Zastanawiam się od jakiegoś czasu ile tak naprawdę trzeba medytować dziennie, żeby cokolwiek poczuć. Słyszałem różne rzeczy - jedni mówią że wystarczy 10 minut, inni że minimum godzina. Sam próbowałem przez jakiś czas po 15 minut rano i szczerze nie czułem żadnej różnicy. Może za krótko? Albo może źle to robiłem? Ciekawi mnie co wy na to.
Zanim odpowiem na pytanie o czas, chciałbym wiedzieć - co rozumiesz przez 'efekty'? Bo to jest klucz do całej odpowiedzi. Inne efekty osiągniesz medytując dla spokoju, inne jeśli chodzi ci o pracę z czakrami, a jeszcze inne jeśli zależy ci na głębszych stanach świadomości.
Mnie też to interesuje, bo zaczęłam miesiąc temu i nadal nic. Medytuję ze 20 minut dziennie z nagraniem z youtube i naprawdę nie wiem czy to w ogóle działa. Kiedy można spodziewać się jakichkolwiek zmian?
Ojej, cieszę się że ten temat się pojawił, bo sama mam dokładnie ten sam problem! Próbowałam kilka razy i albo zasypiałam, albo myśli nie dawały mi spokoju. Słyszałam że to normalne na początku, ale nie wiem jak długo to 'na początku' trwa?
Błędne jest założenie, że efekty mają przyjść szybko i że czas sesji jest tu najważniejszy. Znam osoby, które medytowały godzinę dziennie przez rok i nic z tego nie miały, bo siedziały i czekały na coś zamiast faktycznie praktykować. Regularność jest ważniejsza niż długość - 10 minut codziennie przez miesiąc zrobi więcej niż godzina co kilka dni.
Dobre pytanie właśnie. Ja to rozumiem tak, że różnica jest w nastawieniu. Jeśli siedzisz i sprawdzasz czy już coś czujesz, to właśnie czekasz. Jeśli siedzisz i po prostu obserwujesz co się dzieje bez oceniania - to jest praktyka. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, szczerze mówiąc.
To co opisujesz to jest standardowe doświadczenie każdego kto zaczyna. Umysł nie chce po prostu przestać. Ale jest różnica między tym, że myśli się pojawiają, a tym że im się dajesz. Kiedy zauważasz że odpłynęłaś w myśli i wracasz do oddechu - to właśnie jest medytacja. Ten moment powrotu to sedno, nie cisza.
A ile razy można wracać do oddechu zanim to przestaje mieć sens? Bo ja potrafię wracać z dziesięć razy na minutę i mam wrażenie że to bardziej walka z umysłem niż medytacja.
Ja medytuję od paru lat i przeszłam przez rożne fazy z tym czasem. Na początku myślałam że im dużej tym lepij, potem zeszłam do 15 minut i paradoksalnie efekty były lepsze. Myślę że to też zależy od człowieka - ktoś kto ma siedzący tryb życia i dużo czasu może sobie pozwolić na dłuższe sesje, a ktoś kto wraca zmęczony z pracy to i 10 minut jest wartościowych.
trochę jedno i drugie. Zaczełam przegapiać sesje bo godzina to jednak sporo czasu do wygospodarowania, i w końcu powiedziałam sobie że lepiej 15 minut niż zero. I okazało się że te 15 minut robionych regularnie to zupełnie co innego niż godzina raz na tydzień.
Czytam ten wątek i mam pytanie które może być głupie, ale - czy jeśli podczas medytacji zasypiam, to czy to się w ogóle liczy? Bo mi się to zdarza i nie wiem czy to efekt relaksu czy po prostu marnuję czas.
Dobra, to ile w końcu - 10, 20, 40 minut? Bo każdy tu mówi coś innego i nadal nie wiem od czego zacząć żeby w końcu poczuć efekty 🙂
Zgadzam się z Idzikiem co do regularności, ale chcę dodać jedno. To 'ktoś inny zauważy wcześniej' - to bardzo prawdziwe. Mój mąż powiedział mi po kilku tygodniach że jestem spokojniejsza, a ja sama nie czułam żadnej różnicy. Dopiero jak zaczęłam cofać się myślami, to faktycznie coś tam było.
mogłam sobie to samo zadać i długo tak myślałam. Ale po roku praktyki mogę powiedzieć że to nie był zbieg okoliczności. Zresztą to jest klasyczny mechanizm - zanim coś stanie się świadome, ciało i reakcje już to realizują. Ty wciąż szukasz jakiegoś wyraźnego sygnału w środku, a tymczasem zmiany wychodzą bokiem.
To co mówi Kasandra77 brzmi logicznie, ale mam pytanie - czy to nie jest problem, że nie masz żadnego wewnętrznego poczucia postępu? Bo skoro nie wiem czy coś się zmienia, to jak utrzymać motywację żeby w ogóle dalej praktykować?
Wracając do pytania Karrot z początku - bo ono wciąż wisi. Ten spokój i lepszy sen o którym mówiłeś. Masz już jakiś punkt odniesienia? Chodzi mi o to jak śpisz teraz w porównaniu do wcześniej. Bo sen to jeden z pierwszych wskaźników które się zmieniają przy regularnej praktyce, nawet jeśli sam tego nie czujesz.
to w sumie uczciwa odpowiedź. Aczkolwiek - jeśli coś się poprawia, to niekoniecznie musisz wiedzieć skąd. Spacery i medytacja działają uzupełniająco, nie wykluczają się. Pytanie brzmi raczej: jak się czujesz w ciągu dnia teraz a jak dwa, trzy tygodnie temu?
Słucham tego wątku od jakiegoś czasu i mam wrażenie że wszyscy mówią o medytacji jako o czymś bardzo poważnym i wymagającym. A ja zaczęłam całkiem przypadkowo, przy jakimś filmie na yt gdzie ktoś kazał skupić się na oddechu przez 5 minut i to był mój punkt startowy. Czy to w ogóle się liczy jako medytacja?
To co opisuje Buławka jest w sumie bardzo dobry przykład na to, że efekty na początku bywają właśnie takie - subtelne i prawie przypadkowe. 'Mniej nakręcona' to jest dokładnie ten rodzaj zmiany o którym mówi Idzik że widać z zewnątrz albo czuć dopiero po fakcie. Nie spodziewasz się czegoś spektakularnego i nagle to jest.
Dobra, to może problem jest w tym że ja czekam na coś spektakularnego? Ale po miesiącu chyba można oczekiwać czegokolwiek, nie tylko 'trochę mniej nakręcona przez chwilę'...
Wchodzę do tego wątku bo jestem sceptyczny wobec całej tej medytacji, ale jedno muszę przyznać - ta rozmowa o tym co jest mierzalne i co nie jest mierzalne wydaje mi się bardziej sensowna niż większość tego co czytam na ten temat. Pytanie do Idzika: czy jest jakiś moment w praktyce kiedy można powiedzieć że 'to działa' bez oparcia się o subiektywne odczucia?
No właśnie, Kasandra77 mówi o śledzeniu, Marlenka pisała o notatkach - a mi się wydaje że jak zacznę to analizować to wpadnę w spiralę i będę medytować po to żeby mieć dobry wynik w notatkach a nie żeby faktycznie cokolwiek poczuć.
Ale wracając do pierwotnego pytania Karrot - bo chyba gdzieś nam uciekło. Ile czasu dziennie wystarczy żeby w ogóle cokolwiek poczuć? Bo tu wszyscy piszą o efektach po tygodniach albo miesiącach, a czy te 5 minut Buławki to w ogóle się liczy czy to za mało?
5 minut się liczy. Tylko nie jako dawka terapeutyczna tylko jako wejście w nawyk. To różnica. Jeśli robisz 5 minut codziennie przez miesiąc, to twój układ nerwowy zaczyna kojarzyć ten moment z innym trybem. Ale jeśli pytasz czy po 5 minutach raz w tygodniu cokolwiek się zmieni na stałe - to raczej nie.
To znaczy że liczy się regularność bardziej niż czas trwania? Bo to jest trochę wbrew temu co intuicyjnie czułem - myślałem że im dłużej tym lepiej, a skoro nie mam godziny to nie ma sensu.
dokładnie tak i to jest jeden z częstszych błędów na początku. Czekanie na 'właściwy moment' kiedy będzie 45 minut spokoju. A ten moment nie przychodzi i nie medytujesz wcale. 10 minut każdego dnia daje więcej niż godzina raz w tygodniu - przynajmniej w pierwszym roku.
Ja robię wieczorem i chyba dlatego śpię lepiej ostatnio. Chociaż nie wiem, może to też przez to że po prostu wieczorem odkładam telefon wcześniej. Podobnie jak Karrot ze spacerami - nie wiem co co robi.
