A skąd wiadomo że czas zwiększać? Czy jest jakiś moment że po prostu czujesz że pięć minut to za mało?
Ta ambicja to jest mój problem w każdej sprawie, nie tylko w medytacji. Zawsze chcę od razu robić godzinę. Potem wytrzymuję trzy dni i rzucam. Reginka, czy według ciebie to jest kwestia charakteru czy czegoś innego?
No ale ja mam odwrotny problem - siedzę pięć minut, czuję że nic się nie dzieje i myślę 'po co w ogóle'. Jak mam budować regularność jeśli nie mam żadnego sygnału że to cokolwiek daje?
Czytam ten wątek od kilku dni i w końcu się odezwę. Mam ten sam problem co Benedyk - zaczynam, potem zapominam na kilka dni, potem znowu. Cezary, ty jak sobie z tym poradziłeś? Bo masz wrażenie kogoś kto ma to poukładane.
Tak, z kawą. Wstaję, nastawiam wodę, a zanim zaparzy - siadam. To dosłownie cztery do pięciu minut i za każdym razem mam ten sam rytuał uruchamiający. Po tygodniu przestałem potrzebować przypomnienia bo kawa sama mi o tym mówiła.
To jest sprytne, ale czy nie ma ryzyka że kawa stanie się ważniejsza niż siedzenie? Bo ja bym pewnie zaczęła myśleć o kawie w trakcie.
To co Cezary opisuje to jest właśnie sedno - każda myśl, nawet o kawie, nie jest wrogiem siedzenia. Tylko znowu chcę zapytać czy ktoś tu rozróżnia między samu shikantaza a zazen z liczeniem oddechów? Bo to są dwa różne wejścia i początkującym czasem myli się te metody.
A jak wiesz że liczysz oddech a nie tylko udajesz że liczysz? To brzmi głupio ale nie wiem jak to wyjaśnić - chodzi mi o to że można chyba mechanicznie liczyć i jednocześnie myśleć o wszystkim innym.
To mi bardzo pomogło, serio. Myślałam że dobra medytacja to taka gdzie się nie rozproszy, a tu wychodzi że rozproszenie i powrót jest w ogóle cały sens. Cezary, na tych warsztatach tak to tłumaczono?
Dokładnie tak. Prowadzący mówił że umysł który wraca sto razy to jest umysł który ćwiczył sto razy, nie umysł który sto razy zawiódł. To zmieniło mi perspektywę od razu.
To jest piękne ujęcie i trochę zmienia myślenie o całej praktyce. Ale mam inne pytanie do Cezarego - na tych warsztatach był jakiś element instrukcji co do oczu? Bo czytałam różne rzeczy, jedni mówią zamknięte, drudzy uchylone, i nie wiem które podejście jest 'zenowe'.
Ja próbowałam z uchylonymi oczami i po dwóch minutach zaczęłam się skupiać na plamie na ścianie. To jest normalne czy coś źle robię?
O tej ścianie to mogę dodać że u mnie byłoby dokładnie to drugie. Mój umysł od razu chce wiedzieć skąd plama i jak ją usunąć. Może jednak zamknięte oczy to dla mnie lepsza opcja na ten moment.
Dołączam do wątku bo właśnie do tego doszedłem sam metodą prób i błędów - że siedzenie to jedno, a to co dzieje się poza nim to drugie i oba razem coś robią. Pytanie do Michalinki: czy jest jakaś gradacja, tzn. od czego zacząć jeśli formalne siedzenie mi idzie topornie - robić więcej nieformalnej praktyki czy jednak upierać się przy siedzeniu?
To znaczy że siadam regularnie, nie uciekam po minucie, liczę oddechy do dziesięciu i wracam. Nie wiem czy to jest 'idzie' czy tylko że jestem uparty. Ale kinhin słyszę po raz pierwszy, to jest osobna technika?
Kinhin na warsztatach był przerywnikiem między dłuższymi siedzeniami i szczerze, dla mnie to był moment gdzie wszystko co 'nie działało' w siedzeniu nagle nabierało sensu. Jakbyś dopiero w ruchu poczuł co robiłeś stojąc.
To z tym przerywaniem to mnie też trochę zastanawia - czy naprawdę krótka sesja jest gorsza, czy my tylko tak myślimy bo chcemy 'zaliczyć' pełne dwadzieścia minut albo ile tam mamy w głowie?
Ja mam tak samo jak Henia z tym myśleniem o czasie. Nawet jak siadam to część mnie obserwuje zegar i liczy czy już minęło dość. To trochę niszczy całe siedzenie, bo zamiast być w tej chwili, sprawdzam czy ta chwila już dobiegła końca.
Nie próbowałem bo szczerze myślałem że timer to jakieś ułatwianie sobie i że 'prawdziwa' medytacja powinna być bez takich gadżetów. Ale chyba to głupie myślenie, skoro dzwon w zendo też jest gadżetem.
O dzwonie to mnie zastanawia osobna rzecz - czy ta forma siedzenia w grupie z dzwonem i całym ceremoniałem jest potrzebna do nauki zen, czy można się bez tego obejść? Bo czytałam że dla niektórych tradycji samotna praktyka to w ogóle nie jest właściwy zen.
To mi daje do myślenia, bo myślałam że bez nauczyciela to nie można nic sensownego robić. A tu wychodzi że można, tylko trzeba wiedzieć że to jest baza a nie cel sam w sobie?
To co Jaspisowa pisze to jest dokładnie moje pytanie, tylko inaczej sformułowane. Skąd wiesz że idziesz w dobrym kierunku jeśli zen mówi żebyś nie szukał celu? To trochę paradoks.
Na tym polega sedno i właśnie dlatego zazen jest trudny do opisania z zewnątrz. Prowadzący mówił coś takiego: nie szukasz owoców bo praktyka jest owocem samym w sobie. Siedząc robisz to co masz robić, nieważne co czujesz.
To jest piękne ale trochę zbyt abstrakcyjne dla kogoś kto trzy miesiące liczy oddechy i nie wie czy to cokolwiek robi. Czy jest jakiś konkretniejszy sposób żeby nie powiedzieć 'sprawdzian', bo to brzmi jak zupełne przeciwieństwo zen, ale jednak coś co daje orientację?
Ja to potwierdzam z własnego siedzenia - nie miałam żadnych dramatycznych objawień, ale zauważyłam że rzadziej reaguję z automatu na drobiazgi. To mały znak ale chyba wystarczający żeby kontynuować, prawda?
Dobra, zadaję to pytanie bo siedzę nad nim od jakiegoś czasu - czy pięć minut dziennie to w ogóle jest medytacja, czy tylko takie mrugnięcie w stronę medytacji? Bo czytałam różne rzeczy i jedni mówią że minimum to dwadzieścia, inni że liczy się regularność a nie czas.
Pięć minut dziennie przez miesiąc jest więcej warte niż godzina raz w tygodniu. Serio. Mózg i nawyk potrzebują powtarzalności, nie długości. Na początku zen właśnie o to chodzi - usiąść, przyjąć postawę, liczyć oddechy, wstać. I zrobić to jutro znowu.
