Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam jedno pytanie, które mnie nurtuje od początku - czy jest w ogóle możliwe, że dwie osoby robią rytuał na siebie i żadna z nich nie wchodzi w żadną pętlę? Że po prostu... nic szczególnego się nie dzieje?
A jak to w ogóle wygladag z numerologią? Tzn. czy data wykonania rytuału ma znaczenie przy takim podwójnym? Bo czytałam gdzies że kompatybilność dat osób moze wplyac na efekt ale nie wiem czy to nie bylo jakas bzdura
To jest ciekawe. Czy to znaczy, że w teorii można zaplanować taki wspólny rytualny moment - tzn. wybrać datę, kiedy obie strony są w zbliżonych cyklach? Jeśli obie by wiedziały, że to robią.
Trochę z innej strony - czy ktoś wie, czy istnieje coś w tradycji, np. w jakiejś konkretnej szkole magii, co opisuje dokładnie ten scenariusz? Tzn. podwójny rytuał miłosny jako coś, co ma swoją nazwę albo jest omawiane wprost?
To jest właśnie to, czego nie da się do końca przewidzieć bez kontekstu. Mam na myśli to, że dwa rytuały mogą być skierowane ku temu samemu, ale jeśli każda ze stron ma inne wyobrażenie o tym, jak ten cel ma wyglądać - to już jest rozbieżność. Nie w intencji, ale w obrazie. I to wystarczy, żeby zaczęło się trzeć.
Ale jak w ogóle można mieć świadomość, że coś się trze, a nie po prostu że nie działa? Bo wydaje mi się, że większość ludzi by uznała, że rytuał nie zadziałał, a nie że zadziałały dwa na raz i się wzajemnie blokują.
A wracając do tej naprzemienności - czy ktoś miał to tak, że czuł to fizycznie? Tzn. nie jako interpretację kart czy obserwację z zewnątrz, ale dosłownie jako swoje własne stany? Bo słuchając tej rozmowy zaczynam kojarzyć pewien okres i nie wiem, czy to co opisujecie nie pasuje do czegoś, co u mnie było.
Ja właśnie z tego powodu zaczęłam robić notatki przy każdej relacji, gdzie czułam coś nieoczekiwanego. Nie po to, żeby szukać spisku, ale żeby w ogóle mieć materiał do oceny. I kilka razy wychodził taki wzorzec - nieregularny, ale powtarzalny. Nie umiałam tego wyjaśnić inaczej niż tym, że po drugiej stronie działo się coś, co mnie dotykało bez mojej zgody.
A da się w ogóle chronić przed czymś takim, jeśli się nie wie, że ktoś coś robi? Bo to brzmi trochę przerażająco, że można na kogoś wpłynąć bez jego wiedzy i on nawet nie wie, skąd to przychodzi.
To jest jedno z tych pytań, które nie ma jednej prostej odpowiedzi. Ochrona bez świadomości zagrożenia działa bardziej jak ogólna higiena energetyczna - nie jak tarcza na konkretny atak. Jeśli ktoś regularnie czyści swoją przestrzeń, pracuje z intencją ochronną, ma jakieś zakorzenione praktyki - to jest bardziej odporny. Ale nie nietykalny.
I tu mam małą dygresję do Jozia - pytasz o ochronę bez wiedzy, ale wróćmy na chwilę do tematu wątku. Przy podwójnym rytuale, gdzie obie strony coś robią, sytuacja jest inna. Tam nie ma wyraźnego agresora i ofiary. Są dwie osoby, które obie coś wysyłają. I to jest właśnie ten paradoks - każda 'chroni' siebie, a jednocześnie obie są otwarte, bo chcą dotrzeć do tej drugiej.
Dokładnie tak to rozumiem. I to nie jest kwestia złej woli - intencja może być szczera, ale zabarwiona lękiem, obsesją, potrzebą kontroli. Taka intencja działa inaczej niż intencja z faktycznej chęci bliskości. I jeśli oboje są otwarci, to oboje to poczują.
Czyli to trochę jak mieć punkt odniesienia? Że jak nie wiesz, jak normalnie się czujesz, to nie wiesz też, kiedy coś jest nie twoje?
Właśnie tak. I to jest coś, o czym rzadko się mówi wprost w kontekście rytuałów - że efekty nie zawsze są zewnętrzne. Część z nich zachodzi w samym wykonawcy. Gdy wkładasz w rytuał bardzo intensywną intencję skierowaną na kogoś, otwierasz też kanał w siebie. Nie tylko wysyłasz - stajesz się też bardziej czuły na sygnały od tamtej osoby. Zwłaszcza jeśli ona robi coś podobnego.
Granice personalne to tutaj kluczowe pojęcie. I nie mówię o tym w sensie psychologicznym tylko - mam na myśli dosłownie pole aury, które u różnych osób ma różną gęstość, nazwijmy to. Jedni są naturalnie bardziej szczelni, drudzy bardziej chłonni. To nie jest kwestia woli.
Ja wracam do tego, o czym pisała Ewunia - że oboje są bardziej otwarci. Bo mnie zastanawia, co się dzieje, gdy rytuał robi jedna osoba, a ta druga przypadkowo jest w bardzo dobrym miejscu energetycznie, tzn. spokojna, zakorzeniona, nie szuka. Czy wtedy ten rytuał wogóle jakoś do niej dociera, czy odbija się?
W numerologii jest coś zbliżonego do tej koncepcji - cyfra ścieżki życia pokazuje m.in. podatność na wpływy zewnętrzne. Niektóre liczby naturalnie bardziej się otwierają na innych, inne mają bardzo wyraźny rdzeń własny. Nie twierdzę, że to determinuje wynik rytuału, ale pattern jest tam.
To jest trochę pesymistyczna wersja, nie? Bo z tego wynika, że zanim cokolwiek zrobisz rytualnie, powinieneś i tak wiedzieć, jaki jest wzorzec między wami. A skąd to wiedzieć, jeśli relacja dopiero się zaczyna albo w ogóle jest jednostronna?
A co jeśli oboje robią rytuał, ale żadne z nich nie wie o tym drugim? Tzn. każde działa w przekonaniu, że jest jedyną stroną, która cokolwiek robi. Czy to zmienia coś w tym, jak to działa?
To ciekawe pytanie właśnie dlatego, że zmienia całą dynamikę. Jeśli oboje działają w przekonaniu, że są jedyną stroną - to nie ma świadomej kooperacji, ale energetycznie i tak coś się buduje między nimi. Tylko że bez żadnej synchronizacji. To trochę jak dwie osoby piszące do siebie listy, które się mijają w drodze. Każda odpowiada na wyobrażenie drugiej, nie na to, co ta druga faktycznie wysyła w danej chwili.
I właśnie dlatego ten scenariusz może być bardziej chaotyczny niż gdy jedna strona działa jednostronnie. Przy jednej aktywnej stronie przepływ ma jakiś kierunek. Przy dwóch nieświadomych - masz dwa osobne źródła intencji skierowane na siebie, które mogą się wzmacniać, ale mogą też tworzyć coś w rodzaju zakłócenia. Pytanie tylko, co to zakłócenie robi z emocjami każdego z nich w praktyce.
Czyli te objawy byłyby podobne do tego, co opisywaliście wcześniej przy jednej aktywnej stronie? Tylko mocniejsze? Czy jednak jakościowo inne?
Myślę, że jakościowo inne. Przy jednej stronie masz kierunkowość - jedna osoba nadaje, druga odbiera. Przy dwóch wzajemnych - bez wiedzy o sobie - nie ma żadnego centrum. Oboje nadają i odbierają jednocześnie, ale każde według własnego rytmu i własnej intencji. Efekt może być intensywniejszy, ale też trudniejszy do zrozumienia dla każdej z osób z osobna, bo żadna nie ma pełnego obrazu.
To co opisuje Ewunia pasuje do czegoś, co śledziłam u siebie przez jakiś czas - nie rytualnie, ale przez bardzo silne skupienie na konkretnej osobie. W snach ta osoba pojawiała się prawie każdej nocy, i to nie w sposób przypadkowy - jakby była obecna, nie tylko obecna jako obraz. Nie wiem, czy to był efekt mojego skupienia, czy coś szło też z drugiej strony.
Do tej rozmowy o nieświadomym wzajemnym rytuале - jest jeszcze jeden aspekt, który rzadko się pojawia. Jeśli oboje działają bez wiedzy o sobie, to nie ma żadnego wspólnego symbolu ani punktu kotwiczącego. Każde buduje intencję wokół swojego wyobrażenia drugiej osoby. A wyobrażenie to nie jest ta osoba - to projekcja. Więc technicznie rzecz biorąc, każde z nich może pracować na nieco innym obiekcie, mimo że fizycznie chodzi o to samo.
Poczekajcie - czyli jeśli ktoś robi rytuał na kogoś, kogo zna tylko pobieżnie, to siłą rzeczy działa na projekcję? Bo skąd miałby mieć pełny obraz?
Właściwie tak. I to jest jeden z powodów, dla których rytuały robione na etapie zauroczenia - gdy ktoś kogoś ledwo zna - często nie przynoszą tego, czego się oczekuje. Nie dlatego, że nie działają. Tylko że działają na to, co ktoś sobie wyobraził, nie na realną osobę z jej faktyczną energią i wzorcami. Potem, gdy relacja się rozwija, zderzenie z rzeczywistością bywa zaskakujące.
