Ostatnio przeprowadzałem odczyt dla znajomej i wyciągnęła trzy runy z rzędu, które w różnych układach niemal zawsze wskazują na przeciążenie psychiczne albo wewnętrzny chaos - Hagalaz, Nauthiz i Isa. Zanim zacząłem tłumaczyć, ona sama powiedziała, że od miesięcy ma stany lękowe i nie śpi. Zacząłem się zastanawiać, czy runy faktycznie mogą być takim... wczesnym sygnałem, że ktoś potrzebuje pomocy. Nie wróżbiarskiej, ale realnej, psychiatrycznej. Czy ktoś z was miał podobną sytuację? Odczyt, który tak naprawdę wskazał na coś poważniejszego niż 'trudny czas'?
To jest temat, który pojawia się rzadko, a moim zdaniem zasługuje na osobny wątek. Hagalaz, Nauthiz, Isa w jednym rzucie to klasyczny układ, który ja interpretuję jako zamrożenie w lęku i niemoc działania. Sama miałam kilka takich odczytów u siebie i za każdym razem okazywało się, że po prostu ignorowałam jakiś realny problem emocjonalny. Ale żeby od razu mówić o psychiatrze - to trochę duży skok, nie?
To jest bardzo ważne pytanie i cieszę się, że ktoś je w końcu zadał. Ja zawsze staram się zachować dystans w odczytach i kiedy widzę, że ktoś przyszedł po 'wróżbę', a tak naprawdę potrzebuje wysłuchania albo pomocy, to jest granica, której przekraczać nie powinniśmy. Runy mogą być lustrem, ale lustro nie leczy.
Myślę, że runy w takim kontekście działają trochę jak pendulum na mapie - wskazują kierunek, ale nie podają adresu. Zresztą przy odczytach psychologicznych zawsze używam świadka, żeby zakotwić energię osoby pytającej. Bez świadka odczyt jest mniej precyzyjny i łatwo o błędną interpretację, która może komuś zaszkodzić.
no właśnie - świadek to coś, co reprezentuje osobę pytającą albo temat. Przy mapie to może być zdjęcie, włos, kawałek materiału. Przy runach niektórzy używają konkretnej runy-sigil albo przedmiotu osobistego. Ja czasem kładę na środku obrusu kamień, który dana osoba trzymała przez chwilę. Podobno energia jest 'zakotwiczona' i odczyt dotyczy dokładnie tej osoby, a nie ogólnych tendencji.
Może się wtrącę w ten wątek o świadku, bo to ciekawy temat sam w sobie, ale wróćmy też do meritum posta. Przy odczycie dla kogoś, kto wyraźnie cierpi psychicznie, nie chodzi tylko o to co się wyciągnie. Sama atmosfera odczytu runami, skupienie na symbolach, może albo pomóc komuś poczuć się wysłuchanym, albo - jeśli interpretacja jest nieumiejętna - pogłębić lęk. I tu widzę największe ryzyko.
Przepraszam, że się pytam, ale nie do końca rozumiem - czy wy naprawdę uważacie, że runy mogą wskazać, że ktoś potrzebuje psychiatry? To znaczy że runa potrafi 'wiedzieć' coś o zdrowiu psychicznym człowieka? Nie mówię złośliwie, naprawdę pytam, bo to dla mnie nowe podejście.
Szczerze mówiąc jestem trochę sceptyczna wobec całej tej rozmowy. Rozumiem, że chcecie pomóc ludziom, ale czy nie ma ryzyka, że ktoś zamiast iść do lekarza, pójdzie do wróżbity po 'diagnozę z run'? To mnie niepokoi bardziej niż sama kwestia, co runy 'pokazują'.
Mam pytanie do Wieslaw - jak zareagowała ta znajoma, kiedy jej powiedziałeś co widzisz w runach? Powiedziałeś jej wprost, że powinna rozważyć psychologa, czy owijałeś w bawełnę?
To co opisuje Wieslaw to coś, co w psychologii nazywa się zewnętrzną walidacją. Człowiek wie, że jest źle, ale potrzebuje impulsu z zewnątrz, żeby uznać, że ma prawo prosić o pomoc. Runy mogą spełniać tę funkcję - nie jako diagnoza, ale jako lustro. Problem zaczyna się wtedy, gdy wróżbiarz wchodzi w rolę terapeuty i zaczyna interpretować 'przyczyny' zaburzeń psychicznych przez pryzmat energii albo karm. To jest teren, na którym można narobić dużo szkody.
Słucham tej dyskusji i muszę przyznać, że zmienia mi perspektywę. Pracuję głównie z rytuałami i nie robię odczytów runicznych, ale znam osoby, które do mnie przychodzą po 'rytuał miłosny', a tak naprawdę są w głębokim kryzysie emocjonalnym po rozstaniu. I ja też staję wtedy przed tym samym dylematem - robię to, o co proszą, czy mówię wprost?
Czytam ten wątek od początku i jedno zdanie Tosieczki zostało mi w głowie - że lustro nie leczy. To chyba najlepsze podsumowanie, które tu padło.
Do tego co napisał Symeon75 - myślę, że problem nie leży w tym, co runa 'robi', tylko w tym, co praktykujący z tym dalej robi. Możesz użyć lustra żeby zobaczyć, że masz gorączkę, ale jeśli zamiast iść do lekarza, stoisz przed lustrem i próbujesz ją zaleczyć wzrokiem, to jest już problem. I dokładnie ten mechanizm widzę w niektórych odczytach runicznych dla osób w kryzysie.
To o czym mówi Tosieczka jest bardzo realne. Miałam raz sytuację, że ktoś przyszedł do mnie po rytuał na miłość, a w połowie rozmowy okazało się, że ta osoba od tygodnia nie je normalnie i śpi po dwie godziny. I powiem szczerze - czułam się kompletnie nieprzygotowana na to, co wtedy zrobić. Nie ma żadnego kursu, który by nas tego uczył.
Właśnie o tym chciałem rozmawiać od początku tego wątku. Czy jest jakaś niepisana etyka w środowisku? Bo ja jej nie widzę. Każdy robi odczyty po swoich krótkich kursach i nikt nikomu nie mówi, że istnieje coś takiego jak granica kompetencji.
Ale chwilę - czy my nie przesadzamy trochę z tym obowiązkiem wróżbiarza? Ludzie idą do astrologa, do terapeuty, do księdza, do przyjaciela. Każdy z nich może usłyszeć coś trudnego. Czy od każdego wymagamy, żeby miał przygotowanie psychologiczne?
Wchodzę w ten wątek, bo słucham od jakiegoś czasu i mam inne obserwacje. Pracuję z horoskopami od lat i naprawdę spotkałam osoby, które w momencie gdy tranzyt Saturna uderzył w ich Słońce, były na granicy. I zawsze w takich momentach zatrzymuję się i pytam wprost: czy masz kogoś bliskiego, do kogo możesz teraz zadzwonić? Nie polecam psychologa z góry, po prostu sprawdzam, czy ta osoba nie jest kompletnie sama.
Przepraszam, że się wtrącam, bo jestem tu raczej sceptyczna wobec całego tematu, ale to co mówi Tygrysica53 brzmi dla mnie bardzo zdrowo. To nie jest o tym, czy runy 'wiedzą' - to o tym, że za każdą wróżbą siedzi człowiek. I to jest zupełnie inny poziom rozmowy.
Czytam ten temat od dłuższego czasu i mam pytanie, może głupie - czy przy odczycie runami można w ogóle użyć jakiegoś świadka, żeby lepiej połączyć się z sytuacją osoby pytającej? Symeon75 wspominał o tym wcześniej i chciałem się dopytać, bo rozumiem to z radiestezji, ale przy runach to dla mnie nowe.
Przy świadku ważne jest jeszcze to, żeby był z naturalnego materiału. Kamień, drewno, kość, włos. Nie polecam niczego syntetycznego, bo to zaburza przewodnictwo energetyczne. Ale wracając do głównego tematu - czy ktoś ma doświadczenie z odczytem, który faktycznie pchnął kogoś do szukania pomocy? Nie z drugiej ręki, tylko z własnego?
Moja własna historia jest właśnie tym, co zaczęło ten temat. Opowiedziałem ją wcześniej w wątku. Natomiast słyszałem też od innych praktykujących o podobnych sytuacjach - odczyt jako moment przełomowy, ale nie dlatego, że 'runa wiedziała', tylko dlatego, że ktoś wreszcie usiadł i skupił się na swojej sytuacji bez uciekania. I ktoś mu przy tym towarzyszył.
Ja to widzę podobnie przy kartach. Czasem samo rozłożenie kart i opisanie co widzę sprawia, że osoba zaczyna mówić rzeczy, których nie powiedziała nikomu. I wtedy czuję ogromną odpowiedzialność, bo nie wiem co z tym zrobić. Czy przerywać odczyt? Czy słuchać? Czy odsyłać?
Wracam chwilę do świadka, bo to jest ciekawy wątek, ale chciałbym nie zgubić głównego pytania, które ten temat otworzył. Marceli, pytałeś o świadka - ale jak ty to łączysz z tematem odczytu i rozpoznania, że ktoś potrzebuje pomocy? Bo mam wrażenie, że dla niektórych ta techniczna strona odczytu staje się ważniejsza niż to, co się dzieje z człowiekiem po drugiej stronie.
Masz rację, przepraszam za odejście od tematu. Pytałem o świadka, bo mi chodziło po głowie, czy przypadkiem skupienie na przedmiocie nie sprawia, że wróżbiarz mniej patrzy na człowieka. Że zamiast reagować na to, jak ta osoba mówi, on skupia się na runach i kamieniu.
Dokładnie. I tu wraca kwestia, którą Wieslaw podnosił na początku - etyka środowiska. Bo jeśli kurs runiczny uczy tylko znaczeń symboli, a nie mówi nic o tym, jak rozmawiać z człowiekiem w kryzysie, to mamy problem systemowy, nie jednostkowy.
Ale chwila - czy naprawdę chcemy, żeby każdy kto uczy run musiał mieć certyfikat z interwencji kryzysowej? To trochę jak mówić, że każdy barman powinien mieć szkolenie z uzależnień. W teorii logiczne, w praktyce nierealne.
no dobra, przyznam, że to porównanie trochę kuleje. Ale nadal - gdzie stawiasz granicę? Że każdy musi mieć szkolenie, czy że każdy powinien wiedzieć przynajmniej tyle, żeby podać numer zaufania?
