Ej ale właśnie ta rozmowa o dźwiękach mnie wciągnęła. Ja pracuję głównie z afirmacjami i medytacją i dźwięk jako kotwica behawioralna to jest coś co ma naprawdę mocne oparcie nawet poza ezoteryczną ramą. Jak ktoś regularnie recytuje galdr przy konkretnej intencji i robi to codziennie o tej samej porze albo w tym samym kontekście, to tworzy neuralne skojarzenie. Więc niezależnie od tego czy wierzysz w runę, sam dźwięk powtarzany rytmicznie może działać jako kotwica przed impulsem. To akurat nie jest mit.
Hej, wracam do pytania o grawerowanie bo mnie to bardzo ciekawi. Pytonissa98, a czy kamień przed grawerowaniem trzeba jakoś oczyścić? Bo słyszałam że kamień kupiony w sklepie może mieć energię poprzednich właścicieli i dopiero po oczyszczeniu ma sens wgrawerować runę, bo inaczej intencja siada na 'zaszumionym' nośniku. Albo to jest przesada?
Czytam tę rozmowę o galdr i dźwiękach i mam pytanie do Reny07 albo Almandynki - czy te runy muszą być śpiewane na głos czy wystarczy mentalne powtarzanie? Bo jeśli ktoś jest np. w sytuacji że nie może po prostu usiąść i głośno coś recytować, to czy galdr w myślach ma jakąkolwiek wartość, czy to już jest coś innego?
No właśnie, galdr na głos vs w myślach to jest stary spor. Ja robiłam galdr szeptem i u mnie działało tak samo jak na pełny głos. Może to kwestia progu dźwięku, nie musi być głośno, byleby była wibracja.
OK czekajcie, bo chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Galdr to jest śpiewanie nazwy runy, tak? Czyli np. mówię 'Isaaaaz' albo 'Berkaaano' z przeciągnięciem? Czy to są jakieś konkretne dźwięki których muszę się gdzieś nauczyć, bo boję się że bez wiedzy to zrobie coś nie tak.
Dodaje bo wczesniej pisałam o splocie slonecznym i dźwięku RAM - to jest manta czakrowa, nie galdr, Rena ma racje że to różne systemy. Ale fizycznie wibracja dźwięku w klatce piersiowej i brzuchu robi rzeczy niezalezne od systemu i moge to potwierdzic z własnego doświadczenia. Wiec moze zamiast sie klocic ktory system lepszy, mowmy ktory jest spójny wewnętrznie?
Dobra, to zapytam wprost bo jakoś nikt tego nie mówi. Gizelka chce pomoc przyjaciółce z zaburzeniem jedzenia. Terapia jest, rok CBT. To jest poważna sprawa klinicznie. Czy ktoś tu się zastanawia czy dorzucanie ezoterycznych praktyk do tego nie komplikuje obrazu? Nie mówię że jest złe samo w sobie, mówię że zależy od tego jak przyjaciółka to odczyta i czy nie zacznie traktować amuletu jako substytut pracy terapeutycznej.
Olek, rozumiem Twoją wątpliwość i sam w sobie jest słuszna. Ale ona jest rok w terapii i jak mówiłam, ma już świadomość wzorca. Nie szukam dla niej zamiennika terapii, szukam czegoś co może ją wspierać od środka kiedy terapeuta nie jest obok. Tak jak ktoś nosi kamień na spokój albo ma rytuał porannej kawy z afirmacją - to nie zastępuje lekarza. Jest uzupełnieniem.
Ale Gizelka, jest jedna różnica między kamieniem na spokój a amuletem na zaburzenie jedzenia. To pierwsze to ogólna intencja, to drugie jest nakierowane na konkretny objaw kliniczny. Czy Twoja przyjaciółka w ogóle wie że jej dajesz coś z taką intencją? Bo jeśli nie, to ona nie buduje żadnej kotwicy, tylko nosi ładny kamień.
To co opisuje Gizelka to naprawdę subtelna kwestia. Pamiętajmy że przedmiot działa jako kotwica przede wszystkim wtedy kiedy osoba się z nim utożsamia. Nawet w pracy z kartami - jak ktoś dostaje kartę ale nie wie co znaczy i nie nadaje jej sensu, karta nie pracuje. Pytanie nie brzmi czy powiedzieć jej o runach, tylko czy zapytać jej czy chciałaby takiego wsparcia. Może ona sama by chciała.
Paradoxa ma rację! A może po prostu zaproponować jej wspólne stworzenie amuletu? Jakby ją wciągnąć w ten proces zamiast dawac gotową rzecz z ukrytą intencją. Wtedy ona sama nadaje mu znaczenie i ten amulet jest naprawdę jej, nie Gizelki wyobrażenie o niej.
Ojej to jest piękny pomysł Weli! Wspólne tworzenie amuletu to jest coś zupełnie innego energetycznie niż wręczenie gotowego. Ja kiedyś robiłam taką sesję z koleżanką, wybierałyśmy razem kamień i ona sama zdecydowała co chce na nim wpisać. Nie runy, ale zasada ta sama. I ona do tej pory nosi ten kamień i mówi że go czuje.
Czytam cały czas i mam pytanie moze troche z boku - czy jak sie robi ten amulet dla kogoś kto ma problemy z jedzenie to czy powinno sie go ładować w pełni czy w nowiu? bo gdzieś czytałam ze nów jest na nowe początki a pełnia na wzmocnienie ale nie wiem które jest tu lepsze
Wracam do wątku o dźwiękach bo coś mi nie daje spokoju. Mówiliśmy o galdr jako kotwicy i to ma sens, ale kotwica działa kiedy jest regularność. Czy ktoś tu ma doświadczenie z tym ile czasu regularnej praktyki galdr potrzeba żeby cokolwiek poczuć? Bo jeśli przyjaciółka Gizelki miałaby to robić, to raz na tydzień to raczej za mało, tak?
No to żeby odpowiedzieć na własne pytanie - wróciłam do notatek i miałam kiedyś taki eksperyment z Algiz codziennie przez miesiąc. Pierwsze dwa tygodnie nic, potem coś zaczęło się kształtować, ale nie umiałam tego jeszcze nazwać. Więc trzy tygodnie Chorsa to brzmi realistycznie jako minimum. Tylko pytanie czy przyjaciółka Gizelki będzie w stanie utrzymać tę regularność przy zaburzeniu, które z definicji rozkłada rytm dnia.
Rezeda właśnie o to mi chodziło. To nie jest zarzut do Gizelki, ale jeśli zaburzenie łaknienia rozbija rytm dnia, to kotwica behawioralna jest trudna do zbudowania bo potrzebujesz regularności żeby ją zakotwiczyć. Trochę błędne koło. Może dlatego warto żeby galdr był BARDZO krótki i BARDZO konkretnie przywiązany do jakiegoś stałego momentu dnia który ona i tak zawsze robi?
To ma sens. Ona ma kilka rzeczy których nigdy nie odpuszcza, np. rano kawa. Gdyby galdr był przy tym momencie, to ma szanse. Chors, czy te trzy tygodnie to minimum żeby w ogóle coś poczuć, czy żeby kotwica zaczęła działać automatycznie? Bo to trochę różne progi chyba.
Wróciłam do tego co pisałam o wspólnym robieniu amuletu i chcę dodać jedną rzecz. Jeśli ona sama by wybrała kamień i sama by powiedziała co chce żeby ten kamień dla niej znaczył, to ten moment BYŁBY tym galdrem. Nawet jeśli nie wie że to galdr. Intencja wypowiedziana na głos przy przedmiocie to jest dokładnie to o czym tu mówimy od kilku postów.
Dobra, to jest ładny pomysł i rozumiem logikę, ale mam jedno zastrzeżenie. Jeśli Gizelka zaproponuje przyjaciółce 'chodź zrobimy razem amulet' to ta przyjaciółka pyta po co. I co wtedy? Znowu wracamy do pytania czy powiedzieć jej prawdę o intencji czy nie. Nie uciekłyśmy od problemu, tylko go przesunęłyśmy.
Sylka ma rację że problem intencji zostaje, ale nie zgadzam się że nic nie zyskałyśmy. Jest różnica między 'daję ci gotowy amulet z ukrytą intencją' a 'zapraszam cię do wspólnego procesu gdzie Ty decydujesz co on znaczy'. W tym drugim scenariuszu intencja Gizelki jest schowana, ale przestrzeń do własnego sensu jest otwarta. To jest etycznie bardziej uczciwe, nawet jeśli nadal nie pełna transparentność.
Słuchajcie, zatrzymajcie się na chwilę. Rozmawiamy o osobie która jest rok w terapii CBT na zaburzenie jedzenia. Teraz planujemy jak subtelnie wciągnąć ją w rytuał w którym sama nie wie że uczestniczy w czymś zaplanowanym dla jej dobra. Widzicie problem? To jest manipulation przez życzliwość, ale manipulation. Dobra wola Gizelki jest poza pytaniem, ale metoda jest wątpliwa.
Olek ma punkt, nie będę go zbijać. Ale chcę dodać perspektywę z samych run. Berkana i Isa w kontekście jedzenia i łaknienia to są runy które pracują z procesem i zatrzymaniem, nie z objawem. Tzn. nie działają jak tabletka na głód. Działają z tym CO jest pod zachowaniem. Jeśli przyjaciółka Gizelki nosi intencję Berkany, a w środku jest coś czego nie rozwiązała, Berkana może to wzmocnić a nie wytłumić. I to jest coś o czym nikt tu jeszcze nie mówił.
Almandynka, Rena, to mnie zatrzymuje. Szczerze - nie brałam pod uwagę że runa może wzmocnić to co jest pod spodem a nie to co widzę na zewnątrz. Czy to znaczy że powinnam w ogóle odpuścić pomysł z runą przy zaburzeniu, czy że muszę inaczej dobrać rune?
przepraszam że wchodzę znów ale nie rozumiem jednej rzeczy - czy to że runa może wzmocnić coś pod spodem to jest zły wynik? bo może ta osoba potrzebuje właśnie dotknąć tego co jest pod spodem żeby iść do przodu? nie mówię że tak jest na pewno ale czy ktoś moze wyjasnic?
Hmm ale czy nie trochę przesadzamy z tym ryzykiem? Amulet to amulet, nie operacja. Większość ludzi nosi coś i nic szczególnego się nie dzieje. Może Almandynka i Rena mają rację co do teorii, ale w praktyce ten efekt wzmocnienia jeśli w ogóle jest, to jest bardzo subtelny i powolny.
czytam to wszystko i mam mieszane uczucia bo chciałam też zrobić coś podobnego dla koleżanki i teraz nie wiem czy to dobry pomysł... czy mogę zapytać - Gizelka, czy Twoja przyjaciółka w ogóle jest otwarta na ezoterykę? bo może to by zmieniło dużo w tej dyskusji
To co mówi Gizelka o szarej strefie to moim zdaniem kluczowe. Jeśli przyjaciółka jest 'mi nie przeszkadza', to amulet zostanie dla niej biżuterią. I może to jest w porządku - biżuteria z intencją wysłaną przez Gizelkę, bez presji żeby przyjaciółka sama w to wierzyła. Powiedzcie mi czy to naprawdę jest etycznie gorsze od świecy zapalonej za kogoś bez jego wiedzy? Bo takich świec tu chyba sporo z nas zapaliło.
