawało dziwne etycznie. Jeśli już mamy razem coś budować, to chyba oboje powinni o tym wiedzieć?
A jeśli karty pokazują coś, co mi się nie podoba, to co wtedy? Bo ja się boję, że jak siądę i zobaczę odpowiedź, której nie chcę zobaczyć, to i tak będę próbować to obejść.
I to jest właśnie ten moment, o którym mówiłam wcześniej. Jeśli już z góry wiesz, że odpowiedź ci się nie spodoba i będziesz ją obchodzić, to znaczy, że gdzieś w środku już ją znasz. Karty tu są tylko lustrem. Pytanie nie brzmi "co pokażą", tylko "czy będziesz gotowa to przyjąć".
Czyli wychodzi na to, że żaden rytuał nie zadziała, jeśli sama nie wiem, czego chcę. A jak człowiek już wie, czego chce, to może w ogóle nie potrzebuje rytuału, bo wtedy zaczyna działać konkretnie. Tylko że ta świadomość to jest najtrudniejsza część i tu chyba większość ludzi się zatrzymuje.
I to mnie właśnie zatrzymuje. Bo ja wiem, czego chcę na poziomie emocji - chcę, żeby było jak kiedyś. Tylko że to "jak kiedyś" już nie wróci, nawet jakbym odprawiła nie wiem co. To nie ten sam człowiek i nie ta sama ja.
A da się w ogóle zrobić coś na to, żeby polubić od nowa osobę, którą się już zna na pamięć? Bo to chyba inny mechanizm niż wzmacnianie.
Ja u siebie robiłam coś takiego z lustrem i świecą - siadałam i wymieniałam na głos rzeczy, które w nim widziałam jako pierwsze, kiedy się poznaliśmy. Nie po to, żeby go wywołać, tylko żeby sobie przypomnieć, że ten człowiek to nie tylko stos pretensji i rachunków. Po dwóch tygodniach faktycznie zaczęłam inaczej reagować na jego obecność.
A ja się dalej nie mogę pozbyć tej myśli, że jeśli muszę cokolwiek robić, świecę palić, intencję ustawiać, to znaczy, że coś jest nie tak. Bo jak jest dobrze, to nie ma takiej potrzeby.
U mnie obserwacja jest taka, że ludzie sięgają po rytuały najczęściej w dwóch momentach - albo na samym początku, kiedy chcą przyspieszyć coś, co dopiero kiełkuje, albo w fazie kompletnego rozpadu. W środku, kiedy jest stabilnie, mało kto czuje potrzebę. A tymczasem ta praca w środku ma sens największy.
To trochę pasuje do mojej sytuacji, bo ja właśnie jestem gdzieś w tym środku i nie wiem, czy mi się wydaje, że stoję w miejscu, czy faktycznie stoję. I nie wiem, czy robić cokolwiek, czy zostawić.
Mam to samo. I jeszcze ten lęk, że jak nic nie zrobię, to się obudzę za rok w tym samym miejscu i będę żałować. A jak zrobię, to się obudzę za rok i też będę żałować, tylko z innego powodu.
A ja słyszałem, że jak wątpisz dłużej niż pół roku, to już masz odpowiedź, tylko jej nie chcesz przyjąć. Nie wiem, na ile to prawda, ale coś w tym chyba jest.
A czy to nie jest tak, że jak się siądzie i zacznie analizować każdy taki wyzwalacz, to można sobie wmówić, że problem jest w tobie, a nie w relacji? Bo znam osoby, które tak długo grzebały w sobie, aż przegapiły moment, że partner po prostu był do bani.
