Zacząłem interesować się zen jakieś pół roku temu i wciąż mam wrażenie, że kręcę się w kółko. Siedzę, oddycham, staram się nie myśleć - i właśnie tu jest mój problem. Czy zen to faktycznie 'nie myślenie', czy raczej coś innego? Bo czytałem różne rzeczy i każde źródło mówi co innego. Jedni piszą, że chodzi o obserwację myśli bez przywiązania, inni że o całkowite wyciszenie. Ktoś praktykuje zazen i może to rozjaśnić?
To pytanie, które pada bardzo często i rozumiem skąd się bierze ta konfuzja. Zen nie polega na wyłączeniu myśli - to by było niemożliwe i właściwie by cię wyczerpało bardziej niż sama medytacja. Chodzi raczej o to, żebyś nie gonił za każdą myślą, która się pojawia. Myśl przychodzi, widzisz ją, nie wciągasz się w nią, wraca cisza. Tak to przynajmniej rozumiem po kilku latach siedzenia. Ale powiedz mi - jak długo siedzisz w jednej sesji i co robisz, kiedy myśl 'przykleji się' za mocno?
Dokładnie tak, Reginka to dobrze ujęła. Ja bym dodała, że w zazen samo siedzenie jest praktyką - postawa ciała ma ogromne znaczenie i często ludzie to bagatelizują. Jak siadasz, Cezary? Na krześle, na poduszce, ze skrzyżowanymi nogami? Bo zanim porozmawiamy o myślach, to ta fizyczność jest naprawdę istotna.
Siadam na poduszce, nogi skrzyżowane, ale nie lotus - po prostu swobodnie. Kręgosłup staram się trzymać prosto, ale po jakichś dziesięciu minutach zaczynam się gardzić. I właśnie ten dyskomfort fizyczny wyciąga mnie z medytacji bardziej niż myśli. Czy to znaczy, że powinienem po prostu siedzieć na krześle, dopóki nie nabiorę większej elastyczności?
Garbienie to klasyk, szczerze mówiąc. Krzesło nie jest żadną ucieczką ani kompromisem - wiele szkół zen w ogóle nie ma problemu z siedzeniem na krześle, ważne żeby stopy były płasko na podłodze. Ale najpierw powiedz mi - siadasz na poduszce o odpowiedniej wysokości? Za niska poduszka to właśnie prosta droga do bólu pleców i gardzenia się.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może głupie, ale... po co siedzieć w konkretnej pozycji? Jakby nie można medytować leżąc albo chodząc? Serio pytam, nie drwię. Kojarzyłem medytację jako coś bardziej... swobodnego.
Zazdroszczę tych warsztatów, Cezary. Ja szukam czegoś dla siebie na start i nie wiem od czego zacząć - dużo jest o medytacji w sieci, ale zen wydaje się bardzo tradycyjny i jakby wymagał nauczyciela. Czy da się zacząć samemu, bez żadnego kursu?
Ja mam inne pytanie do was - ile czasu dziennie to ma sens? Czytałam, że jakieś 5 minut nie wystarczy, ale znowu godzina to dużo jak na codzienny rytm. Gdzie jest ta granica?
A jak po tych 10 minutach nadal głowa szumi od myśli to co, siedzieć dłużej tego dnia czy zostawić?
Hej, wpadłem tu przez przypadek i czytam z zainteresowaniem. Mam może głupie pytanie: czy zen jest religią? Kojarzę, że to buddyzm, ale nie wiem czy praktykując zen trzeba w coś wierzyć.
Słuchajcie, a co z koanami? Gdzieś czytałam że w zen dają ci jakieś zagadki bez sensu i masz nad nimi siedzieć. To jest dla każdego czy tylko dla zaawansowanych? Bo brzmi to trochę jak tortura intelektualna.
Koany to już całkiem inne terytorium niż to, o czym rozmawiamy. Kolczasta, tradycyjnie koany są sposóbm pracy z nauczycielem - dostajesz jedno, siedzisz z nim miesiącami, czasem latami. Ale mam pytanie: skąd czytałaś o koanach? Bo wiele źródeł zachodnich bardzo je upraszcza i przedstawia jak jakieś puzzle do rozwiązania logicznie, a o to kompletnie nie chodzi.
Na warsztacie prowadzący powiedział nam żebyśmy na razie zapomnieli o koanach. Że to jest jak martwienie się o szczyt góry zanim jeszcze wyszłaś z domu. Na początku liczy się samo siedzenie, oddech, powrót uwagi. Koany to nie jest etap dla kogoś, kto zaczyna.
A to ciekawe porównanie z górą. Mam jedno pytanie bo trochę zgubiłem się w wątku - to znaczy że zazen bez żadnego nauczyciela i bez koanów to już jest coś sensownego? Że samo siedzenie i oddech ma wartość?
Hej, wróciłem bo mnie ta rozmowa nie puszcza. Macie tu ciekawy wątek. Ale mam jedno 'ale': jak mam siedzieć bez celu i bez techniki, to skąd wiem czy robię to dobrze? Trochę to wygląda jak przepis bez składników.
Ale właśnie - Reginka wcześniej pisała że szumiąca głowa nie znaczy złej sesji. To trochę podważa ten spokój jako miarę sukcesu, nie? Benedyk, mnie też to na początku myliło - zaczynałam od czegoś innego niż zen i tam też mówili że efekt to nie kryterium. Ale wiesz co, z czasem to po prostu czujesz że coś się zmienia, tyle że inaczej niż się spodziewałaś.
Ból nóg to moje pierwsze skojarzenie z medytacją w ogóle, nie tylko zen. Cezary, ty pisałeś że gardzisz po dziesięciu minutach - to minęło z czasem czy cały czas z tym walczysz?
Trochę przeszło, trochę nie. Michalinka pytała mnie o wysokość poduszki i to był klucz - okazało się że siedziałem za nisko i biodra miałem poniżej kolan, co powodowało że plecy musiały się 'złożyć'. Po podwyższeniu podsiadu wyraźnie się poprawiło. Ale godzinne siedzenie to wciąż dla mnie kosmos.
Dobrze że to naprawiłeś. Właśnie o to mi chodziło z tą poduszką. I to pokazuje dlaczego korekta kogoś z zewnątrz jest taka ważna - sam nie widzisz swojej sylwetki. Kolczasta, wracając do koanów: nie traktuj ich jako coś oddzielnego od siedzenia. W tradycji Rinzai koany są integralną częścią praktyki z nauczycielem, ale Soto, które jest chyba bardziej dostępne na zachodzie, skupia się właśnie na shikantaza. Więc to zależy od linii.
Ja też. Myślałem że zen to zen, a tu wychodzi że to cały świat. Ale z drugiej strony czy na poziomie absolutnego początku to ma znaczenie? Czy nie lepiej po prostu usiąść i oddychać?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i jestem wam wszystkim bardzo wdzięczna za tę rozmowę, naprawdę! Mam jedno małe pytanie bo boję się że to głupie - czy medytację zen trzeba robić rano czy może być wieczorem? Czy pora dnia ma znaczenie?
Nie ma głupich pytań, serio. Ja próbowałem o różnych porach. Rano mam umysł świeższy, ale też więcej rozpraszaczy bo muszę gdzieś wyjść. Wieczorem jest spokojniej w domu, ale zdarza mi się zasypiać. Podobno tradycyjnie zazen robi się rano i wieczorem, ale przy codziennej praktyce ważniejsza jest regularność niż pora.
Dobra, wracam do tego co Michalinka napisała o drzemce. Ja mam dokładnie ten problem - siadam wieczorem i po pięciu minutach głowa mi opada. To znaczy że w ogóle nie powinienem medytować wieczorem, czy jest jakiś sposób żeby się nie wyłączyć?
Kanapę wyklucz od razu, serio. Sam przez chwilę próbowałem na fotelu i to nie działa - ciało dostaje sygnał 'odpoczynek' zanim jeszcze zaczniesz. Twarde siedzenie robi różnicę, nawet zwykłe krzesło jest lepsze.
A czy siedzenie na krześle to jest 'prawdziwy' zen? Pytam bez ironii, bo gdzieś czytałam że zazen to koniecznie na poduszce, na podłodze, i że krzesło to takie pójście na skróty.
Dobra, to mi pomaga - znaczy że nie muszę od razu kupować zafu i siedzieć w lotosie żeby zacząć. Bo trochę mnie to hamowało, myślałem że bez 'sprzętu' to się nie liczy.
To jest tak miłe co napisałeś o tej pani, naprawdę. Ja się właśnie boję że będę ta najgorsza w pokoju jeśli kiedyś pójdę na coś grupowego. Ale mam pytanie trochę z innej beczki - jak długo powinno trwać siedzenie dla kompletnego beginning? Bo Michalinka pisała wcześniej o pułapce zasypiania, ale ile minut to jest dobry start?
