Temat z tych, które przez lata traktowałam ciepło-obojętnie, aż do momentu, kiedy sama zaczęłam budzić się regularnie o 3:33. Przez pół roku, prawie każdej nocy. Myślałam, że to stres, bo trwał u mnie wtedy duży projekt. Ale przestało się dziać, gdy skończyłam pewne osobiste porządkowanie. Wtedy zaczęłam traktować to poważniej.
U mnie od roku jest 4:44 i mam już odruch - budzę się, zerkam w telefon, wiem co zobaczę. Próbowałem to różnie tłumaczyć: stres, alkohol, nawyk. Żadne wyjaśnienie nie trzyma się kupy, bo bywa, że dzień jest spokojny, wieczór lekki, a ja i tak otwieram oczy punkt 4:44.
Zanim pójdziemy głębiej - mała kalibracja. Nasz mózg w fazie REM wchodzi w cykle co ok. 90 minut. Jeśli kładziesz się o 23, statystycznie cykle REM wypadają ok. 0:30, 2:00, 3:30, 5:00. Budzenie się między cyklami jest fizjologicznie normalne. Kwestia zawsze ta sama - czy ty się po prostu budzisz w tym oknie, czy akurat o konkretnych "magicznych minutach".
Warto rozdzielić dwie rzeczy. Pierwsza: budzenie się w okolicach 3 rano - to medycyna chińska ma bardzo konkretne wyjaśnienie (zegar organów, godziny wątroby i płuc). Druga: budzenie się o 3:33 dokładnie - to już bardziej zjawisko numerologiczne albo synchronicystyczne. Łączenie obu w jedno zaciemnia temat.
Chciałabym popsuć trochę temat. Fenomen "budzenia się o magicznych godzinach" to klasyczny przypadek tzw. "fenomenu Baader-Meinhof" (częstotliwość iluzoryczna). Zwracasz uwagę na 3:33, zaczynasz się na to uwrażliwiać, i masz wrażenie, że to się zdarza "cały czas". A budzenia o 3:17 albo 3:49 po prostu ignorujesz, bo nie pasują do wzorca.
