Czytam to i trochę się gubię. Czy wy mówicie że dobra medytacja to taka gdzie się nic nie 'robi'? Bo z jednej strony mam wrażenie że trzeba mieć technikę, z drugiej że technika to przeszkoda. Jak to w ogóle działa dla kogoś zaczynającego?
Dobra ale to jest filozofowanie bez końca i można tak kręcić w kółko godzinami. Orlikowa miała konkretny problem: boli ją podczas siedzenia i ból narasta. Wyżej ktoś napisał że siedzi ze skrzyżowanymi nogami na podłodze. Czy ktoś zapytał w ogóle czy próbowała zmienić pozycję? Bo może to nie jest żaden duchowy problem tylko kwestia tego jak siedzi.
Szczerze? Nie próbowałam. Zawsze miałam w głowie że 'prawdziwa' medytacja to pozycja lotosu albo chociaż półlotosu i jakoś to przyjęłam jako coś oczywistego. Macie rację że to może być po prostu biomechanika, a ja tu buduję teorie. Chociaż ból pojawia się też przy innych okazjach, nie tylko przy siedzeniu.
Widzisz, i to jest ciekawe że powiedziałaś 'prawdziwa medytacja'. Ja przez lata miałam podobne założenie i to był największy hamulec. Jaki ból masz przy innych okazjach? Bo jeśli to ten sam ból co przy medytacji to jest jednak coś innego niż pozycja.
To jest ból pleców, dolny odcinek. Mam go generalnie, przy dłuższym siedzeniu przy komputerze też. Więc tak, to nie jest 'medytacyjny' ból, to mój stały ból który po prostu się nasila jak dłużej siedzę nieruchomo.
To całkowicie zmienia optykę. Jeśli to jest ból strukturalny który masz na co dzień, to pytanie o 'technikę medytacyjną z bólem' jest może trochę w złym miejscu. Nie mówię żeby nie medytować, ale czy pracujesz z tym bólem poza medytacją? Bo może warto rozdzielić te dwa tematy.
Właśnie to miałem na myśli wcześniej, tylko nie umiałem tego tak ładnie powiedzieć. Szukamy duchowego podejścia do czegoś co może wymagać zwykłego fizjoterapeuty.
Ale czy zmiana pozycji podczas medytacji coś zmienia w samej praktyce? Pytam bo nigdy nie próbowałam inaczej niż siedząc i nie wiem czy na przykład leżenie to jest 'gorsza' opcja.
Na krześle medytuję regularnie od ponad roku i nie zauważyłam żadnej różnicy jakościowej. To mit że na podłodze jest lepiej. Może być inaczej, ale nie lepiej.
Orlikowa, czy jak wiesz już że ten ból to ten z pleców, codzienny, to zmienia jak się do niego odnosisz podczas medytacji? Mam na myśli czy samo nazwanie źródła coś ci daje czy nadal jest tak samo trudny?
Wiesz co, to ciekawe pytanie. Chyba trochę tak. Jak myślałam że to jest 'ból z medytacji' to był bardziej obcy, jakby najeźdźca. A teraz jak to piszę, to jest po prostu mój ból który towarzyszy mi na co dzień i który wzięłam ze sobą na poduszkę. To brzmi głupio, ale jest jakoś łatwiejszy do zniesienia z tą świadomością.
Orlikowa, to co napisałaś o 'najeźdźcy' to jest naprawdę coś. Zmiana narracji o bólu - z 'obcego' na 'swój' - to nie jest głupie, to jest dokładnie to o czym mówi mindfulness. Pytanie tylko czy samo zmienienie historii wystarczy żeby ból był mniej intensywny podczas siedzenia?
To jest właśnie ciekawe miejsce, bo zmieniasz nie ból, tylko relację z nim. I to może być wystarczające. Albo może być pierwszy krok. Orlikowa, zauważyłaś po tym co napisałaś żeby ból podczas ostatnich sesji był jakoś inny?
Nie wiem jeszcze bo doszłam do tego rozumienia dosłownie pisząc ten post. Będę sprawdzać. Ale ta metafora z najeźdźcą versus 'mój ból który przyszedł ze mną' jest dla mnie naprawdę inna. Nie wiem czy zmieni doznanie, ale zmienia coś w podejściu.
Ale jak to ma wyglądać w praktyce? Siedzisz i mówisz sobie 'to jest mój ból, znam cię'? Przepraszam że pytam tak dosłownie ale naprawdę nie rozumiem jak ta zmiana myślenia przekłada się na samą sesję.
Mnie uderzyło to co Orlikowa napisała o tym że przyjęła 'lotos albo półlotos' jako coś oczywistego. Ja miałam to samo przez długi czas. I właśnie ciekawi mnie skąd to w ogóle pochodzi, bo nikt mi tego nie narzucił, a jakoś sama w to uwierzyłam.
Bo jest dużo obrazków w internecie i filmów gdzie ludzie medytują w lotosie i to się kojarzy z 'prawdziwą' medytacją. Proste. Ale to nie zmienia faktu że to mit i że krzesło działa tak samo. Choć i tak polecam fizjo dla pleców, bo żaden wgląd nie wyprostuje dysku.
Sam nie wiem. Medytowałem w obu pozycjach przez dłuższy czas i szczerze nie jestem w stanie powiedzieć że jedna jest głębsza. Ale mam znajomego który przysiągłby że kontakt z podłogą robi różnicę. Może to jest bardzo indywidualne?
A co z leżeniem? Joasieńka pisała że zasypia, ja też, ale czytałam że body scan robi się leżąc i że to jest celowe. Więc kiedy leżenie jest ok a kiedy jest 'zasypianiem'?
Wracając do mojego bólu pleców - rozważam teraz żeby następne kilka sesji zrobić na krześle i zobaczyć co się zmieni. Ale mam małą obawę: czy jeśli 'ucieknę' na krzesło przed bólem, to nie nauczę się właśnie unikania trudności? Czy to nie jest trochę sprzeczne z ideą siedzenia z tym co jest?
To jest bardzo dobre pytanie i sama je sobie zadawałam. Dla mnie różnica jest między unikaniem a mądrym dostosowaniem. Jeśli siadasz na krześle żeby pogłębić praktykę a nie żeby od czegoś uciec, to jest inne. Ale jak rozróżnisz jedno od drugiego u siebie?
Moim zdaniem to jest za bardzo filozofowane. Ból który masz nie jest 'lekcją' którą trzeba zaliczyć w konkretnej pozycji. Jeśli siedzenie na twardej podłodze ze skrzyżowanymi nogami pogarsza twój strukturalny problem z kręgosłupem to siadanie tam dalej to nie jest duchowy heroizm, to jest po prostu głupota. Przepraszam za dosłowność ale tak to widzę.
Właśnie, mnie też tak się wydaje. Nawet jak Orlikowa przesiądzie się na krzesło, to ból pleców z niej nie zniknie całkowicie podczas siedzenia. Więc pytanie jak być z bólem i tak zostaje, tylko może będzie mniej intensywnie.
Tosia, dokładnie tak to czuję. Krzesło to nie jest ucieczka od tematu wątku, tylko zmniejszenie 'głośności' żeby móc w ogóle z tym pracować. Bo jak ból jest na 8 w skali 10 to nie mam żadnej przestrzeni do obserwowania, tylko reaguję.
I to jest bardzo zdrowe podejście. Intensywność bólu ma znaczenie praktyczne - jeśli ból jest tak silny że całkowicie zawłaszcza uwagę, to nie ma z czym pracować w sensie medytacyjnym, jest tylko przetrwanie. Zmniejszenie intensywności przez zmianę pozycji to nie jest ucieczka, to jest tworzenie warunków do pracy. Chociaż i tu zadałabym pytanie: czy próbowałaś kiedyś z bólem który jest do zniesienia, i co się wtedy działo?
Michalinka zadała dokładnie to pytanie które chciałem zadać. Bo jest różnica między bólem który jest 'za dużo' a bólem który jest 'tłem'. I ta granica jest chyba kluczowa w całym tym temacie.
Ale jak w ogóle wyczuć tę granicę? Bo jak siedzę i mnie coś boli, to na początku jest znośnie a potem narasta i w którymś momencie jest już tylko ból. Nigdy nie wiem kiedy powiedzieć sobie stop a kiedy zostać. Czy jest jakaś zasada czy to jest całkowicie indywidualne?
