Zastanawiam się nad czymś, co zauważam podczas medytacji od jakiegoś czasu. Są sesje, w których siedzę i mam wrażenie, że minęło może pięć minut, a sprawdzam zegarek i okazuje się, że siedziałam czterdzieści. I odwrotnie - są takie dni, kiedy każda minuta się dłuży i wiem, że jestem przy dziesiątej, a siedzę od godziny. Nie potrafię znaleźć wzorca, kiedy to się dzieje. Czy ktoś jeszcze to obserwuje i czy w ogóle zastanawiał się, skąd to się bierze?
To jeden z tych tematów, który naprawdę warto rozgryźć, bo kryje się za nim coś więcej niż tylko subiektywne odczucie. Kiedy umysł przestaje gonić za myślami i naprawdę zwalnia, traci punkt odniesienia do mierzenia czasu. Czas psychologiczny to w gruncie rzeczy liczenie zdarzeń - jedno zdarzenie po drugim. Jak zdarzeń jest mało, bo jesteś skupiona na oddechu, umysł przestaje liczyć i czas 'znika'. Ale to tylko jedna strona. Co konkretnie dzieje się u ciebie tuż przed tym rozciągnięciem? Jesteś napięta, rozkojarzyna, spokojna?
Ja też to mam i zawsze myślałam, że coś robię źle, że to znaczy, że nie medytuję porządnie. A teraz czytam, że to może być właśnie znak, że dobrze wchodzę w stan? Trochę mnie to zaskakuje, szczerze mówiąc.
Ja mam dokłanie to samo co Bernadetka, to znaczy to uczucie nabrzmienia. Siadm z jakimś problemem i czas mi się wlecze strasznie. Ale jak medytuję 'czysto', bez żadnego ładunku, to potem jestem zaskoczona, że tyle minęło. Czy to znaczy, ze czas subiektywny zalezy od stanu emocjonalnego przed sesją?
Subiektywny czas to jedna z najciekawszych rzeczy w praktyce medytacyjnej, bo pokazuje, jak bardzo nasza percepcja jest konstruktem. Neuronaukowcy mierzyli to i mają twarde dane - w stanach głębokiej uważności kora przedczołowa, która odpowiada za sekwencyjne przetwarzanie, zwalnia aktywność. Efekt jest taki, że mózg dosłownie przestaje stemplować zdarzenia znacznikami czasowymi. To nie jest metafora ani sugestia - to zmiana w sposobie przetwarzania. Natomiast to, co opisuje Bernadetka z tym emocjonalnym nabrzmiewaniem, to inny mechanizm. Wtedy uwaga jest przyklejona do myśli, mózg przetwarza intensywnie i 'liczy' więcej zdarzeń - stąd czas się rozciąga.
Ciekawe, bo ja to łączę z czymś innym - z kwestią obecności planet w danym momencie. Miałem sesje podczas tranzytu Neptuna przez ascendent i czas kompletnie przestał dla mnie istnieć. Nie wiem, czy to zbieżność, ale kilka razy tak mi się złożyło.
Zanotowałam sobie coś, co może się przydać w tej dyskusji. Przez jakiś czas prowadziłam dziennik praktyki i zapisywałam subiektywny czas sesji versus rzeczywisty. Wzorzec, który mi wyszedł: kiedy medytuję po południu, subiektywnie trwa to krócej niż rano. Rano czas bardziej mi się rozciąga, nawet przy spokojnym stanie wewnętrznym. Czy ktoś jeszcze to obserwował? Bo zastanawiam się, czy pora dnia ma tu znaczenie.
Przepraszam, że może wchodzę z trochę innej strony, ale słucham tej rozmowy i mam pytanie do osób bardziej doświadczonych. Czy to doświadczenie z czasem, to 'znikanie' - jest zawsze neutralne? Bo raz mi się przydarzyło, że wyszłam z medytacji i miałam lekką panikę, że nie wiem, ile minęło. Nie było to przyjemne.
To jest normalny efekt wyjścia z głębokiego stanu relaksacji, szczególnie jeśli wyjście jest nagłe - telefon dzwoni, ktoś puka. Układ nerwowy musi się przełączyć z trybu bardzo spokojnego na aktywny i chwilowa dezorientacja czy nawet lekki lęk to po prostu efekt tego przełączenia. Warto wychodzić powoli - kilka głębszych oddechów, poruszenie palcami, dopiero potem otwieranie oczu. Reginka, czy twoja panika była związana z nagłym 'wyrwaniem' z medytacji, czy raczej pojawiła się sama w sobie, w środku?
Ja zawsze myślałam, że jak czas przyspiesza podczas medytacji, to po prostu odpłynęłam i nic nie robiłam, tzn. zasnęłam albo byłam nieobecna. Ale z tego co tu piszecie, wynika, że to może być coś wręcz odwrotnego - głęboki stan uważności? Trochę mi to wywraca wyobrażenie o tym, jak to ma wyglądać.
Słucham tej rozmowy od początku i mam wrażenie, że brakuje jednego wątku. Mówicie dużo o tym, że czas znika albo się rozciąga, ale nie rozmawialiście jeszcze o tym, czy to ma jakiś sens z perspektywy duchowej, nie tylko neurologicznej. Czy dla kogoś z was to doświadczenie niesie jakieś znaczenie poza technicznym wyjaśnieniem?
Zastanawiam się, czy ktoś z was w ogóle próbował to duchowe doświadczenie czasu opisać słowami innym niż 'znikanie' albo 'rozciąganie'? Bo mam wrażenie, że te metafory są trochę zbyt mechaniczne. Jakbyśmy mówili o gumie albo sprężynie, a nie o czymś, co dotyka głębszego wymiaru.
To co piszesz, Pytonissa, jest ważne. Ale mam pytanie - czy chodzi ci o to, że brakuje słów, czy o to, że te doświadczenia mają realne znaczenie duchowe, a nie tylko neurobiologiczne? Bo to dwie różne rzeczy i chciałbym wiedzieć, w którą stronę idziesz.
Właśnie o to mi chodziło wcześniej jak pytałam o czas subiektywny - że to nie jest tylko kwestia techniczna, ile minut minęło, ale coś głębszego. Ja po takich sesjach gdzie 'znikam' mam przedziwne wrażenie jakbym czegoś dotknęła ale nie wiem czego. Pytonissa, ty masz podobnie?
A czy ta zmiana, o której mówisz Pytonissa, utrzymuje się? Czy to kwestia godziny, dnia, a może dłużej? Pytam, bo u mnie to jest raczej ulotne - kilka godzin i wracam do normalnego trybu gonienia za wszystkim.
Słucham i mam pytanie, może głupie. Jak rozróżnić ten stan 'dotknięcia czegoś' o którym mówi Pytonissa od zwykłego odprężenia? Bo ja po dobrej kąpieli też czuję się spokojniejsza i patrzę na sprawy z dystansem. To znaczy, że kąpiel jest duchowa? 🙂
Bernadetka dobrze to ujęła. Dodałbym tylko, że w głębszym stanie medytacyjnym możesz obserwować sam akt obserwowania - i to jest jakościowo inne od relaksu. Ale Apolonka, pytasz o coś ważnego, bo wielu ludzi myli jedno z drugim i potem mówi, że medytuje, a de facto tylko odpoczywają. Co nie jest złe, ale to nie to samo.
Ale skoro mówimy o obserwowaniu obserwowania - czy to nie jest właśnie ten moment, gdzie czas znika? Bo jak obserwujesz sam akt uwagi, to nie ma już nic co 'następuje po czymś'. Nie ma sekwencji. I to by tłumaczyło to kurczenie się czasu o którym wszyscy tu mówimy od początku.
Wracając na chwilę do tego, co mówiłem wcześniej o Neptunie - to co opisuje lilka z tym obserwowaniem obserwowania, to jest coś, co w astrologii kojarzy się właśnie z neptunowym zacieraniem granic. Neptun rozmywa struktury, w tym strukturę czasu. Nie mówię, że planeta 'robi' coś z mózgiem, ale może symbolizuje predyspozycję do takich stanów?
Moim zdaniem watek astrologiczny jest tu calkiem na miejscu. Czas w astrologii to Saturn - struktura, sekwencja, obowiazek. Jak w praktyce medytacyjnej 'wychodzimy' z czasu, wchodzimy w obszar poza Saturnem, czyli wlasnie Neptun albo nawet Pluton. Nie trzeba byc w konkretnym tranzycie, zeby tam dotrzec - ale tranzyt moze otworzyc te drzwi szerzej.
Właśnie! Czas bez kierunku - to świetne sformułowanie. Ja to czułam ale nie umiałam tego nazwać. Jakby zdejmujesz z czasu tę strzałkę która mówi 'idź do przodu'. A jak jej nie ma, to co zostaje?
Apolonka, to co opisujesz to jest klasyczny problem i nie jesteś w tym sama. Mnie pomogło przestawienie się z myślenia 'ile zostało' na obserwowanie oddechu tak konkretnie, że po prostu nie ma miejsca na liczenie. Ale zajęło mi to chyba kilka miesięcy regularnej praktyki zanim przestałam się ścigać sama z sobą.
To co mówi Ninka o nieoczekiwaniu efektu - czy to nie jest trochę paradoks? Żeby doświadczyć bezczasowości, musisz przestać na nią czekać. A żeby przestać czekać, musisz... jakoś to osiągnąć? To się kręci w kółko.
Chcę wrócić na chwilę do tej 'strzałki czasu' o której pisała Gracja. Bo w astrologii mamy właśnie takie rozróżnienie - czas saturnowy, czyli sekwencyjny, kierunkowy, mierzalny. I czas uranowy albo neptunowy - cykliczny, rozproszony, intuicyjny. To co się dzieje w głębokiej medytacji to może być właśnie przełączanie się między tymi trybami. Nie odrzucam Zenka uwagi, tylko proponuję jeden obraz.
A ja bym zapytała coś innego - czy wszyscy tu mówią o tym samym rodzaju 'znikania czasu'? Bo czytam te posty i mam wrażenie, że ktoś mówi o płytkim odprężeniu, ktoś o głębokiej absorpcji, a ktoś jeszcze o czymś zupełnie innym. Czy możemy to jakoś rozróżnić?
Wrozka trafia w coś istotnego. Chyba mamy na myśli różne doświadczenia pod jedną nazwą. Dla mnie 'znikanie czasu' ma co najmniej dwa tryby - jeden to taki spokojny, kiedy po prostu się nie nudzę i czas płynie szybko. A drugi to zupełnie co innego - kiedy wychodzę i nie wiem czy minęło 5 minut czy godzina i mam wrażenie jakbym była gdzieś indziej. To są jakościowo inne rzeczy.
Właśnie - to drugie co opisujesz jest tym, o czym pisałam wcześniej. I to jest to, co zostaje. Ten spokój po pierwszym typie mija szybko, ale ten drugi - ta zmiana perspektywy - trzyma się dłużej. Jakby zostawiło ślad.
