Czytam o tej trataka i trochę się boję że robiłam coś za prosto przez cały czas. Ale z drugiej strony po tym co napisała Pola_N wcześniej, chyba nie muszę od razu wchodzić w zaawansowane techniki. Powiem tylko że po tym wątku mam poczucie że jest dużo więcej możliwości niż myślałam.
Wróćmy jeszcze do tej kwestii muzyki, bo trochę utknęliśmy przy świecach i tratace. Zastanawia mnie jedno: czy ktoś próbował łączyć wszystkie trzy elementy naraz, świecę, kadzidło i muzykę, i czy to nie jest wtedy przeładowanie bodźców zamiast wyciszenia?
Ciekawe co mówisz o tej fazie wcześniejszego przygotowania. Ja właśnie tak robię, chyba intuicyjnie, i nie wiedziałem że to ma sens praktyczny. Myślałem że to tylko mój nawyk. Czy to ma jakąś nazwę albo jest opisane gdzieś jako technika?
A co jeśli ktoś dosłownie nie ma czasu na to przygotowanie? Ja często medytuję rano zaraz po wstaniu i nie mam dwudziestu minut żeby ustawiać świece i szukać muzyki. Czy to znaczy że tracę coś istotnego, czy te akcesoria to naprawdę tylko opcja?
Dobrze to słyszeć, bo miałam wrażenie czytając ten wątek że bez tych dodatków robię to jakoś nie tak. A może to moje własne myślenie, że efekt powinien być szybszy jak jest świeca i muzyka?
Widzę że przewija się tutaj założenie że akcesoria mają przyspieszyć efekty medytacji. Ale może warto odwrócić pytanie: czy medytacja bez żadnych pomocy w ogóle daje efekty? Bo jeśli tak, to wszystko inne to tylko warstwa na czymś co działa samo. A jeśli ktoś nie ma efektów bez akcesoriów, to może problem jest gdzie indziej niż w braku świecy.
Właśnie, bo jeśli tak popatrzeć, to mnisi w klasztorach też mają bardzo rygorystyczne warunki zewnętrzne swoich praktyk, konkretna pora, konkretne miejsce, konkretne dźwięki. Nikt nie mówi że to jest złe. Może to właśnie struktura jest tym co pozwala praktyce w ogóle istnieć na co dzień?
W zasadzie tak, prawie zawsze bez niczego, bo wstaję wcześnie i nie chcę budzić domowników. Ale teraz po tym wątku zaczynam się zastanawiać czy nie powinienem spróbować chociaż raz z tą świecą, żeby w ogóle wiedzieć o czym mówimy.
A nie musisz budzić domowników żeby zapalić świecę, bo to jakby cicho. Chyba że masz na myśli że kadzidło im przeszkadza? Bo mnie np. mąż wygnał z sypialni jak mu dym poszedł rano.
To co mówi Marchewka_74 jest ważne, bo chyba dużo osób nie bierze pod uwagę że akcesoria mają też wymiar praktyczny, zapach rozchodzi się, dym drażni, świeca może być niebezpieczna jeśli zaśniemy. Czy ktoś miał jakiś drobny wypadek albo chociaż prawie wypadek przez świecę podczas medytacji?
Jeśli chodzi o te elektryczne świece, powiem szczerze, że są całkiem przyzwoite modele z migoczącym płomieniem LED i ciepłą barwą, które robią robotę wizualnie. Do trataki się nie nadają bo płomień nie jest prawdziwy, ale jako element budowania nastroju sprawdzają się dobrze. Sam miałem uprzedzenia a teraz mam dwie w sypialni.
Obserwuję ten wątek od dłuższego czasu i to co Norbert85 powiedział mnie uderzyło. Bo ja właśnie tak miałam, kupiłam kadzidła, dwa rodzaje świec, specjalną matę i po miesiącu siedziałam z tym wszystkim i dalej mi głowa huczała. Zastanawiam się czy nie odwróciłam kolejności.
Wróciłam, ale inaczej. Teraz świeca to nie jest coś co 'ma mi pomóc' tylko po prostu mi się podoba. Jak przestałam oczekiwać że coś zrobi, to chyba właśnie wtedy zaczęła mi się medytacja udawać lepiej. Nie wiem czy to przypadek.
To co mówi Silaria66 brzmi jak coś ważnego. Może problem nie jest w akcesoriach samych w sobie tylko w tym z jakim nastawieniem się ich używa. Jak ktoś zapala świecę bo lubi zapach i ciepło, to jest inaczej niż jak ją zapala bo myśli że bez niej nie wejdzie w odpowiedni stan.
To co Kamilcia95 napisała o stopniowym zmienianiu podejścia jest bardzo trafne. Mnie zastanawia jedno, czy to znaczy że w ogóle nie ma sensu zaczynać od tych akcesoriów, jeśli i tak kluczem jest nastawienie? Bo może najpierw trzeba wypracować to nastawienie bez niczego, a dopiero potem dodawać?
Trochę odbiegamy od świec i kadzidła jako atmosfery, a wchodzimy w technikę. Ciekawe, bo te dwie rzeczy się jednak różnią. Świeca jako element wystroju i nastroju to jedno, świeca jako obiekt koncentracji to drugie. Zastanawiam się czy ktoś używa jej w obu tych rolach w tej samej sesji, czyli najpierw ogląda, potem ignoruje?
To co Jola92 mówi o ustawieniu to bardzo praktyczna uwaga. Dużo osób ustawia świece centralnie, bo tak wygląda 'ładnie', ale to niekoniecznie służy praktyce. Ja mam dwie po bokach maty i w ogóle nie ma tego problemu z kontrolowaniem.
A propos ustawienia, to mam pytanie do tych którzy używają więcej niż jednej świecy. Czy to jest kwestia estetyki, czy dajecie tym różnym miejscom jakieś znaczenie? Bo gdzieś czytałam o kierunkach i żywiołach, ale nie wiem czy to coś co w medytacji w ogóle ma sens.
Ale czy to znaczy że jeśli ktoś np. wierzy że ogień jest związany z energią południa, to ta świeca podczas medytacji nie może być 'aktywna' w tym sensie? Pytam bo mam wrażenie że niektórzy traktują te elementy czysto dekoracyjnie, a inni przypisują im coś więcej.
To chyba wraca do tego co Silaria66 mówiła wcześniej o oczekiwaniach. Jak nie masz systemu, to i nie masz kryterium oceny. I może dlatego tak łatwo poczuć że 'nie działa', bo nie wiesz właściwie co miałoby zadziałać.
To co opisuje Igorek to chyba bardzo powszechna rzecz. Akcesoria tworzą coś w rodzaju sygnału dla umysłu że zaczyna się inna aktywność. Problem pojawia się wtedy kiedy ten sygnał staje się konieczny. Medytować można wszędzie, bez niczego, i fajnie to umieć. Ale na etapie budowania nawyku świeca czy kadzidło jako kotwica wcale nie jest złe.
Mam pytanie do wszystkich którzy mówią o muzyce. Czy używacie konkretnych nagrań zawsze tych samych, czy za każdym razem czegoś innego? Bo sama zauważyłam że jak zmienię muzykę to sesja wygląda zupełnie inaczej, nawet jeśli intencja jest ta sama. Zastanawiam się czy to kwestia skojarzeń z konkretnymi nagraniami czy muzyka sama w sobie wprowadza w różne stany.
To zależy od tego czym jest dla ciebie medytacja w tym konkretnym momencie. Jeśli celem jest obserwacja własnych reakcji, to podążanie za muzyką jest akurat cenną informacją, nie rozproszeniem. Dopiero kiedy zgubiłaś temat całkowicie i nie wiesz co czujesz, można mówić o tym że muzyka przejęła stery.
Wchodzę w ten wątek z muzyką, bo mam inne zdanie. Używam dźwięków, ale nie muzyki jako takiej, mam na myśli śpiewające misy albo dzwonki tybetańskie. I w porównaniu do melodii, te dźwięki znacznie trudniej 'śledzić', bo nie mają narracji. Może to jest właśnie ta różnica, melodia prowadzi, a dron czy misa rejestrujesz bez angażowania się narracyjnie.
To jest ciekawy wątek z tą narracją muzyczną. Ja najczęściej słucham nagrań z deszczem albo z ogniem i chyba właśnie dlatego że to nie ciągnie mnie nigdzie konkretnie, po prostu jest. Ale mam pytanie do was, czy ktoś kiedyś próbował medytować w zupełnej ciszy i jak to wypadło w porównaniu do sesji z dźwiękami?
Ja próbowałam i dla mnie cisza jest trudniejsza. Słyszę siebie bardziej, mam na myśli myśli, oddechy, wszystko. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ale na pewno inaczej. Przy dźwiękach mam poczucie że mam coś do czego mogę wracać kiedy odpłynęłam, a cisza nie daje tej możliwości.
Z tą ciszą to różnie bywa. Byłem na kilku warsztatach gdzie pracowaliśmy bez żadnych dźwięków i za pierwszym razem to była katastrofa, za drugim już mniej. Ale tam był prowadzący który dawał sygnały kiedy czas. Bez żadnego zewnętrznego punktu odniesienia, ani muzyki, ani głosu, ani dzwonka na koniec, to naprawdę wyzwanie.
