Chciałam dopytać o coś, bo trochę mi umknęło. Czy my tutaj mówimy o runach jako o wróżbiarstwie, czy jako o czymś głębszym, jakimś systemie duchowym? Bo to zmienia całą rozmowę o tym czy da się to pogodzić z chrześcijaństwem.
Dla mnie to na razie głównie wróżbiarstwo w sensie refleksji, nie przepowiadania. Ale Judytka72 - właśnie zaczynasz dotykać czegoś ważnego, bo chyba sama nie jestem do końca pewna gdzie jest ta granica u mnie. Może dlatego to pytanie w tytule wątku jest dla mnie takie trudne.
Mam takie wrażenie, słuchając całej tej rozmowy, że wy szukacie jakiegoś przełącznika. Że jest moment kiedy człowiek 'odchodzi' albo 'zostaje'. Ale życie duchowe raczej rzadko tak działa, przynajmniej w moim doświadczeniu. Częściej to jest takie powolne przesuwanie.
Właśnie się zastanawiam czy to nie jest specyficznie polskie napięcie. Znaczy, w innych krajach może ktoś po prostu powiedziałby 'no interesuję się runami i chodzę do kościoła' i nikt by nie pytał. A u nas to jest od razu deklaracja tożsamości.
Wracam do pytania które zadałam wcześniej, bo teraz rozumiem je trochę inaczej. Mówisz że nie chciałaś robić oświadczenia - ale czy nie robiąc go, czyli nadal chodząc na msze i praktykując runy po cichu, też nie podejmujesz jakiejś decyzji? Tylko że milczącej?
Dobra, to mnie dotknęło. Chyba nie mam gotowej odpowiedzi, ale widzę że to forum bardziej mi pomogło rozgryźć o co mi tak naprawdę chodzi niż miesiąc samotnego myślenia. Nie wiem co zrobię, ale wiem lepiej co czuję. To chyba nie jest mało. Dziękuję wam za tę rozmowę.
Dobra, ale to co napisałaś na koniec - że wiesz lepiej co czujesz - to jest według mnie ważniejsze niż jakakolwiek odpowiedź na pytanie z tytułu wątku. Bo to pytanie 'czy trzeba porzucić praktykę' chyba w ogóle nie ma jednej odpowiedzi, prawda?
Chciałem wrócić do tego co powiedziała Halinka55 kilka postów wyżej o powolnym przesuwaniu. Mam wrażenie że to jest dokładnie to czego szukasz, Aurelindo, tylko może się tego boisz. Bo powolne przesuwanie nie wymaga oświadczeń.
Oj, to jest pytanie. Szczera odpowiedź? Nie wiem. Myślałam że z zewnątrz, ale ta rozmowa z Eremitką o milczącej decyzji dała mi do myślenia. Może sama sobie buduję ten pośpiech. Dziękuję wam, że tak to rozkładacie na części pierwsze, naprawdę.
Ale czy w ogóle zmiana wiary to jest coś co musi być szybkie? Bo ja patrzę na to z boku i widzę że większość ludzi którzy np. odchodzą z Kościoła robi to latami, nie w jeden weekend. Runy mogą w tym towarzyszyć przez cały ten czas, nie?
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się nad czymś innym. Aurelinda mówiła wcześniej że nie wie gdzie u niej przebiega granica między runami jako wróżbiarstwem a czymś głębszym. Czy ta granica w ogóle jest stała? Bo u mnie się zmieniała przez lata.
Ma sens. Tylko że tu wracamy do punktu wyjścia tego wątku - jeśli runy stają się głębsze, to w pewnym momencie pytanie o religię przestaje być akademickie. I tu chyba jest sedno dylematu Aurelindki.
Czekajcie, bo mam pytanie do całej grupy. Czy ktoś z was praktykował runy przez długi czas i jednocześnie był aktywnie praktykującym katolikiem? Nie pytam o to czy to możliwe teoretycznie, tylko czy ktoś to przeżył. Bo wszystkie dotychczasowe głosy to albo 'odeszłem', albo 'nie wiem'.
To jest właśnie to czego mi brakuje - tego oddzielenia w głowie. Ja nie umiem tego rozdzielić, jedno mi na drugie wpływa. Może dlatego pytałam, bo szukałam kogoś kto mi powie jak to zrobić. Ale słuchając Halinka55 rozumiem że może to nie jest coś czego można się nauczyć, to po prostu u jednych jest a u innych nie.
A może to nie jest wada? Może to że nie umiesz tego rozdzielić znaczy że ty bierzesz i runy i wiarę serio, a nie jako coś do odhaczenia? Nie wiem, rzucam.
Mam wrażenie że ta rozmowa zatoczyła koło i wracamy do pytania z tytułu wątku. Czy zmiana wiary wymaga porzucenia run? I chyba odpowiedź jest: nie ma jednej odpowiedzi, ale to zależy od tego jak głęboko angażujesz się w oba systemy i czy potrafisz je wewnętrznie rozdzielić. Ale - i to jest pytanie do Aurelindki - czy ty chcesz je rozdzielić?
Chyba nie. Chyba właśnie chcę żeby to jakoś współistniało, ale nie wiem czy to możliwe. I może to jest ta odpowiedź której szukam.
Czyli pytanie z tytułu wątku po blisko sześćdziesięciu postach brzmi inaczej niż na początku. Nie 'czy trzeba porzucić' tylko 'czy da się nie porzucać żadnego'. I to jest chyba szczersze pytanie. Ciekawe co by na to powiedzieli ci co mają więcej doświadczenia z runami jako systemem duchowym, a nie tylko wróżbiarskim.
Właśnie to chciałem powiedzieć, Roch. Pytanie się zmieniło i to jest ciekawa obserwacja. Ale mam wrażenie że wciąż kręcimy się wokół samej Aurelindki jako przypadku i trochę nam ucieka szerszy kontekst. Bo jeśli 'da się nie porzucać żadnego' - to co konkretnie to oznacza w praktyce? Że ciągniemy runy i równolegle chodzimy do kościoła? Że traktujemy Odyna jako aspekt czegoś większego? Że po prostu ignorujemy sprzeczności? Bo to są trzy zupełnie różne strategie.
Ale czy to 'przesunięcie' musi być problemem? Pytam serio, bo zastanawiam się czy nie zakładamy z góry że obie praktyki muszą zajmować tę samą przestrzeń. A może one naturalnie rozchodzą się na różne obszary życia i to jest okej?
To co opisuje Dagmarka jest bardzo bliskie temu co u mnie się dzieje. Właśnie to przesunięcie, nie nagłe, tylko takie powolne. Siostry tego nie widzą, bo zewnętrznie wszystko wygląda tak samo, ale wewnętrznie coś się zmieniło. I właśnie tego nie umiem podsumować ani nazwać. Dziękuję że to tak ujęłaś, bo czułam coś podobnego, ale nie miałam słów.
Hej, ale wracając do tego co powiedział Jaroslaw75 o trzech strategiach - bo mnie to zatrzymało. On wymienił Odyna jako aspekt czegoś większego. Czy ktoś tutaj naprawdę tak to traktuje? Bo to brzmi jak bardzo konkretna pozycja teologiczna, a nie tylko praktyczna.
Znam takie podejście i powiem tyle - jest wewnętrznie spójne, ale wymaga pewnej pracy żeby je utrzymać. Czyli aktywnego przekonywania siebie że to jest ten sam byt pod różnymi imionami. Część ludzi to robi bez problemu, część w pewnym momencie czuje że coś w tym jest naciągane. Nie oceniam, tylko opisuję.
Ja chyba. Zaczęłam od run jako czegoś w rodzaju kart do refleksji, żadnych bóstw, żadnego systemu. I po jakimś czasie zaczęłam czuć że te symbole coś sobą reprezentują, ale nie potrafiłam powiedzieć co. To nie było nagłe przekonanie, raczej takie narastające poczucie że za tym jest coś więcej. Nie wiem czy to odpowiada na pytanie.
Słuchajcie, bo mi się nasuwa jedno pytanie. Mówimy dużo o tym jak runy wpływają na wiarę, ale czy ktoś rozważał że to może działać w drugą stronę? To znaczy - czy mocna wiara religijna zmienia sposób w jaki interpretujesz runy? Bo jakoś zakładamy że to jednokirunkowa ulica.
O, to mnie uderza. Bo ja też chyba tak robię i nie zdawałam sobie z tego sprawy. Część moich odczytów jest bardzo chrześcijańska w klimacie, nawet jeśli używam run. Jak teraz o tym myślę, to może właśnie dlatego czuję że to się miesza - bo sama wprowadzam jeden system do drugiego bez świadomości. Czy to jest problem czy to jest po prostu to jak działamy?
Aurelindo, nie sądzę żeby to był problem sam w sobie. Każdy interpretuje przez swój filtr, to naturalne. Problem pojawia się wtedy gdy zaczynacie oczekiwać że runa da ci odpowiedź zgodną z tym filtrem, zamiast słuchać co mówi sama z siebie. Ale to też trudno ocenić z zewnątrz.
