Ostatnio wróciłam do regularnej praktyki i utknęłam na czymś, z czym nie wiem jak sobie poradzić. Mam przewlekły ból pleców, dolny odcinek, i za każdym razem kiedy siadam do medytacji ten ból staje się jakby głośniejszy. Nie wiem czy to dlatego, że przestaję go ignorować i po prostu zaczyna być bardziej świadomy, czy może pozycja siedząca go nasila. Problem polega na tym, że skupiam się wtedy wyłącznie na bólu i nie potrafię wyjść poza niego. Żadnego wyciszenia, żadnego skupienia, tylko ta jedna pulsująca myśl, że mnie boli. Czy ktoś miał podobnie i wie jak się z tym pracuje?
Znam to bardzo dobrze. Przez długi czas myślałam tak samo - że ból to przeszkoda, którą trzeba jakoś obejść albo wyciszyć, żeby medytacja mogła się w ogóle zacząć. Ale to podejście chyba od początku jest błędne. Możesz mi powiedzieć co dokładnie robisz kiedy ten ból się pojawia? Próbujesz go ignorować, skupiasz się na oddechu, czy może przeskakujesz myślami gdzieś indziej?
To ciekawy problem bo w tradycji vipassany jest coś takiego jak obserwowanie doznań ciała bez oceniania - i ból jest traktowany właśnie jako obiekt medytacji, a nie jako coś co jej przeszkadza. Ale żeby to działało, trzeba zmienić nastawienie z 'musi przestać boleć, żebym mogła medytować' na 'obserwuję jak to boli'. Nie wiem czy to brzmi jak banał, ale w praktyce to naprawdę inna jakość. Pytanie tylko czy chodzi o ostry ból czy raczej przewlekłe napięcie, bo to trochę różne sytuacje.
Przepraszam że się wtrącę ale jestem ciekawa - jak w ogóle można obserwować ból bez oceniania? Bo dla mnie ból to właśnie jest sygnał, że coś jest nie tak, więc automatycznie pojawia się reakcja. Jak się to rozdziela?
No nie wiem, takie gadanie o 'obserwowaniu bez oceniania' to jest teoria. W praktyce jak mnie boli kręgosłup to żadna medytacja nie pomoże i tyle. Moim zdaniem jak ból fizyczny jest, to trzeba go najpierw leczyć, a nie medytować. Medytacja to nie jest terapia bólu.
MBSR to jest protokół kliniczny i jest prowadzony przez specjalistów, a nie przez samouków na forum. Poza tym te badania są często przesadzone w interpretacji. Każdy mi powie że medytacja pomaga na wszystko i jest jakis dowód naukowy ale to nie działa tak prosto.
Słuchajcie, trochę inny kąt. Mam znajomą która po poważnej operacji kręgosłupa zaczęła pracować z bólem właśnie przez medytację i mówi, że zmieniła się jej relacja do tego bólu - nie zniknął, ale przestał rządzić jej uwagą. Nie wiem co dokładnie robiła, ale wiem że kluczowe było dla niej to, żeby ból przestał być wrogiem, a zaczął być informacją. Mnie to dało do myślenia bo sama przy mocniejszych bólach migrenowych mam podobny problem podczas praktyki.
A nie myślałaś o tym żeby po prostu zmienić pozycję? Tzn. zamiast siedzieć, medytować leżąc? Bo może problem nie jest tylko psychologiczny, może to kwestia czysto fizyczna, że ta konkretna pozycja po prostu nasila ból i wtedy cała ta praca z obserwowaniem jest trudniejsza niż musi być.
To przekonanie o pozycji jest bardzo powszechne i moim zdaniem warto je kwestionować. Pozycja siedząca jest tradycyjna bo ułatwia koncentrację i zapobiega śpiączce, ale nie ma w niej żadnej magii samej w sobie. Jeśli krzesło zmniejsza ból i możesz utrzymać uwagę - to jest lepsza pozycja dla ciebie. Chciałabym się spytać o coś innego: kiedy w tej medytacji z bólem zaczyna się irytacja o której pisałaś - to jest na początku sesji, po kilku minutach, czy raczej narastająca?
Dokładnie tak samo u mnie, to walka właśnie. Ostatnio przy problemach z kolanem miałam identycznie - im bardziej próbowałam nie myśleć o bólu, tym głośniejszy się robił. Skończyłam po 8 minutach bo byłam zdenerwowana na siebie. Czy jest jakaś technika żeby w ogóle nie wchodzić w ten tryb walki? Bo obserwowanie też jakoś mi nie wychodziło, czułam że to jest tak samo wymuszanie tylko z inną nazwą.
A jak długo medytujecie kiedy macie ból? Bo może problem jest też w tym że sesja jest za długa i to po prostu za dużo fizycznie? Pytam bo czytałam że dla początkujących poleca się krótsze sesje, ale nie wiem czy to samo dotyczy bólu.
Myślę że czas to jeden czynnik, ale nie jedyny. Ja przy migrenach skróciłam do 5-10 minut i to już zmienia doświadczenie, bo wiem że to ma swój koniec i jakoś łatwiej mi przez to przesiedzieć. Ale ciekawe mnie co Michalinka sądzi o tej 'ciekawości' zamiast obserwacji którą napisał Sigilmistrz, bo brzmi to inaczej niż to co zwykle się słyszy.
Ta ciekawość o której pisze Michalinka - czy to nie jest trochę tak, że zależy od rodzaju bólu? Bo przy tym moim kolanie to czasem ból jest taki ostry, że żadna ciekawość nie przychodzi, tylko panika trochę. Ciekawość to chyba bardziej dla bólu przewlekłego, takiego tępego?
Czyli najpierw oddech, a ciekawość dopiero po? To ma sens. Ale jak ocenić kiedy jesteś 'gotowy' na tę ciekawość - czy to się po prostu czuje, czy jest jakiś sygnał?
To co opisujesz z tym wyborem uwagi - to jest właśnie to czego mi brakuje. Jak ból narasta, mam wrażenie że dosłownie nie mam wyboru, uwaga leci tam sama. Czy to znaczy że po prostu nie mam wystarczająco wyćwiczonego umysłu, czy może ten konkretny ból jest za intensywny na taką pracę?
A ja się zastanawiam czy to nie jest też kwestia dnia. U mnie przy migrenach jest tak, że w lepszy dzień mogę trochę z tym posiedzieć, a w gorszy nawet nie ma mowy. I medytuję od kilku lat, więc to chyba nie jest tylko kwestia doświadczenia.
No właśnie, a to jest ten problem z całą tą filozofią 'obserwowania'. Jak komuś jest naprawdę źle to te skale i poziomy to jest czysta teoria. Ile razy słyszałem 'ból to nie cierpienie' - może to i prawda ale komu to pomoże jak leży z migreną? To jest dla ludzi z lekkim dyskomfortem, nie dla prawdziwego bólu.
No tak, ale ta dyskusja zaczyna żyć własnym życiem i mam wrażenie że zaraz ktoś napisze że medytacją można leczyć cokolwiek. To jest niebezpieczne myślenie.
Nikt tu tego nie napisał, ale rozumiem skąd ta ostrożność. Wracając do sedna - Orlikowa, mam pytanie: ten ból który ci przeszkadza podczas medytacji, to jest stały stan czy pojawia się od pewnego momentu trwania sesji?
To może warto po prostu spróbować skrócić sesje do 15 minut i sprawdzić czy w tym czasie ból jest do zaakceptowania? Nie jako stałe rozwiązanie, ale żeby zrozumieć czy problem jest z długością czy z samą techniką pracy z bólem.
Albo podzielić na dwie krótsze sesje zamiast jednej długiej? Nie wiem czy to ma sens, pytam bo sama mam problem z siedzeniem dłużej.
Nie ma tu żadnej ortodoksji której trzeba się trzymać. Ale mam pytanie do Orlikowej - czy próbowałaś kiedyś zamiast walczyć z bólem, po prostu mu 'dać zgodę'? To brzmi może dziwnie, ale chodzi o coś konkretnego - zamiast próbować go obserwować czy z nim pracować, po prostu wewnętrznie powiedzieć: tak, jesteś, możesz być.
Czytam ten wątek od początku i to z 'dawaniem zgody' mi coś klikło, bo sama to czasem robię intuicyjnie przy bólach głowy. Nie medytuję regularnie, ale w takich momentach jakby zatrzymuję się i przestaję reagować, i wtedy ból nie znika ale przestaje tak bardzo napierać. Nie wiem czy to jest to samo o czym mówi Michalinka.
Trudno powiedzieć, to nie było świadome. Może po prostu zmęczenie walką? W pewnym momencie nie miałam już siły się spinać i to odpuszczenie przychodziło samo. Ale ciekawe że to mogło być coś pożytecznego, bo zawsze myślałam że po prostu 'poddaję się'.
To co Galaktyka opisuje - zmęczenie walką i to odpuszczenie które przychodzi samo - to jest bardzo ważna obserwacja. Orlikowa, żeby odpowiedzieć na twoje pytanie o praktykę: nie mówi się nic szczególnego, to nie jest afirmacja. Chodzi raczej o coś w rodzaju wewnętrznego gestu. Czujesz ból, i zamiast odpychać go albo próbować go zrozumieć, jakby przesuwasz się w sobie odrobinę w jego stronę. Jak ktoś stuka do drzwi i zamiast udawać że cię nie ma, mówisz 'wiem że jesteś'. Czy to w ogóle jest zrozumiałe?
To jest bardzo precyzyjne pytanie i ma rację, bo jest tu realna pułapka. Można próbować 'dawać zgodę' jako technikę i wtedy to jest paradoks - próbujesz nie próbować. Mam pytanie do Michalinki: jak ty to odróżniasz? Bo ja też to stosuję i czasem mam wrażenie że gram tylko w grę z umysłem.
No właśnie, to mnie też zastanawia teraz jak to czytam. Jeśli to było u mnie przez zmęczenie, to znaczy że muszę się najpierw wyczerpać żeby to zadziałało? To brzmi trochę jak zły plan medytacyjny.
