Ale 'reszta się dzieje sama' to dla kogoś kto nigdy nie medytował brzmi jak nic. Dosłownie jak instrukcja 'po prostu to poczuj'. Co się ma dziać? Czy umysł sam zaczyna się uspokajać czy trzeba go jakoś kierować?
To porównanie z telewizorem jest naprawdę pomocne, dziękuję Michalinka! Ale mam pytanie - czy ten chaos w głowie kiedyś się zmniejsza? Bo jeśli medytuję od jakiegoś czasu i nadal mam tyle myśli co na początku, to znaczy że nie robię postępu?
Stachu, czy to jest coś co czujesz już w trakcie sesji czy dopiero po? Bo ja czasem po sesji mam wrażenie że coś się zmieniło, ale w trakcie mam poczucie że kompletnie odpływam co chwilę.
Dokładnie to. Słyszałem kiedyś że zazen to nie jest stan który osiągasz, tylko czynność którą robisz. Odpływasz, wracasz. Odpływasz, wracasz. Nie ma momentu gdzie to ustaje - zmienia się tylko może szybkość powrotu.
To zmienia trochę moje myślenie o tym po co w ogóle siadać, bo miałam w głowie że celem jest jakiś stan spokoju. A tu mówicie że to bardziej ćwiczenie powracania niż osiągania czegokolwiek?
Dobra ale jeśli siedzenie jest odpowiedzią, to na jakie pytanie? Bo to brzmi dość filozoficznie i dla kogoś kto chce po prostu zredukować stres to nie jest zbyt praktyczna odpowiedź.
Baska, masz rację i to jest uczciwa uwaga. Może zamiast filozofii - bardzo konkretnie: pierwsze pięć minut to zwykle samo ciało. Boli kolano, swędzi nos, chcesz zmienić pozycję. Pozwól żeby ciało się ułożyło. Nie ruszaj się. Oddech jest. Jesteś. To jest dosłownie całe ćwiczenie przez pierwszy miesiąc.
A co z tym swędzącym nosem? Bo zawsze mnie uczy że nie wolno się drapać, ale jak siedzę i nos swędzi to myślę tylko o tym i to jest gorsze niż żadna medytacja.
To z tym swędzeniem to brzmi jak psychologia a nie mistycyzm - obserwujesz doznanie zamiast reagować. To jest chyba w ogóle sedno tej praktyki? Że uczysz się nie reagować odruchowo?
Dobra, ale skoro intencja jest inna - to jak ktoś na początku ma w ogóle wiedzieć jaką intencję przyjąć? Wchodzę, siadam, oddycham i co - mam sobie powiedzieć 'medytuję zen' albo 'robię mindfulness' i to coś zmienia?
To mnie zastanawia co Michalinka napisała - 'zobaczyć co jest'. Bo ja siadam i widzę że mam setki myśli i kręgosłup mnie boli i chcę sprawdzić telefon. Czy to jest właśnie to co jest, czy to jest przeszkoda w dotarciu do tego co jest?
Czyli chodzi o tę przerwę? O to żeby w ogóle zobaczyć że jest jakiś impuls zanim się na niego odpowie? Bo tak postawione to brzmi jakby zen uczył czegoś bardzo praktycznego, tylko nikt tego tak nie nazywa.
