To ciekawe co mówi Bogusia bo ja zawsze traktowałem metalowe wahadło jako 'surowsze' i przez to zakładałem, że jest bardziej odporne na wszystko, w tym na potrzebę ładowania. Może dlatego moje mosiężne chodziło czasem trochę bez wyrazu — nie dawałem mu tego co trzeba.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam pytanie które może brzmi naiwnie — czy możliwe że to, co opisujecie jako 'brak wyrazu' albo 'skrzywioną oś', jest po prostu zmęczeniem osoby pytającej, a nie samego wahadła? Jak odróżnić jedno od drugiego?
I to właściwie wracamy do punktu wyjścia tego wątku — ładowanie nie jest osobnym rytuałem, tylko częścią dbania o jakość kontaktu. Czy wahadło, czy osoba — jedno bez drugiego nie ma sensu. Ciekawe, że tyle się tu mówiło o technicznych metodach ładowania, a to co wyłazi na wierzch to zawsze kwestia relacji między pracującym a wahadłem.
Właśnie tak to teraz widzę po całej tej rozmowie. Zaczęłam pytanie od 'czy trzeba ładować i jak', a skończyłam z czymś zupełnie innym — że ładowanie to nie procedura do odhaczenia, tylko ciągłe słuchanie co wahadło i ja wzajemnie sobie komunikujemy. Tylko nadal nie wiem jak to się ma do samego początku — gdy ktoś trzyma wahadło pierwszy raz w życiu, od czego zacząć to ładowanie, skoro nie ma jeszcze żadnej relacji?
Właśnie od trzymania. Dosłownie. Pierwsze ładowanie to po prostu obecność — siadasz z wahadłem w dłoni, nie pytasz, nie testujesz, po prostu jesteś. Może dziesięć minut, może dwadzieścia. Bez oczekiwań. Wahadło zaczyna rejestrować twój oddech, twój rytm. To jest ta pierwsza warstwa kontaktu i z niej potem wyrasta cała reszta.
