Mam pytanie, bo trochę się nad tym głowię od jakiegoś czasu. Ostatnio miałam bardzo trudny okres - praca, rodzina, w głowie totalny chaos - i zastanawiałam się, czy w ogóle ma sens robić rytuał miłosny w takim stanie. Czy nie lepiej poczekać aż się wszystko uspokoi? Bo z jednej strony czytałam, że intencja musi być czysta i skupiona, a z drugiej - no życie nie czeka. Czy ktoś w ogóle próbował robić coś w środku takiego emocjonalnego bałaganu?
To jest akurat dobre pytanie i sama się nad tym kiedyś zastanawiałam. Według mnie stres sam w sobie nie dyskwalifikuje rytuału, ale potrafi go mocno rozprószyć. Jak twoja głowa jest gdzie indziej, to energia idzie gdzie indziej - i tyle. Nie mówię że nie wyjdzie nic, ale intencja to podstawa, a jak jesteś roztrzęsiona, to ciężko ją utrzymać przez cały czas trwania rytuału.
A skąd w ogóle to przekonanie, że stres psuje rytuały? Bo ja rozumiem logikę za tym, ale zastanawiam się czy to nie jest trochę zbyt uproszczone. Rozumiem że skupienie jest ważne, ale człowiek zawsze ma jakiś bagaż emocjonalny. Nikt nie robi rytuałów w stuprocentowym spokoju.
Desperacja to słowo klucz. Widziałam wiele razy jak ludzie przychodzą do rytuałów miłosnych właśnie w momentach największego bólu i to rozumiem, bo w spokoju mało kto by się za to w ogóle brał. Ale jest pewna granica między chcieć a potrzebować za wszelką cenę. Ta druga postawa potrafi wywrócić cały zamysł do góry nogami. Nie dlatego, że 'energia jest zła' - to za duże uproszczenie - ale dlatego, że skupiasz się na braku, a nie na tym, czego chcesz.
Ale zaraz, bo nie do końca rozumiem. Mówicie, że skupiasz się na braku - a to nie jest właśnie normalne? Jak ktoś robi rytuał miłosny, to znaczy że czegoś mu brakuje, prawda? Chce kogoś przyciągnąć albo naprawić relację. Trochę kółko się zamknęło.
To właśnie jest ten moment gdzie teoria o prawie przyciągania zderzą się z praktyką. Różnica jest w tym, skąd wychodzisz. Jedno to 'chcę tej osoby w moim życiu i wierzę, że to możliwe' - a drugie to 'boję się że bez tej osoby nie dam rady'. Emocjonalnie to zupełnie różne punkty startowe, nawet jeśli oba wyglądają jak 'brakuje mi kogoś'. Stres często przesuwa cię właśnie w to drugie miejsce, niekoniecznie świadomie.
Szczerość wobec siebie to chyba najtrudniejsza część całej tej roboty, nie sam rytuał. Jak ktoś pyta mnie przed czymkolwiek - czy to jest magia czy nie - to mówię: zanim zaczniesz cokolwiek robić, usiądź i zadaj sobie pytanie dlaczego naprawdę to chcesz. I posłuchaj pierwszej myśli, a nie tej którą chcesz mieć. Pierwsza jest zwykle prawdziwsza. Nie zawsze ale często.
A może problem w ogóle nie jest w stresie jako takim, tylko w tym co ten stres sygnalizuje? Jak jesteś zestresowana przez coś kompletnie niezwiązanego, to może rytuał rzeczywiście poczekać. Ale jak stres pochodzi właśnie z tej relacji - bo coś się wali, albo czujesz że tracisz kontakt z kimś - to co, masz czekać aż wszystko się jakoś samo ułoży zanim zaczniesz cokolwiek robić?
To jest bardzo trafne rozróżnienie. Stres egzogenny - czyli z zewnątrz, z pracy, z rodziny, ze zdrowia - i stres bezpośrednio związany z tą relacją to dwie różne sytuacje. W tej drugiej sytuacji czekanie może być po prostu biernym poddaniem się temu co się dzieje. Ale i tu jest pułapka: jak działasz ze stanu paniki, bo relacja się sypie, to rytuał może przyciągnąć dokładnie tę energię którą teraz wysyłasz. Coś w rodzaju samospełniającej się przepowiedni, tylko od złej strony.
Wchodzę trochę z boku, bo czytam to wszystko i mam inne skojarzenie. W tradycji wicca i w kilku innych systemach jest coś co się nazywa grounding właśnie po to. Przed rytuałem najpierw uziemiasz się energetycznie - kilka minut oddechu, kontakt z ziemią, cokolwiek co przywraca cię do tej chwili. Nie chodzi o to żebyś była szczęśliwa ani spokojna, tylko żebyś była obecna. To nie eliminuje stresu ale zmienia w jakim miejscu energetycznie stoisz na starcie. Próbował ktoś robić taki grounding przed rytuałem w trudnym czasie?
Też jestem ciekawa tego co Fiolkowa napisała. Czy to grounding zawsze wychodzi? Bo znam osoby które mówią, że gdy są za bardzo rozchwiane to żadna medytacja ani uziemienie nie pomaga, siedzą i myślą o tym co je stresuje zamiast się skupić.
No ale właśnie o to mi chodzi - ile można czekać? Jak ktoś jest w środku jakiejś sytuacji i ta sytuacja się rozwija, to czekanie kilka tygodni na idealny nastrój to luksus który nie zawsze jest. Nie każdy może sobie pozwolić na poczekanie aż życie się uspokoi.
Trochę sie gubię w tym wszystkim bo wy mówicie o energii i intencji a ja sie zastanawiam - a co z fazami księżyca i tym że niby jest 'dobry moment' na dany rytuał? Czy to nie jest coś co też wpływa na to kiedy robić rytuał miłosny, niezależnie od nastroju?
Fazy księżyca mają znaczenie ale to osobna warstwa. Księżyc w nowiu albo przybywający to klasyczny czas na rytuały przyciągające - w tym miłosne. Problem w tym, że jak masz idealną fazę ale jesteś emocjonalnie rozbita, to co z tego. To jak dobra gleba bez nasion. Faza stwarza warunki zewnętrzne, ale wewnętrzne i tak musisz zadbać sama.
Nie do końca. Fazy się powtarzają co około 29 dni, więc to nie jest przepadnięty rok życia. Ale rozumiem frustrację - jak coś się dzieje tu i teraz, to miesiąc czekania brzmi abstrakcyjnie. Pytanie do całej dyskusji: czy naprawdę ta sytuacja jest tak nagląca, że kilka tygodni robi różnicę? Bo jeśli tak, to może nie rytuał jest tym czego potrzebujesz w pierwszej kolejności.
No ale właśnie - łatwo powiedzieć 'poczekaj kilka tygodni' jak się siedzi z boku. Jak ktoś jest w środku relacji która się sypie, to te kilka tygodni to może być moment kiedy wszystko już rozstrzygnięte.
Dokładnie to. I żeby nie było - sama miałam sytuację gdzie robiłam rytuał w kompletnym chaosie emocjonalnym i efekty były... powiedzmy, niejednoznaczne. Coś się zadziało, ale nie do końca to co chciałam. Więc nie mówię że to niemożliwe, mówię że trzeba być świadomą co się wysyła.
To jest ta trudna rzecz w całej tej magii - nie masz grupy kontrolnej. Nie wiesz co by było bez rytuału, więc nie wiesz czy rytuał cokolwiek zmienił i jak. Łatwo przypisywać efekty albo ich brak temu co zrobiłeś, a nie temu jaka była sytuacja.
Ale to co Feniksa napisała o niejednoznacznym efekcie - czy to jest częsty skutek robienia rytuałó w złym stanie? Bo mam wrazenie że może byc gorzej niz brak efektu.
To trochę przeraża. Tzn. rozumiem mechanizm ale jak mam zagwarantować że moja intencja jest 'czysta' wystarczająco? Każdy ma jakieś lęki przy rytuałach miłosnych, bo to z definicji coś ważnego.
Nikt nie mówi o czystości w sensie braku emocji. Emocje mają być - bez nich rytuał miłosny byłby pustawy. Chodzi o to żeby były emocje z miejsca 'chcę' a nie z miejsca 'muszę bo inaczej nie przeżyję'. To jest ta różnica o której pisałam wcześniej i myślę że to jest centrum całej tej dyskusji.
Wracam do tego co powiedziała Fiolkowa o groundingu - próbowałam dzisiaj rano czegoś w tym rodzaju, bez żadnego rytuału, po prostu kilka minut z rękami na podłodze i skupiałam się na oddechu. I faktycznie po tym miałam głowę trochę mniej w wirze. Ale nie wiem czy to wystarczy jako przygotowanie.
To co opisujesz to jest właśnie grounding w najprostszej formie. Kontakt z podłożem, oddech, sprowadzenie się do chwili obecnej. Czy wystarczy? Zależy od tego jak głęboko jesteś w tym stresie. Jeśli po tym masz chwilę kiedy czujesz się bardziej sobą a mniej tą sytuacją - to jest dobry znak.
Ja mam takie swoje sprawdzony sposob - jak nie wiem czy jestem gotowy do czegokolwiek, siadam i próbuje wyobrazić sobie efekt. Nie krok po kroku co robię, tylko już ten moment kiedy to czego chcę jest. Jesli czuje ulgę i spokój - ok. Jesli czuję ścisk w gardle albo lęk - to sygnał że gdzies w srodku sie boję a nie wierzę.
Ten wątek z wiarą jest ciekawy. Bo w numerologii patrzy się też na to jaki jest moment w twoim cyklu osobistym - rok osobisty, miesiąc osobisty. I czasem tak wychodzi, że ktoś jest w roku 4 albo 7, które są z natury bardziej o pracy wewnętrznej i porządkowaniu niż o otwieraniu się na nowe relacje. I wtedy nawet przy spokojnej głowie rytuał miłosny może mieć opór bo płynie pod prąd.
To znaczy ze mozna sprawdzić i rok numerologiczny i to co dzieje sie w horoskopie zanim w ogole sie siada do rytuału? Nie wiedziałem że to można tak kumulować - zawsze myslałem że jedno albo drugie.
To nie jest kumulowanie dla zasady - chodzi o to że każde z tych spojrzeń daje trochę inną informację. Numerologia powie ci dużo o twoim własnym cyklu, o tym w jakim miejscu wewnętrznym jesteś. Astrologia pokaże co dzieje się w energii zewnętrznej i w konkretnych obszarach życia. Razem dają pełniejszy obraz. Ale też - nie trzeba sprawdzać wszystkiego żeby cokolwiek zrobić. To może prowadzić do paraliżu decyzyjnego, a nie do gotowości.
