Pracuję w biurze z otwartą przestrzenią, jakieś 40 osób na jednej sali. Od jakiegoś czasu interesuje mnie to, czy stres i napięcie, które tam czuć prawie każdego dnia, mogą wpływać na pomiary energetyczne pomieszczenia. Chciałbym kupić biometr i zbadać to miejsce porządnie, ale zastanawiam się, czy w ogóle ma sens robić pomiary w miejscu, gdzie ciągle coś się dzieje, ludzie krzyczą na siebie, są deadliny i tak dalej. Czy ktoś badał kiedyś biuro albo podobne miejsce z dużą ilością ludzi? I przy okazji — jakie biometry polecacie do takich zastosowań? Dopiero zaczynam i nie chcę wyrzucić pieniędzy w błoto.
Pytanie jest naprawdę ciekawe, bo dotykasz tu dwóch warstw jednocześnie. Jest warstwa geopatyczna, czyli to, co wynika z samego miejsca, z podłoża, z siatki Hartmanna i Curry'ego. I jest warstwa emocjonalna, nazwijmy ją zanieczyszczeniem przestrzeni przez emocje. To drugie jak najbardziej wpływa na pomiary biometrem. Ale zanim powiem więcej — powiedz, czy masz w ogóle pojęcie, jak wyglądają podstawy pracy z biometrem? Bo to zmienia podejście do tematu.
Też miałam podobne pytanie w głowie, tylko w kontekście mieszkania, nie biura. Czy jeśli w rodzinie były jakieś kłótnie albo napięcie, to pomiary skali Bovisa będą zafałszowane? Bo nie wiem, jak odróżnić obciążenie geopatyczne od tego emocjonalnego.
To co mówi Idzik ma sens, ale dodałabym jeszcze jedną rzecz. W przestrzeniach biurowych dochodzi też kwestia zbiorowego skupienia uwagi i wysiłku. Kilkadziesiąt osób pracujących pod presją to nie jest neutralna energetycznie sytuacja. Sama badałam salę konferencyjną w firmie mojej znajomej i wyniki skali Bovisa były dramatycznie niskie, poniżej 5000 jednostek, i to tuż po weekendzie, kiedy nikt tam jeszcze nie pracował od kilku dni.
tak, różnica była wyraźna. W piątek po południu biometr pokazywał poniżej 4000, a w poniedziałek rano, zanim zaczęli przychodzić pracownicy, było już jakieś 6500. Wciąż niskie jak na miejsce, gdzie ludzie przebywają długo, ale widać, że przestrzeń się częściowo 'oddychała'. Podejrzewam, że to miejsce ma też jakiś problem strukturalny, bo 6500 to niezbyt dobrze.
6500 to niski wynik, tak? Rozumiem, że neutralny jest gdzieś koło 6500-7000 dla człowieka, ale dla pomieszczeń ta skala wygląda inaczej?
A jakie biometry w ogóle są dostępne na polskim rynku? Lalik pytał o modele, ale nikt jeszcze nie odpowiedział konkretnie. Sama chciałabym coś takiego do domu.
szczerze, to zależy od tego, czy masz już doświadczenie z wahadłem. Jeśli nie, to biometr Leichera może być dobry, bo ma mechanizm ograniczający wpływ efektu operatora i łatwiej go skalibrować. Ale jeśli już pracowałeś z wahadłem i masz wyczucie, to tarcza Bovisa z własnym wahadłem jest równie skuteczna i tańsza.
Hej, przepraszam że wchodzę w środek, ale jak rozumiecie tą kalibrację biometru? Tzn co to dokładnie znaczy, że sie go kalibruje? To jakieś fizyczne ustawienie czy chodzi o dostrojenie operatora?
Przepraszam, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Mówimy o pomiarach biometrem w biurze, stresie pracowników, niskich wynikach Bovisa. Ale co z tego wynika praktycznie? Jeśli firma nie zmieni sposobu zarządzania, to oczyszczenie przestrzeni cokolwiek tu pomoże?
Zgadzam się z Nekromantką. Sama widziałam przypadek, gdzie przestawienie biurek z uwzględnieniem siatki Hartmanna zmieniło atmosferę w zespole. Ludzie mówili, że są mniej zmęczeni po pracy. Oczywiście nie wiadomo, ile było w tym placebo, ale wyniki biometryczne w tym miejscu też poszły w górę po przestawieniu.
To by oznaczało, że zanim w ogóle zacznę myśleć o oczyszczaniu, powinienem najpierw zmapować siatki Hartmanna i Curry'ego w całym biurze? Mam rozumieć, że biometr to jedno, a mapowanie siatek to osobna praca, wymagająca różdżki albo prętów L?
Tak, Lalik, to dwie osobne prace i dobrze to rozumiesz. Biometr mierzy ogólny poziom energii w danym punkcie, natomiast mapowanie siatek wymaga prętów L albo wahadła i przejścia przez całe pomieszczenie. Jedno bez drugiego daje niepełny obraz. Możesz mieć biuro z wysokim wynikiem Bovisa, a jednak mieć krzyżowanie Hartmanna dokładnie przy biurku szefa, co potem tłumaczy jego chroniczne bóle głowy. Biometr tego nie wykryje, bo uśrednia wynik z całego miejsca.
A te pręty L to sie kupuje gotowe czy mozna samemu zrobić? I czy materiał ma znaczenie? Bo gdzieś czytałem że miedziane są lepsze ale nie wiem czy to prawda.
Wracając do biura, zastanawiam się teraz, czy w ogóle sensownie jest mapować siatkę i mierzyć biometrem w jednej wizycie. Czy jedno nie przeszkadza drugiemu? Mam na myśli czy operator po pracy z prętami L jest jeszcze w stanie dobrze zmierzyć skalę Bovisa, czy powinno się to rozdzielić na dwa osobne dni?
Sama rozdzielam i polecam tak robić. Po mapowaniu siatek jestem trochę zmęczona energetycznie, a biometr wymaga skupienia i neutralności. Jeśli operator jest niewyspany albo napięty, wynik jest mniej wiarygodny. W biurze do tego dochodzi jeszcze ta energetyczna historia miejsca, o której mówiliśmy wcześniej. Dwie wizyty dają dużo czystszy obraz.
Mam inne zdanie niż Marchewka. Rozdzielanie wizyt wprowadza dodatkową zmienną, bo środowisko biura między pierwszą a drugą wizytą mogło się zmienić. Mogło być ważne zebranie, kłótnia, albo po prostu inny dzień tygodnia. Jeśli chcemy porównywać mapowanie z pomiarem Bovisa, powinniśmy mieć te dane z tego samego momentu, nie z różnych dni. Inaczej nie możemy powiedzieć, że krzyżowanie Hartmanna na tym konkretnym biurku koreluje z tym konkretnym wynikiem.
Oboje macie rację i to jest właśnie ten problem z badaniem biur. Nie da się tego rozdzielić idealnie. Może jedynym wyjściem jest seria pomiarów o różnych porach i dniach, żeby wyciągnąć jakąś średnią? Ale to ogromna praca przy większym biurze.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam pytanie może naiwne. Czy nie prościej po prostu zapytać pracowników, gdzie czują się najgorzej? I tam zacząć od pomiaru? Bo oni to przecież czują, tylko nie wiedzą dlaczego.
To mi otwiera oczy na całą sprawę. Mamy w biurze jedno miejsce przy drukarce, gdzie nikt nie chce siedzieć, zawsze coś tam komuś przeszkadza. Może zacznę właśnie od tego punktu, zamiast mapować całe pomieszczenie od razu.
Ale drukarki to też silne źródło promieniowania elektromagnetycznego i hałasu. Skąd wiadomo, że to nie to zwykłe fizyczne powody tego, że nikt tam nie chce siedzieć, a nie obciążenie geopatyczne?
Czy to znaczy, że samo przestawienie drukarki w inne miejsce mogłoby zmniejszyć ten efekt? Nawet bez oczyszczania energetycznego?
Dobra, to teraz mam konkretne pytanie praktyczne. Jeśli zacznę od tego miejsca przy drukarce, to czego szukam najpierw? Krzyżowania Hartmanna, żyły wodnej, a może od razu mierzę biometrem? Bo nie wiem, od której strony się wziąć za ten punkt.
a skąd wiesz, że to w ogóle jest jedno źródło? Pytam serio, bo przy drukarce masz przynajmniej trzy nakładające się czynniki. EM od urządzenia, potencjalne krzyżowanie siatki i nagromadzona energia z wieloletniego stresu całego biura. Zanim zaczniesz mierzyć, powiedz mi, jak wygląda to miejsce. Zewnętrzna ściana, wewnętrzna? Parter, piętro?
Środek dużego pomieszczenia to często przecięcie kilku linii naraz. Hartmann tam bywa gęstszy, a do tego w dużych otwartych biurach te linie zbierają energię emocjonalną jak gąbka, bo stale coś się dzieje, ludzie chodzą, rozmawiają, kłócą się przez telefon. Ciekawe, że stali pracownicy to czują instynktownie. To jest dobra informacja diagnostyczna.
To jest faktycznie zastanawiające. Dwie drukarki, podobny hałas, ale reakcja ludzi zupełnie inna. To trochę przemawia za tym, że problem leży w miejscu, a nie w urządzeniu. Ciekawi mnie, czy ktoś kiedyś zmienił tam układ biurek albo przesuwał drukarkę?
Podobno ta drukarka stała wcześniej przy oknie i ją przestawiono, kiedy zmieniali aranżację biura. Nie wiem, kiedy dokładnie, ale chyba kilka lat temu. Nie wiem, czy przy oknie też było to samo unikanie.
