Mam pytanie, bo trochę czytałam o wahadłach i wszędzie jest inaczej. Jedni mówią, że wahadło trzeba naładować zanim zaczniesz z nim pracować, inni że wystarczy je oczyścić i już można używać. Sama mam wahadło z ametystu, kupiłam je kilka tygodni temu i właściwie od razu zaczęłam próbować. Działało różnie — raz bardzo pewnie, raz jakby nie wiedziało co robić. Zastanawiam się czy to właśnie kwestia tego ładowania. Czy ktoś może mi wytłumaczyć na czym to polega i czy w ogóle jest konieczne?
Ładowanie to nie jest jakiś obowiązek, ale naprawdę robi różnicę. Chodzi o to, żeby wahadło 'poznało' swoją właścicielkę — jej pole energetyczne, jej wzorce. Amethyst sam w sobie jest kamieniem, który dość dobrze wchłania energię otoczenia, więc jeśli kupowałaś go gdzieś w sklepie, to niesie jeszcze energię innych ludzi, którzy go dotykali. Pytanie do Ciebie — czy przed pierwszym użyciem w ogóle go czyściłaś?
Czyszczenie i ładowanie to dwie osobne rzeczy, choć wiele osób robi je razem. Czyszczenie usuwa 'cudze' energie, ładowanie nadaje wahadłu kierunek i łączy je z tobą. Analogia prosta: czyszczenie to pranie ubrania, ładowanie to dopasowanie go do siebie. Bez czyszczenia ładowanie ma sens tylko połowiczny, bo wkładasz swoją energię do czegoś, co jest już zapełnione czymś innym.
Pracuję z kilkoma wahadłami i szczerze mówiąc, efekt ładowania czuć wyraźnie przy pierwszym tygodniu używania. Wahadło po porządnym naładowaniu jest po prostu bardziej 'posłuszne' — reakcje są czystsze, mniej szumu w odpowiedziach. Mam jedno metalowe, egipskie, i jedno z kryształu górskiego. To metalowe ładuję co kilka tygodni, kryształowe rzadziej.
A ja mam pytanie, bo nie rozumiem jednej rzeczy. Piszecie o ładowaniu 'swoją energią' ale co to dokladnie znaczy? Czy mam po prostu trzymać wahadło w dłoniach i myśleć o nim? Bo próbowałam czegoś takiego z moim wahadłem i nie wiedziałam czy coś się dzieje czy tylko stoje i trzymam kamień 🙂
To jest właśnie ten moment, gdzie większość osób się zatrzymuje i myśli, że nic nie robi. A tymczasem samo spokojne trzymanie z intencją już działa. Kluczem jest intencja — nie wizualizacja, nie skomplikowana medytacja. Wystarczy, że masz w głowie jasne poczucie: 'to jest moje wahadło, pracujemy razem, odpowiadaj mi rzetelnie'. Brzmi prosto, ale właśnie o to chodzi.
Rytuał pomaga o tyle, że skupia uwagę i tworzy powtarzalny wzorzec, który sam w sobie staje się sygnałem dla twojego systemu nerwowego i energetycznego — 'zaczynamy pracę'. Ale rytuał bez intencji to teatr. Intencja bez rytuału działa, choć wolniej. Połączone — najlepiej.
Mam wrażenie, że wątek się trochę miesza. Ładowanie i kalibracja to jednak dwa różne tematy. Ładowanie to kwestia energii, którą wahadło niesie. Kalibracja to ustalenie jak wahadło komunikuje 'tak' i 'nie' akurat z tobą. I ta kalibracja moim zdaniem jest ważniejsza na początku niż samo ładowanie. Bo możesz mieć pięknie naładowane wahadło i nie wiedzieć co ono ci mówi.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, które trochę stoi z boku. Skąd wiecie, że wahadło jest 'naładowane'? Tzn. jakim sygnałem, co czujecie, że jest gotowe do pracy? Bo jak to sprawdzić jeśli właśnie uczysz się z nim pracować?
Ja dodałbym jeszcze jedno — po dobrym ładowaniu wahadło często zaczyna reagować szybciej, bez takiego długiego rozhuśtywania się. Kiedy jeszcze nie jest 'moje', to jakby potrzebuje więcej czasu żeby złapać sygnał. Po ładowaniu odpowiedź przychodzi sprawniej. To subiektywne, ale właśnie takich subiektywnych sygnałów uczysz się z czasem rozróżniać.
Ok, teraz zaczynam to rozumieć jako proces. Czyli: najpierw oczyścić (solą, księżycem, dymem z szałwii?), potem naładować przez dłonie z intencją, potem kalibracja. Czy dobrze to podsumowuję? I jeszcze — jak często trzeba to powtarzać? Czy wahadło 'rozładowuje się' po intensywnej sesji?
Dobrze podsumowałaś tę kolejność. Czyszczenie przed ładowaniem to podstawa, bo inaczej ładujesz wahadło razem z energią poprzednich właścicieli albo środowiska, w którym leżało. Co do rozładowywania — tak, to się dzieje, ale nie dramatycznie. Wahadło używane regularnie utrzymuje energię dość długo, bo sam kontakt z dłońmi podczas pracy je doładowuje. Problem pojawia się, gdy wahadło długo leży bez użycia albo pracowałaś nim w obciążonym miejscu.
A możesz doprecyzować co rozumiesz przez 'obciążone miejsce'? Bo tu się pojawia ciekawy wątek — czy wahadło pracujące w strefie geopatycznej naprawdę się 'rozładowuje', czy raczej gromadzi coś, czego potem nie chcesz? To trochę zmienia podejście do czyszczenia po takiej pracy.
To co opisuje Geomanta brzmi znajomo. Sam miałem coś takiego po pracy w starym budynku — wahadło przez kilka sesji kręciło trochę inaczej niż zwykle, jakby ze skrzywioną osią. Dopiero porządne oczyszczenie nad dymem z szałwii przywróciło normalny rytm. Tyle że wtedy nie wiedziałem, że to właśnie to jest problemem.
Poczekajcie — co to znaczy 'rozmyte odpowiedzi' i 'skrzywiona oś'? Dopytam, bo próbuję to sobie wyobrazić. Wahadło kręci się inaczej niż wcześniej ustalone wzorce tak/nie, czy chodzi o coś zupełnie innego?
Ale jak rozrożnić czy to nadruk z miejsca, czy po prostu skupienie nie działą tego dnia? Bo ja czasem mam sesje gdzie wahadło idzie czysto, a innym razem ta sama intencja i kompletny chaos. Nie wiem czy czyścić wahadło czy siebie 🙂
Właśnie to pytanie kontrolne to coś, o czym nie słyszałam wcześniej. Czyli żeby sprawdzić czy wahadło jest gotowe, pytasz je o coś banalnie oczywistego na rozgrzewkę? Czy robicie to zawsze przed każdą sesją, czy tylko gdy coś wydaje się nie tak?
Ja robię to zawsze. Dwa, trzy pytania kontrolne zanim zacznę właściwą sesję. To nie trwa długo, a daje bardzo konkretny sygnał czy jestem w kontakcie. Niektórzy uważają to za stratę czasu, ale mnie to parę razy uratowało przed wyciąganiem błędnych wniosków.
Wracając do ładowania, bo trochę odpłynęliśmy — mam wrażenie, że cały ten wątek pokazuje jedno: ładowanie to nie jednorazowa inicjacja, tylko coś ciągłego. Każda sesja to zarówno czerpanie z wahadła jak i wkładanie czegoś z siebie. Czy ktoś podchodzi do tego inaczej, traktuje wahadło bardziej jako samodzielny obiekt, a nie przedłużenie siebie?
Ja trochę tak. Mam jedno wahadło do którego mam dziwne przekonanie że ono 'wie więcej' niz ja mu powiem. Głupie brzmi, ale tak to czuję. Nie wiem czy to dobrze czy źle z punktu widzenia pracy radiestezyjnej.
A czy jest w ogóle sens ładować wahadło jeśli ktoś dopiero zaczyna i nie wie jeszcze co naprawdę czuje podczas pracy? Pytam bo sama jestem na początku i czytam ten wątek od góry — trochę mam wrażenie że bez doświadczenia nie będę wiedziała czy ładowanie mi coś dało czy nie.
Tak, to pierwsza rzecz do zrobienia z wahadłem po kimś. Ametyst jest chłonny, trzyma energię właściciela długo — dłużej niż metal. Sól kamienna przez noc, potem słońce, potem dopiero zaczynam ładowanie swoją energią. I daj mu kilka tygodni żeby się przestawił. Wahadło po kimś bliskim czasem długo 'pamięta' poprzedniego użytkownika.
A ja mam pytnaie do całej dyskusji bo troszkę się zgubiłam — mówimy o ładowaniu nowego wahadła i o czyszczeniu wahadła po cudzej energii, ale to chyba dwie różne rzeczy? Czy procedura jest podobna?
To 'zostaw puste' mnie ciekawi. Co to właściwie oznacza w praktyce? Bo wahadło leżące na półce nie jest chyba w próżni energetycznej — chłonie otoczenie, prawda? Jak długo trzymać tę przerwę między czyszczeniem a ładowaniem?
Czyli moje ametystowe wahadło trzymam z dala od innych kamieni w czasie tej przerwy? Mam jeszcze różaniec z różowego kwarcu leżący na tej samej półce — to przeszkadza?
Różowy kwarc jest łagodny, ale też chłonny i emocjonalny. Na czas czyszczenia i ładowania wahadła naprawdę warto je rozdzielić — nie dlatego że różaniec 'zaszkodzi', ale po co komplikować. Czyste wahadło powinno w tym czasie mieć jak najprostsze otoczenie.
Mam wrażenie ze cały ten wątek kręci się głównie wokół kamiennych wahadeł. A co z metalowymi? Mam mosiężne i nigdy nie wiedziałem czy w ogóle podlega ładowaniu w ten sam sposób, bo metal chyba inaczej 'trzyma' energię niż kamień.
