Czytam ten wątek z boku i mam takie pytanie może naiwne - czy w ogóle można 'źle' nauczyć się run? Mam na myśli: czy jest taka metoda uczenia się która aktywnie przeszkadza, czy po prostu niektóre działają wolniej?
Okej, ale poczekajcie - czy to oznacza że nauka przez wypisywanie jest zła, czy że wypisywanie samych definicji jest niewystarczające? Bo to są dla mnie dwie różne rzeczy i chciałabym żebyśmy to rozróżnili.
Słucham tego i myślę o swoich notatkach astrologicznych - tam robiłam dokładnie tak: symbol, słowo kluczowe, powiązanie z mitem i własna obserwacja. I rzeczywiście to co zapamiętałam najtrwalej to były te własne zdania, nie przepisane definicje. Ciekawe że przy runach działa ta sama zasada.
Mam może naiwne pytanie do tego co Teodozja mówi - czy to 'siedzenie inaczej' można jakoś sprawdzić? Mam na myśli, czy jest jakiś sposób żeby samemu ocenić że dana runa jest już 'przyswojona' a nie tylko zapamiętana powierzchownie?
Tylko że przy odczytach dla innych i tak trzeba to werbalizować. Więc nieśmiałość to przy runach praktyczny problem, nie tylko osobisty. Nie mówię że trzeba to ćwiczyć przez wytłumaczenie laikom, ale jakaś forma przekładania na słowa jest nieuchronna.
Przepraszam że wchodzę z boku, ale chciałam zapytać czy ktoś używa przy nauce run czegoś w rodzaju radiestezji - na przykład wahadłem sprawdzać które znaczenie 'pasuje' z daną sytuacją? Słyszałam o takim podejściu i zastanawiam się czy to pomaga zapamiętywać czy raczej myli.
Przy okazji radiestezji - jest jedno zastosowanie które rozumiem, choć sam go nie używam: szukanie miejsca do odczytu albo ustawienia przestrzeni. Ale to znowu zupełnie co innego niż nauka interpretacji. Nie mieszałbym tych warstw.
Wracając do meritum tytułu, bo trochę odpłynęliśmy - mam takie pytanie praktyczne do wszystkich którzy mają już za sobą jakiś czas z runami: w którym momencie przestaliście zaglądać do kartki nie dlatego że postanowiliście, tylko dlatego że po prostu przestała być potrzebna? Czy był jakiś punkt przełomowy?
U mnie nie było jednego momentu, raczej zauważyłam to po fakcie. Sięgnęłam po kartki żeby sprawdzić Berkano i okazało się że wiedziałam zanim jeszcze do nich zajrzałam. I pomyślałam - od kiedy? Nie wiem. Po prostu weszło. Myślę że nie ma sensu tego planować ani wyznaczać sobie terminu.
Mnie zastanawia to co Teodozja opisała z Berkano - że wiedziała zanim sięgnęła po kartki. Czy to znaczy że ten moment 'wejścia' jest zawsze związany z konkretną runą, nie z całym zestawem naraz? Bo ja mam wrażenie że niektóre runy przyswajam łatwo, inne siedzą gdzieś z boku i nie chcą wchodzić niezależnie od tego ile razy je przepiszę.
To co Teodozja mówi o Hagalaz jest ważne i często pomijane w dyskusjach o metodach nauki. Opór wobec konkretnej runy to informacja sama w sobie. Ale chcę dopytać - czy ta blokada zniknęła sama z czasem, czy musiałaś coś z nią 'zrobić' żeby runa w końcu weszła?
To wątek który mnie bardzo ciekawi, bo sugeruje że wypisywanie i czytanie z kartki to może być za mało - i nie chodzi o metodę, tylko o gotowość. Tylko że to rozbija trochę oryginalny temat Teodozji, bo jeśli nauka run zależy od gotowości osobistej, to pytanie 'wypisywać czy czytać' schodzi na drugi plan. Czy ktoś ma na to jakiś pomysł jak to pogodzić?
Słucham i myślę że to jest podobne do tego co mam z aspektami w astrologii - Saturn kwadrat Słońce 'weszło' dopiero kiedy przeżyłam konkretną sytuację. Wcześniej wiedziałam co to znaczy definicyjnie, ale to było puste. Czy ktoś z was miał podobnie z runami - że definicja była, ale dopiero życie ją uruchomiło?
Ja miałam tak z Nauthiz. Czytałam ją dziesiątki razy, wiedziałam 'potrzeba, ograniczenie, napięcie' - i nic. A potem utknęłam w jednym miejscu zawodowo przez kilka miesięcy i ta runa nagle miała twarz. Teraz ją czuję bez żadnej kartki.
Poczekajcie, bo ta rozmowa idzie w ciekawe miejsce, ale chcę żebyśmy nie uciekli za daleko od pytania Teodozji. Mamy dwa różne pytania: jedno o metodę nauki (wypisywać czy czytać), drugie o to kiedy runa 'wchodzi'. Czy ktoś próbował celowo 'ściągać' doświadczenia związane z daną runą zamiast czekać aż samo przyjdzie?
Mam pytanie do Dorotki - jak wyglądało to codzienne wypisywanie przy Isie? Czy to były definicje, własne obserwacje, coś innego? Bo 'wypisywanie' może znaczyć bardzo różne rzeczy i chciałabym wiedzieć co konkretnie robiłaś.
To co Dorotka opisuje to jest w zasadzie dziennik runiczny i to jest jedna z lepiej działających metod jakie znam - właśnie dlatego że wymusza bieżące zdanie własne, nie wyuczone. Tylko że wymaga czasu i cierpliwości. Dla kogoś niecierpliwego to jest tortura.
Okej, jestem tym niecierpliwym o którym mówisz 🙂 Mam pytanie na wprost: czy jest jakaś metoda szybsza niż dziennik, która jednak naprawdę działa? Czytam ten wątek od początku i mam wrażenie że wszyscy mówią że nie ma skrótu, ale może ktoś zna wyjątek?
Wracam do pytania z tytułu, bo mam wrażenie że trochę zapomnieliśmy o tym 'czyta się z pamięci' - czy ktoś tu faktycznie robi odczyty bez żadnych pomocy? Nie kartki, nie notatki, nic? Jak to wygląda w praktyce przy trudniejszych ułożeniach?
Dokładnie to. Znaczenie runy mam - ale relacje między pozycjami w ułożeniu nadal wymagają ode mnie skupienia i czasem kartki z układem. Nie uważam żeby to było porażką - to jest po prostu inny poziom złożoności. I wracając do pytania z tytułu: może cel nie powinien brzmieć 'bez kartki', tylko 'z kartką tylko wtedy kiedy naprawdę trzeba'.
No dobra, ale Teodozja powiedziała coś ważnego na końcu - że może cel nie powinien być 'wszystko z pamięci'. To mnie trochę ulżyło szczerze mówiąc, bo miałem poczucie że jestem jakimś nieudacznikiem skoro nadal zaglądam do kartki. Ale dalej chcę wiedzieć - ile czasu zajęło wam zanim pierwsze runy zaczęły wchodzić bez żadnych pomocy?
Wracam do tego co Teodozja zostawiła urwanego - że może cel nie powinien być 'wszystko z pamięci'. Mam podobne przemyślenie z astrologii: nigdy nie pamiętam wszystkich aspektów do trygonu z pamięci i nie uważam tego za problem. Ale runy wydają mi się inaczej zbudowane - czy odczyt z pamięci zmienia coś w samym procesie wróżenia, czy to czysto praktyczna kwestia?
Dobra, chcę zaproponować żebyśmy rozróżnili dwa konteksty odczytu, bo mam wrażenie że rozmawiamy o różnych rzeczach. Jedno to odczyt dla siebie, drugie to odczyt dla kogoś innego. Przy odczycie dla innej osoby zanurzenie się w notatkach może wyglądać nieprofesjonalnie i przerywać kontakt. Przy odczycie dla siebie masz komfort żeby się zatrzymać. Czy ktoś robi odczyty dla innych i jak wtedy wygląda kwestia pamięci?
Robię odczyty dla znajomych i szczerze mówiąc kwestia kartki jest inna niż myślałam przed pierwszym razem. Na początku bałam się że zerknięcie do notatek zniszczy atmosferę. Potem odkryłam że jeśli powiem 'chwilę, sprawdzam pozycję w aetcie', to człowiek po drugiej stronie odbiera to jako staranność, nie jako niewiedzę. Ale to wymaga pewności siebie przy mówieniu, nie wiedzy.
Nigdy nie robiłam odczytów dla innych, ale to co Teodozja opisuje bardzo mi coś rozjaśnia. Bałam się zacząć właśnie dlatego że myślałam że muszę wszystko mieć gotowe w głowie. Może to jest blokada której nie musiałam mieć?
Właśnie - i tutaj wracamy do wypisywania kontra pamięci, tylko na innym poziomie. Znaczenie runy można wypisać, zapamiętać, mieć na kartce. Ale relacje między runami w układzie to już jest coś czego żadna lista ci nie poda, to musisz sam zbudować. Czy ktoś ćwiczy te relacje jakoś osobno?
Słucham tej wymiany o notatkach i chcę zapytać o coś innego - czy ktoś wraca do starych notatek z odczytów i zmienia interpretacje z perspektywy czasu? Bo ja mam takie notatki z roku temu i część z nich teraz czytam inaczej. Nie wiem czy to postęp czy po prostu zmiana.
