To drugie minimum jest absolutnie nienegocjowalne i kosztuje każdego tyle co pięć minut wyszukania w internecie. Numer Telefonu Zaufania dla Dorosłych, numer dla młodzieży, Centrum Wsparcia - to są rzeczy, które każdy wróżbiarz powinien mieć zapisane. Nie wymaga dyplomu.
A co jeśli osoba sama nie jest świadoma, że jest w kryzysie? To chyba częściej się zdarza niż sytuacja, gdzie ktoś wprost mówi, że jest źle. Przychodzą z pytaniem o partnera, a tak naprawdę rozpadają się od środka.
Pytanie Wiesława jest naprawdę kluczowe i chyba każdy, kto robi odczyty, powinien sobie odpowiedzieć na nie zanim w ogóle usiądzie z kimś przy stole. Moja praktyka była taka, że przy runach destrukcji - właśnie Hagalaz, Isa czy Nauthiz - starałem się mówić o procesie, nie o wyniku. Czyli nie 'czeka cię zniszczenie', tylko 'coś się kończy, żeby coś innego mogło zacząć'. Ale szczerze? Nie jestem pewien, czy to wystarczy przy kimś, kto jest naprawdę niestabilny.
To jest właśnie to, czego się boję jako osoba, która dopiero zaczyna myśleć o takich odczytach - że będę musiała podejmować te decyzje w ułamku sekundy, bez żadnego przygotowania. I że zrobię coś, co komuś zaszkodzi, nawet jeśli chcę dobrze.
Myślę, że to pytanie wykracza poza runy jako takie i dotyka czegoś, z czym zmagają się też terapeuci - kwestii tzw. timing'u interwencji. Zbyt wcześnie powiedziana prawda może zamknąć człowieka, zbyt późno - to już się nie liczy. Ale terapeuta ma superwizję, czas, kontekst. Wróżbiarz ma zazwyczaj godzinę i rzut kośćmi.
Ale hej, czy ktoś z was miał sytuację odwrotną - że ktoś przyszedł i sam wprost powiedział, że jest w złym miejscu psychicznie, i zapytał, czy runy mogą coś pokazać o tym, czy wyjdzie z dołka? Bo o tym jeszcze nie mówiliśmy. Czy wtedy w ogóle siadacie do odczytu?
i to jest właśnie moment, w którym widać, że runy nie są neutralne. Ktoś szukający znaku nadziei i dostający Hagalaz, Thurisaz, Nauthiz - co ty z tym zrobisz? Udasz, że tego nie ma? Powiesz 'to wyzwania, z którymi sobie poradzisz'? Czy powiesz wprost, że nie widzisz teraz ulgi w tym rzucie?
Ja bym w ogóle nie wiedziała co powiedzieć w takiej chwili. I zastanawiam się - czy nie lepiej po prostu powiedzieć osobie: 'nie czuję się gotowa na taki odczyt, bo zależy mi na tobie i boję się, że zrobię więcej złego niż dobrego'? Czy to tchórzostwo, czy odpowiedzialność?
Przepraszam, że znowu wchodzę z boku, ale mam pytanie, które mi chodzi po głowie od kilku minut. Czy wy w ogóle pytacie osobę przed odczytem, jak się czuje? Tak po ludzku, nie ezoteryczne pytanie, tylko zwykłe: 'co u ciebie, jak teraz jesteś'? Bo mam wrażenie, że dużo z tych problemów wynika z tego, że się tego nie robi.
To brzmi tak oczywiste, że aż dziwne, że o tym nie uczymy. Ale skoro mowa o tym, co powiedzieć przed odczytem - czy wy mówicie też coś na końcu? Jakieś zamknięcie rozmowy, które nie zostawia człowieka samego z tym, co usłyszał?
Przepraszam, że może naiwnie pytam, ale dlaczego to takie ważne, żeby sprawczość była po stronie osoby pytającej? Czy nie po to się idzie do wróżbiarza, żeby dostać odpowiedź?
No ale Wiesław - a co z osobami, które właśnie tego szukają? Że ktoś im powie, co robić? Czy masz wtedy obowiązek im to odebrać, czy idziesz z tym, czego potrzebują?
Ale to jest właśnie sedno tego wątku i jakoś kręcimy się wokół tego od dobrych kilkudziesięciu postów - gdzie jest granica między 'runy pokazują coś niepokojącego' a 'powinienem wprost zasugerować pomoc specjalisty'? Czy to kiedykolwiek jest możliwe bez naruszenia zaufania?
Przepraszam, że się wtrącam, bo jestem tu chyba najbardziej laicką osobą - ale czy naprawdę na odczycie run można się tak rozpłakać? Myślałam, że to bardziej... zimna, analityczna sprawa. Że patrzysz na symbole i interpretujesz. A tu słyszę o kryzysach emocjonalnych w trakcie.
Słucham tego wątku od dłuższego czasu i mam jedno pytanie, które mi chodzi po głowie. Czy wy jako osoby robiące odczyty macie w ogóle jakieś własne wsparcie? Kogoś, z kim możecie porozmawiać po trudnym odczycie? Bo dużo mówicie o ochronie osób, którym czytacie, ale nic o sobie.
Właśnie dlatego nigdy nie odważyłam się zrobić komuś odczytu, mimo że już trochę znam runy. Bo widzę, jak wy to opisujecie, i czuję, że to jest za duża odpowiedzialność jak na to, ile rozumiem na razie - nie z run, ale z ludzi.
Wracając do tytułu wątku, bo myślę, że trochę od niego odeszliśmy - czy ktoś miał realną sytuację, w której runa lub układ dosłownie uruchomiły u was myśl: 'ta osoba powinna teraz porozmawiać z psychiatrą lub psychologiem'? Nie ogólnie, ale konkretnie - co to było, co tę myśl wywołało?
I to jest chyba najbardziej uczciwa rzecz, jaką w tym wątku ktoś powiedział. Bo mi się wydaje, że dużo osób przypisuje runom to, co tak naprawdę wynika z rozmowy. Runa staje się ekranem, na który projektujemy to, co już wiemy. Czy to źle? Nie wiem. Ale warto to rozróżniać.
Ale czy wy w ogóle mówicie wprost 'martwię się o ciebie'? Ja chyba bym się bała tak powiedzieć komuś, kogo ledwo znam. To brzmi jak bardzo intymne zdanie jak na odczyt.
To mnie zastanawia z zupełnie innej strony. Czy ci ludzie, którzy przychodzą na odczyt i rozpadają się w środku, wracają potem? Pytam, bo zastanawiam się, czy to dla nich pomaga, czy wręcz przeciwnie - czy samo otwarcie tego bólu bez dalszego wsparcia nie jest gorsze niż nic.
I tu jest ten moment, kiedy temat 'runy a objawy psychiczne' staje się tak naprawdę tematem o tym, co się dzieje, kiedy system wsparcia zawodzi. Runy są tu tylko miejscem, gdzie to się ujawnia. Pytanie, które mnie nurtuje - czy my jako środowisko ezoteryczne w ogóle o tym mówimy między sobą, poza takimi wątkami?
Chyba nie. Przynajmniej nie w tych miejscach, gdzie ja bywam. Zwykle rozmowy są o technikach, o symbolice, o tym jak ustawić kamienie albo jaka runa na co odpowiada. Nie o tym, co robić, kiedy ktoś przy twoim stole płacze i nie wiesz dlaczego.
Moim zdaniem zawsze indywidualna. Nie ma jednej runy, jednego układu, który by automatycznie znaczył 'ta osoba potrzebuje psychiatry'. Kontekst jest wszystkim. Dwie osoby z tym samym pytaniem i tym samym układem mogą potrzebować zupełnie czego innego.
No właśnie, i to mi dało do myślenia. Bo 'nie widzę sensu w planowaniu' to może być wypalenie, depresja, albo po prostu filozoficzny kryzys sensu. Skąd wiadomo, którym punktem na tej skali jest dana osoba? Ja nie mam wykształcenia, żeby to ocenić.
Chcę wrócić do czegoś, co powiedziała Hortensja kilka postów temu, bo ta kwestia mi nie daje spokoju. Pytała, czy otwieranie bólu bez dalszego wsparcia nie jest niebezpieczne. I myślę, że to jest najważniejsze pytanie w tym wątku. Czy ktokolwiek tu spotkał się z sytuacją, gdzie ktoś po odczycie był wyraźnie gorzej?
To mi przypomina coś z zupełnie innego kontekstu, ale myślę, że pasuje. W pracy ze świadkiem w pomiarach na mapie - i mówię tu o technice radiestezyjnej - chodzi o to, żeby mieć punkt odniesienia, który kotwi wynik w rzeczywistości. Coś fizycznego, co sprawia, że odpowiedź nie jest abstrakcyjna. I zastanawiam się, czy ta 'kotwica', o której mówi Magicwoman na końcu odczytu, nie spełnia podobnej funkcji - nie zostawia osoby w przestrzeni symboli, ale wraca ją do czegoś konkretnego.
Ciekawe przełożenie, ale chcę sprawdzić, czy dobrze rozumiem. Mówisz, że analogicznie do świadka na mapie, końcowy 'kotwiczący' gest w odczycie runowym pełni podobną funkcję zaczepiania wyniku w czymś realnym? To ma sens, ale przy runach tą kotwicą jest chyba sam człowiek i jego decyzja, co z tym zrobi. Nie przedmiot.
